Wpisy oznaczone ‘neal schon’

Neal Schon cz.3

piątek, 3 Czerwiec 2011

Pod koniec maja ukazała się nowa płyta Journey. Typowy, amerykański pop-rock, który można podciągnąć pod modne ostatnio (za Wikipedią rośnie ta moda) określenie rock stadionowy. Ten twór jest nieco sztuczny, na stadionach świetnie wypadają też zespoły z kompletnie innych nurtów, a zaliczany do niego Boston dawał akurat bardzo mało koncertów. Ale nie o tym chciałem. Nie o tym nawet chciałem, że gitarę Schona słychać, bo ma swój styl, ani o tym, że Arnel Pineda śpiewa zauważalnie gorzej niż na poprzedniej płycie. Głos mu się łamie i jest pozbawiony siły, lotności.

Chciałem mianowicie o zupełnie innych przygodach Neala Schona. Muzycznych, nie będę mu liczył panienek, chodzi o przygody z gitarą. To znaczy o granie na gitarze, no kurde, proszę mi tu nie świntuszyć.

Grał Schon u różnych ludzi na płytach gościnnie i jest taki mianowicie problem, że w jego oficjalnej dyskografii nie są te płyty wymienione (poza udziałem we wczesnych nagraniach Santany). Nie ma nawet słowa na jego własnej stronie internetowej. Wiem, że wystąpił na dwóch świetnych płytach: Les Paul and Friends – American Made World Played w utworze I Wanna Know You (to ostatnia płyta Les Paula) oraz na albumie Paula Rodgersa, Muddy Water Blues. Gra w utworze Born Under a Bad Sign. Oba te albumy to głównie zestawy standardów rocka i bluesa. Na obu zagrało kilkunastu znakomitych gitarzystów. Oba brzmią fenomenalnie, absolutnie profesjonalna robota. Najwięcej partii do zagrania dostał Jeff Beck, o którym powiadają, że jest największym z żyjących gigantów gitary. Ale pojawia się też np. Clapton, Sambora, Shepherd, Rabin, Buddy Guy, do tego inni goście z innymi instrumentami. Pomimo różnorodności te płyty brzmią spójnie, kawał solidnego blues-rocka. To wszystko innym razem przy innych okazjach. Obecność Neala Schona w tym towarzystwie nie jest przypadkowa. Swoje zrobił i zrobił dobrze.

Schon jest także współzałożycielem grupy Bad English, która nagrała dwie pop-metalowe płyty, parę bootlegów i jeden większy przebój, „Posession” (słuchałem go namiętnie szczeniakiem będąc). Nie dotarłem do innych jego nagrań. Płyty solowe są takie sobie. Niezła, mocno elektroniczna jest I on U, wybitna – Piranha Blues, o której już pisałem.

Neal Schon pewnie będzie mi się na blogu jeszcze pojawiał, bo bardzo lubię jego granie w tych lepszych momentach. Szkoda, że miewa takie zapaści, ale szczęśliwie od czasu do czasu pokazuje, że potrafi nie tylko zarabiać kasę popeliną, ale i grać. Naprawdę, potrafi grać.

W załączeniu wspomniane I Wanna Know You z fantastycznym wokalem Beth Hart (w tle pobrzękuje Les Paul). Ta gitara na wierzchu przez cały utwór to właśnie Schon. A poniżej druga próbka – również wspomniany Born Under a Bad Sign z płyty Rodgersa. Czuje bluesa, nie?

Tagi: , , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe

Neal Schon cz.2 (blues, który mnie pogryzł)

środa, 27 Kwiecień 2011

Pewnego dnia mój przyjaciel M., o którym czasem pisuję przy okazji i właśnie teraz jest okazja i jeszcze nie raz będzie, otóż – przyszedł do mnie do pracy, rzucił na stół pięć płyt CD marki bodajże Emtec, opisanych jedynie symbolami I, II, III, IV i V a następnie rzekł: „posłuchaj tego”. I tyle było tytułem wstępu.

