Wpisy oznaczone ‘vai’

Rekordy świata na wagę! Kup sobie 70 dźwięków na sekundę

środa, 25 Kwiecień 2012

Lista wybitnych wirtuozów gitary jest długa. Bardzo długa. Głowa ludzka to śmietnik, więc to i owo zasłyszane, przeczytane zostaje mi w tym śmietniku. Nazwiska, wyniki (ilość dźwięków na sekundę) i tak dalej. Mam czasem nawet wrażenie, że epoka wielkich gitarzystów się skończyła, bo rzadko wypływa nowy, wielki talent. Ale to nie do końca prawda. Joe Bonamassa, Warren Haynes, Jonny Lang, Derek Trucks, Tom Morello – nazwiska świeże lub dość świeże, a wielkie. Żaden nie mieści się nawet w pierwszej setce najszybszych grajków, wszyscy są za to w ścisłej czołówce talentów, wywierają wpływ. Co się więc dzieje z tymi najszybszymi? Gdzie są? Kim są? Kto o nich wie oprócz fanów mierzących ich sprawność zegarami atomowymi?
Nikt. Są marginesem muzyki, sztuki, kultury. Jeszcze Al di Meola, czy Mc Laughlin to starzy mistrzowie, Vai i Satriani przebili się dawno, kiedy nie było takiej konkurencji i faktycznie mają coś tam (cokolwiek) do zaproponowania muzycznie. Może Petrucci jeszcze jest w sumie znośny, nawet ze wszystkimi swoimi wadami. A reszta? Margines, dziwolągi, kobieta z wąsami, gadająca małpa, kot znający tabliczkę mnożenia. Cyrk. Cyrk przyjeżdża i odjeżdża, nikt nie pyta gdzie i kiedy pokażą następne sztuczki. Parę przykładów wyplutych przez historię ścigaczy, których zupełnie niechcący zapamiętałem:

Rusty Cooley – słuchanie tego pana przypomina słuchanie płyty na przyspieszonych obrotach i tyleż samo sprawia przyjemności. Na teledyskach pokazują głównie jego lewą rękę, co wywołuje podobne emocje, jak pokazywanie szachownicy na zawodach szachowych. Różnica w tempie gry naprawdę nic tu nie zmienia. Niejasnym dla mnie pozostaje, czy Cooley jest spokrewniony z Jerzym Kulejem, bo nazywają się podobnie i obaj specjalizują się w rozwiązaniach siłowych.

Shawn Lane – muzyka coś jak Osjan, wczesny Waglewski. Lane szybszy, ale Waglewski lepszy. Jakby Lane’owi obciąć ze dwa palce, to jest szansa, że jednocześnie by się amputowało niepotrzebną połowę dźwięków. Niestety przy jego wyczuciu jest bardzo prawdopodobne, że zniknęłaby właśnie ta lepsza połowa.

Michael Angelo Batio – dowód na to, że dobrym skrzypkiem jest ten, który nauczy się trzymać smyczek wbity w ucho naciskając struny palcami u nogi, a dobrym rzeźbiarzem jest ten, kto potrafi rzeźbić dłutem umieszczonym rękojeścią w tyłku.

Yngwie Malmsteen – dużo wygłupów. Jak gra Paganiniego solo, to jeszcze ujdzie. Ale gdybym go chciał podsumować, to pokazałbym końcówkę koncertu G3 z jego udziałem, gdzie wygląda jak zużyty wieprz, gra wyłącznie ćwiczenia gitarowe (fakt, że sprawnie, ale wyłącznie ćwiczenia), a na końcu wypinając gruby tyłek niemrawo rozwala gitarę o podłogę. Pokazałbym, ale kurde nie chce mi się tego szukać. Podobnie jak nie chce mi się szukać My Generation – gdzie widać, jak to się powinno robić. I gdzie się zatracił ten sens. Gdzie bunt, bo jest tylko poza. Gdzie radość grania, bo jest tylko kompulsywne przebieranie palcami. I gdzie muzyka. Bo te wklejone linki wszystkie do kupy to krótko mówiąc gówniana muzyka. Imitacja muzyki.

I na koniec akcent komiczny, shit ostateczny (nie mylić z sądem ostatecznym). Jedna z tych kobiet, na które można popatrzeć, ale słuchać się ich nie da. Nawet pomimo, że nic nie mówi.

Tagi: , , , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

Ta laska, co grała solówkę w Dirty Diana

niedziela, 11 Wrzesień 2011

Jackson lubił dorzucić jeden – dwa mocniejsze kawałki na każdej swojej płycie. Udział Eddiego Van Halena w nagraniu Beat it wspominany jest ze wzdychaniem, pojękiwaniem i zachwytem. Słusznie, ładnie zagrał (w tle pobrzdąkiwał mu mocno przereklamowany Steve Lukather). Na kolejnym albumie pojawia się odpowiednik, mocny kawałek – Dirty Diana i tu już jest zagadka. Ktoś na teledysku faktycznie gra solówy gitarowe. Ktoś dużo mniej znany od Van Halena. Czupryna jest bujna, twarzy wiele nie widać. Parę razy słyszałem próbę określenia tożsamości „no, ta laska, co grała solówki w Dirty Diana”. I tyle.

Otóż ta laska nie jest wcale taka nieznana i tajemnicza. Świetnie gra na gitarze i ma spory dorobek. Co więcej. Ona jest facetem i nazywa się Steve Stevens.

Dziwnie się nazywa. Właściwie ma na nazwisko Schneider, a pseudonim wybrał (wybrała? to może umówmy się jednak, że ta laska to facet) więc wybrał sobie śmieszny, jakby w Polsce ktoś się zwał Stefan Stefański. Był też chyba pierwszym gitarzystą, który malował sobie paznokcie na czarno (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu. Drugim znanym z tego egzemplarzem był Nuno Bettencourt). Zaczynała [tfu!] zaczynał karierę przygrywając w zespole trochę pajacującego Billy Idola. Zdołał się jednak wygryźć tym kanałem na tyle, że w 1987 pojawił się na Bad i dopiero wtedy zrobiło się o nim głośniej. Na chwilę.

Stevens widocznie nie ma ciśnienia na karierę. Nie ma własnej strony internetowej, jest na Myspace i na Facebooku (kliknąłem, tak, tak, lubię to). Można powiedzieć – utalentowany muzyk studyjny i trochę zmarnowany gitarzysta. Wrócił do Billy Idola i zakisił się tam na amen. Zrobił trochę muzyki filmowej (z bardziej znanych nagrań – słychać go w Top Gun). Szkoda, jak wspomniałem – jest świetny. Jego styl jest zakorzeniony w starej szkole grania z lat 70. Zdecydowanie jest wirtuozem (sprawniejszym od Van Halena, chociaż ustępuje najszybszym wymiataczom. Ale spokojnie wytrzymuje w sytuacjach, kiedy trzeba błyszczeć techniką). Jest jednak w jego grze charakterystyczne, rockowe zacięcie, skupienie na brzmieniu, stylu, szorstkość. Zachowanie proporcji między efektem muzycznym a popisami – zdecydowanie na korzyść tego pierwszego.