Oj, zamierzchłe to czasy, dawne i legendarne niemal. Czasy, kiedy moja wiara w rock progresywny i bluesrock była nadszarpnięta i niemal straciłem wszelką nadzieję. Czasy, kiedy wiara w rocka w ogóle chwiała się rozpaczliwie u Michała, o którym też czasem robię dygresje. A do przepełnienia kufla goryczy, były to czasy, kiedy mój odtwarzacz CD przechodził poważną awarię. Może bym i go naprawił, gdyby nie (kolejny smutny fakt) równie ciężka awaria moich środków finansowych. Jednym słowem kryzys całą gębą, gębą trupią, wisielczą. Czegóż wtedy mogłem potrzebować, jeśli nie dobrej muzyki, przywracającej wiarę, nadzieję i miłość do rock and rolla. Tylko ten odtwarzacz…

Słuchałem więc u jednego znajomego, który był przeczulony na punkcie dotykania jego sprzętu. Słuchałem, kiedy nie widział (bo mieszkaliśmy po dwóch stronach korytarza i dało się wejść do niego). Już nie mówię o całej tej atmosferze, która z byle jakich rzeczy może zrobić wielką opowieść. Po prostu te płyty były tak dobre, że do ich pokochania nie była wcale potrzebna żadna skomplikowana historia, a jednak historia się dorobiła sama. Zwłaszcza jest to miłe, że jedna z tych płyt nie ma w ogóle własnej historii, prawie nie istnieje. O niej będzie dzisiaj, zacznę jednak od płyty V i II. V to niewypał. W każdej solidnej piątce jest jeden cienias. Przyjmijmy to za regułę życiową :) Z kolei II to Glenn Hughes, Addiction. Walę tak wprost, bo nic więcej nie będę o niej ględził, kawał solidnego rocka, może nawet najlepsza jego płyta w dorobku. Ale to jeszcze nie to. O pozostałych trzech będzie oddzielnie, bo każda tego warta. I żeby sprawiedliwie – zacznę od I.

Otóż, żeby jeszcze bardziej namieszać okazało się, że M. też nie wie, kto to gra. Co ja się naszukałem! Mój angielski jest jaki jest, ale w końcu spisałem parę tekstów ze słuchu i po prostu wrzucałem w wyszukiwarkę Onetu (o Googlach wtedy jeszcze nikt nie słyszał) frazy z tych tekstów. Wyskoczył parę razy pewien charakterystyczny ciąg słów i uznałem, że to właściwy wynik. Tyle, że nic mi nie mówił. Wyłaziły dziwne rzeczy. Piranha Blues – no kto to słyszał o takiej płycie? Prairie Prince – jakiś perkusista, który niby grał ze wszystkimi, ale jakoś cicho o nim. Richard Martin Ross – co za głos! Ale faceta nie ma, po prostu nie istnieje. Wówczas internet wyświetlił zero wyników nie licząc tych związanych z Piranha Blues. Teraz pokazuje, że gość śpiewał w jakichś kapelach… disco. No i ten główny – Neal Schon. Przeszperałem oczywiście dostępne materiały, wyszło, że Journey i inne takie. Ale do tego momentu gość był mi obcy. Mało tego, jego dyskografia pełna jest autentycznych, nieskażonych artyzmem śmieci. A tu – taka płyta!

Słuchałem w kółko tego albumu, który nie ma historii, recenzji, słabo się sprzedał i w ogóle – można powiedzieć – nie istnieje. Co za energia! Jak tam wszystko chodzi! Dużo talerzy, soczysta gitara, gęsta, rasowa. Nie gadać, nie pisać, słuchać.

Tagi: , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona | Komentarzy: 5 »

Neal Schon cz. 1

środa, 6 Kwiecień 2011

Był sobie pewnego razu taki zespół Journey. Jedni moi znajomi spytani odpowiadają „aaach Journey, ach!”, bo stare sentymenty mają. Inni „yyy a co to?”. Dla tych Innych dopowiadam, że najogólniej rzecz biorąc takie tam granie oficjalnie zaliczane do rocka progresywnego i innych równoległych nurtów. Nieoficjalnie – amerykańska wersja pop rocka z lat 70. Okolice Boston albo Foreigner, nie dorasta do Styxu, o dwie klasy niżej od Kansas. Ale ten właśnie kierunek. Ze zniżką formy w latach 80. (jak wszyscy). I grał tam na gitarze taki jeden misiu pod tytułem Neal Schon. Na tym by można skończyć historię Journey, która chociaż była wielka, obfita i zamaszysta (podobnie jak np. historia Królestwa Burgundii) to można spokojnie nic o niej nie wiedzieć i żyć dalej (podobnie jak o Królestwie Burgundii). Aż tu nagle pan Schon, wyrobiony w graniu takich sobie bara – bara love songs postanowił się rozwijać muzycznie w kierunku zupełnie sympatycznym, pożytecznym i pożądanym. Okazał się doskonałym gitarzystą nie tylko technicznie. Po prostu ma dobry gust. Gra… i coś się dzieje! Zrealizował szereg płyt solowych, był włączany do pracy jako muzyk sesyjny. Zawsze doskonale z tego korzystał. Kręcił się w okolicach bluesa, hard rocka, a nawet muzyki elektronicznej.

Pisałem niedawno o zespole Chickenfoot i teraz nawiążę, bo jest okazja, a jak jest okazja, to lubię nawiązywać :) Otóż właściwie to było tak, że z jednej idei wyszły dwie grupy. Sammy Hagar coś tam namieszał i opuścił projekt, Schon zebrał muzyków i zrobił rzecz od nowa. Hagar wylądował w Chickenfoot, gdzie się pozytywnie wygłupiają (ale jednak tylko wygłupiają), a Schon odpalił Soul SirkUS, który jest znacznie poważniejszym pomysłem. Nie patetycznie – poważnie – posągowym. Po prostu kawał dobrze potraktowanego i mistrzowsko nagranego hard rocka.

Po pierwsze: Jeff Scott Soto śpiewa lepiej od Hagara. Hagar jedynie drze się według melodii. Soto śpiewa, darcie się jest jednym z używanych środków.

Po drugie: absolutna wirtuozeria wykonawcza.

Po trzecie czas: Dzięki zamieszanu z Hagarem muzyka miała czas dojrzeć, być przerabiana, dokomponowywana itd. Potem jeszcze to musiało potrwać, bo perkusista Castronovo się zajechał i trzeba było szukać nowego. Zastąpił go Virgil Donati i płytę nagrano od nowa z jego autorską ścieżką perkusji (pozostałych ścieżek nie ruszano). Ciekawostka – obie wersje istnieją na rynku i obie słyszałem. Druga lepsza. Uzupełniona o parę utworów i bardziej energiczna. Więcej z tego projektu nie dało się wycisnąć. Niesie jak huragan i niezawodnie poprawia humor. Bez kompleksów, bez mdłego balladkowania, co często trafia się muzykom debiutującym w latach 70. – zwykły spadek hormonów na starość. Nie, nic z tych rzeczy. Jazda na całego, a spokojniejsze kawałki mają nie mniej energii niż reszta.

Gra tam niejaki Marco Mendoza na basie. Ma w dorobku parę rzeczy, w tym płyty solowe, których nie słyszałem, ale poszukam. Znałem go dotąd jedynie z DVD Whitesnake z 2004 roku i z solowej płyty Coverdala. Bardzo dobry basista.

Czekam niecierpliwie na kolejną płytę, o ile się ukaże. Nic na to nie wskazuje, oficjalna strona jest zlikwidowana, Journey ma nowy album, Schon jeździ z nimi na koncerty bara – bara love songs.

Znalazłem taką próbkę, niewiele tego jest więcej, wyszedł bodajże tylko jeden oficjalny teledysk, więc daję samo audio, reprezentatywny kawałek:
http://w280.wrzuta.pl/audio/aYHvqPf0pxn/soul_sirkus_-_peephole

Płyta zesopłu Soul SirkUS nosi tytuł World Play

Tagi: , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona, Wszystkie wpisy | 1 komentarz »