Wydał trzy solowe płyty. Atomic Playboys to przeciętny heavy metal z końca lat 80.i z niego pochodzi pierwsza załączona próbka (niewiele tych próbek, no słabo się facet lansuje). Zmieścił się swobodnie w konwencji, ale to jeszcze nie to. Dwie kolejne płyty są dużo ciekawsze. Flamenco A Go-Go jest dobrą próbą połączenia muzyki tanecznej (chwilami z dyskotekowym podkładem), hiszpańskich gitar, elementów jazzu i rocka. Konwencje połączone są sprawnie, bez zgrzytów i z osobliwym wdziękiem (druga próbka). To nie jest italo – disco. Trzeba pamiętać, że rock też wywodzi się z muzyki tanecznej, jedno z drugim nie musi się kłócić, o ile jest dobrze zrobione. Więc jest. Niemal dziesięć lat później ukazała się Memory Crash (2008). Instrumentalny album z jedną tylko piosenką z wokalem. Mieści się w nurcie tzw. rocka gitarowego, nawiązuje do kanonu stworzonego przez Satrianiego i Vaia. Takie granie wymaga znakomitego opanowania instrumentu, wiele płyt z wymienionego nurtu to po prostu prezentacja umiejętności grajka. Czasem tyleż błyskotliwa, co nudna. Tym bardziej może się podobać, że Stevens nadał swojej płycie silnie hendrixowskie brzmienie. Riffy, rytmy, chropowate brzmienia, wyważona gra solo – przy tym sporo elektroniki, ale bez przesady. Popisowe solówki też – i też z umiarem. Po prostu świetne granie. Cieszy ucho. Trzecia próbka niech ucieszy ucho.

To jednak nie koniec, bo najwartościowsza część twórczości Stevensa jest na dwóch zupełnie innych płytach. Tu dopiero widać jego uniwersalność i kunszt, gdyż są to nieco eksperymentalnie brzmiące albumy jazzrockowe. Zespół, który je nagrał to trio o prostej nazwie – Bozzio Levin Stevens, jak łatwo się domyślić od nazwisk wykonawców zupełnie skądinąd znanych. I nie są to nazwiska z piątej ligi, ale z pierwszej. Nie będzie próbki. O tych płytach będzie za to z pewnością inny wpis, natomiast na tę chwilę po prostu polecam. Jeśli ktoś lubi nowocześnie brzmiące fusion zakorzenione trochę w King Crimson, trochę w Zappie, a przede wszystkim oryginalne, świetnie zagrane, to przy tej okazji tylko rzucam temat: ta laska z Dirty Diana zagrała także na tych płytach i zrobiła to bardzo dobrze.

Tagi: , , , , , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona | 1 komentarz »

Maszyny można pokonać, ale tylko na własnym terenie (z kim przegrał Petrucci)

piątek, 13 Maj 2011

Nie będzie mnie dłuższą chwilę, więc zawieszam coś, co zapewne wkurzy parę osób :)

Dream Theater naprodukował sporo muzyki. Trzeba im oddać sprawiedliwość – zespół pracuje zespołowo (to wcale nie tautologia). Każdy dokłada swoje 5 groszy do nakreślonej jasno idei w celu ulepszenia i realizacji. Co by więc nie mówić złego o DT – jest to najlepsza opcja, jaką ci panowie mogą stworzyć. Maksimum możliwości. A że da się lepiej, to już inna sprawa, można równie dobrze powiedzieć, że da się gorzej i zdecydowana większość grajków mieści się właśnie po tej gorszej stronie. Fakt, są dobrzy. Jednak łatwiej o ocenę, jeśli przyjrzeć się poszczególnym osobowościom muzycznym, wynajdując części składowe. Taka analiza pojawiła się już na moim blogu, opisałem Jamesa LaBrie. Dziś John Petrucci na podstawie solowych płyt.

Suspended Animation to wzorowany na Satrianim instrumentalny rock gitarowy nie przynoszący gatunkowi niczego, czego by już nie zagrano setki razy. Trudno coś więcej o tej płycie napisać. Jest dobrze zagrana, ale to naprawdę wszystko. To nawet dość dziwne, że gatunek potencjalnie wdzięczny skończył się właściwie na Passion and Warfare Vaia, a płyta, która dawno temu powinna być historią – Jeff Beck’s Guitar Shop – nadal brzmi równie aktualnie jak najnowsze produkcje i jest wzorem, szablonem dla kolejnych generacji gitarzystów. Trawestując Willy Dixona – ta roślina nie wyszła poza stadium korzeni i nieśmiałych, wątłych gałązek. Co więcej o Petruccim? Ano w sumie nic. To gracz fraktalny, matematycznie przewidywalny.

Najlepszym chyba przykładem (bo dobitnym i przejrzystym) jest wykonanie utworu Bite of the Mosquito z koncertowej płyty (choć ten kawałek jest ze studia) An Evening with John Petrucci and Jordan Rudess. Co tam właściwie jest? Dużo dźwięków. Marne echo Lotu Trzmiela (na marginesie – równie marne jak. np. Bolero z Trylogy ELP). Cała płyta przypomina granie najętych pianistów w hipermarketach lub niewyszukanych knajpach. Temat, wielokrotne przetworzenie wariacyjne na różne sposoby, pretensjonalne, przewidywalne solówki, następny utwór. A Bite of the Mosquito może sobie zrobić każdy. Naprawdę!

Wystarczy wprowadzić dużo dźwięków w interwale najczęściej sekundy małej do programu np. Anvil Studio z zachowaniem najbardziej podstawowych zasad harmoniki tonalnej (jeśli ktoś nie zna teoretycznych podstaw systemu tonalnego, to doskonale poradzi sobie intuicyjnie, bo wszyscy jesteśmy z tym osłuchani), a następnie odtworzyć w szybkim tempie przez MIDI. Efekt będzie identyczny, jakby zagrał Petrucci. We współczesnej muzyce gitarowej dochodzimy do progu, gdzie człowiek usiłuje udawać maszynę i przegra, bo procesor jest szybszy i skomponowaną w komputerze melodię można przyspieszyć tak bardzo, że dźwięki się zleją. Gitarzysta może uzyskać maksymalnie około 20 dźwięków na sekundę (w tremolo jeszcze nieco gęściej). Komputer nie ma takich ograniczeń, natomiast prawdopodobnie długo jeszcze nie będzie posiadał zdolności do tworzenia emocjonalnej warstwy gry, naturalnej artykulacji, nie będzie wyczuwał nastroju publiczności i dynamiki zespołu, jeśli gra zespół. Nie podejmie decyzji o zastosowaniu rubato, przejściu od portato do staccato, o różnicy między piano i mezzopiano na podstawie intuicji, wystroju wnętrza, wyrazu twarzy słuchacza, zapachu powietrza zza okna. To może tylko człowiek, który zupełnie dobrowolnie rezygnuje (Petrucci) z tego niewyobrażalnego potencjału po to, żeby tworzyć muzykę opartą na wykonywaniu ćwiczeń palców.

Petrucci jest o tyle rozczarowującym artystą, że jako podstawowy muzyk Dream Theater – kapeli z ambicjami na renesans artystycznego rocka – nie ma właściwie nic do zaproponowania jako muzyk. Męczące w odbiorze, mechaniczne wykonawstwo, klonowanie własnych dźwięków według przelicznika ilościowego, sztucznie rozbudowywane i komplikowane bez uzasadnienia konstrukcje utworów (nie kompozycje, a właśnie konstrukcje, spiętrzone, przekombinowane), całkowita zależność od prekursorów, brak choćby jednego istotnego pomysłu nadającego świeżość brzmieniu.

Napiszę jeszcze jeden artykuł o dwóch płytach, na których Petrucci zagrał i które uważam za znakomite. Dla równowagi i sprawiedliwości. Ale to już nie Petrucci włożył tam ducha. A tak poza tym… zresztą. Niech będą dwa linki. Jeden to „nowatorski” pomysł Petrucciego na odświeżenie pomysłu z Lotem Trzmiela

Drugi w kontekście całej płyty An Evening with John Petrucci and Jordan Rudess. Chodzi o to, jak można zagrać w duecie fortepian – gitara. Specjalnie warto się przysłuchać wirtuozowskiej grze unisono i w ogóle wykorzystaniu nieprzeciętnej techniki do zagrania wspaniałej muzyki, a nie tylko wielu dźwięków. Cieniowanie, artykulacja, dbałość o każdy drobiazg podczas gry na pełnej szybkości. Przy tym technicznie równie sprawnie (albo sprawniej) jak Petrucci.

Tagi: , , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe