Wpisy oznaczone ‘janusz radek’

Jeszcze o Piszu, Radku i Bukowinie

czwartek, 21 Kwiecień 2011

Dwa zupełnie niezależne spostrzeżenia w uzupełnieniu wpisu o festiwalu w Piszu (dwa poniżej tego):

1. Wolna Grupa Bukowina
W pośpiechu i na gorąco pisałem relację z koncertów w Piszu i w tym bałaganie nie dołączyłem części o Bukowinie. Piękny, wzruszający, ale nie tanimi środkami – koncert. Dbałość o każdy szczegół, ale w sposób nie zwracający uwagi na szczegóły. Przypomnienie zapomnianych piosenek, powodujące, że te zapomniane brzmią jak klasyki. Świetny basista, ale ani śladu popisów. Muzyka, klimat na pierwszym miejscu. Brzmienie wciąż autentyczne, świeże, aż proszące się o zaśpiewanie po raz kolejny i każde kolejne ognisko przestaje być banałem. Zero gwiazdorzenia, koncert snuł się miękko, lekko, bez chwili nudy. Z moim wielkim podziękowaniem, że świat jaki zostawiłem za sobą paręnaście lat temu (odkładając gitarę i porzucając wyjazdy w góry) wciąż istnieje, że nie przepadł bezpowrotnie, nie skomercjalizował się, nie zgłupiał. Jest nadal i jest prawdziwy, to nie tapeta. To Wolna Grupa Bukowina.

2. Janusz Radek.
No to przesłuchałem jego wcześniejsze dokonania, jak obiecałem tutaj. Żeby nie krytykować bez wiedzy.  Otóż to produkt masowy, popkulturowy, po prostu czasem popkulturę i masowość buduje się nawiązując do ciekawych rzeczy. To nie powoduje automatycznie przyrostu jakości. Np. włączenie frazy z Bacha do piosenki discopolowej nikogo jeszcze nie zrównało z Bachem. Radek miesza się w różne rzeczy wysokich lotów, wszystko przerabia na papkę, dolewa wody i sprzedaje przypuszczalnie za spore pieniądze. Niezależnie, czy są to nowe piosenki, czy covery. Covery jednak ilustrują to szczególnie dobitnie. W zasadzie wygląda jak przysłowiowy japoński turysta, który usiłuje być wszędzie byle jak, ale koniecznie w jak największej ilości miejsc i robi fotki swoim osławionym idioten-kamera. Radek jak Halik usiłuje zajrzeć w każdą szparę i zostawić napis „byłem tu”. Przy czym „byłem tu” Halika zwykle wiążę się z ciekawą opowieścią. „Byłem tu” Radka nie wiąże się z niczym, jest nudno. Jego repertuar przypomina mieszkanie urządzone w złym guście, wypełnione kopiami obrazów i to takimi najbardziej oklepanymi. Słoneczniki, Mona Lisa, Trwałość Pamięci, wykonanymi jako wydruki masowo sprzedawane na bazarach albo kiepskiej jakości kopie. To kolekcjoner i wykonawca kiepskich kopii dzieł sprowadzonych już wcześniej do roli ikon popkultury, więc do czego można je jeszcze sprowadzić? Zalicza chyba po prostu te piosenki jak panienki, robi sobie może kolejne nacięcie nożykiem na futrynie. Jest do bólu komercyjny, płytki i pretensjonalny. Nie od dziś wiadomo, że na bazarach sprzeda się każde bezguście, a zwłaszcza jeleń na rykowisku i zbroja husarska. A także kolejne wykonanie „Dziwny jest ten świat”, „Grande Valse Brillante” i niczym nie odbiegające od reszty autorskie, czułostkowe piosenki. To co zrobił z „Dziwny jest ten świat” jest tak przerażające, że miałem ochotę walnąć czymś ciężkim w monitor. Wytrzymałem do końca, ale mam wrażenie (rzadkie, bo nie jestem z tych nawiedzonych świętobliwych), że jest to po prostu zbezczeszczenie pamięci Niemena. Łezki na twarzy, krewka na rączkach, Radek śpiewający do góry nogami w krótkich spodenkach, Boże, jakie to wzruszające. I te zduszone postękiwania, pewnie się cieszy, że „wyciągnął” wysokie tony. Szlag mnie trafił. Nie wklejam linka. Jak ktoś chce, to niech sobie sam tej szmiry poszuka.

Tagi: , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe

Wrażenia z koncertów podczas imprezy „Pisz i śpiewaj poezję” w Piszu.

niedziela, 17 Kwiecień 2011

Wrażenie pierwsze – ogromna praca organizacyjna, dobre rozplanowanie, wdzięczna publiczność, przytulna sala, logistyka, prowadzenie – wszystko działało. Podobno nie pierwszy rok z rzędu. Ktoś robi to dobrze, świadomie i z zupełnie przyzwoitym efektem. Piszę to, żeby ewentualna krytyka niektórych wykonawców była w jasny sposób odróżniona od samej idei festiwalu. Grał każdy jak umiał :)

Zaprezentowało się szereg artystów z bardzo szeroko rozumianej poezji śpiewanej. Zasadniczo byli to bardzo dobrze grający i śpiewający ludzie. Profesjonaliści lub prawie profesjonaliści pomimo często młodego wieku. Jednak czasem pozostawałem z niedosytem, gatunek kojarzący mi się z pewną szorstkością, autentyzmem, został doprowadzony do absolutnej perfekcji, rozpracowany drobiazgowo, podsumowany do kwintesencji, wykonawstwo osiągnęło pułap absolutnie niedostępny dla większości ludzi, którzy nie mają wykształcenia muzycznego albo lat ciężkiej pracy i nauki. Nie mówię przez to, że brzmiało źle. Przeciwnie. Brzmiało tak dobrze, że aż za dobrze. Tu i ówdzie wyczuwałem lata katorżniczej pracy z zastępem nauczycieli dla osiągnięcia efektu np. ludowego grajka. W najgorszych wypadkach przybierało to postać egzaltowanego, manierycznego śpiewu jak np. u pewnej sympatycznej dziewczyny z doskonałym głosem. Oprócz podziwu dla jej aparatu wokalnego odczułem jeszcze silniejszy dysonans estetyczny. Kicz w czystej postaci. Inny artysta dotknięty był wyraźnie syndromem horror vacui. Nadekspresja, nadużywanie środków, przekombinowanie. Przy tym doskonałe, wirtuozowskie opanowanie gitary i śpiew perfekcyjnie postawionym głosem. Podczas gry w duecie solówki wykonywał z takim zaangażowaniem, że powyrywał struny z prowadnic. A ja myślę, że są lepsze narzędzia ekspresji niż młotek.

Trochę oczywiście i jak zawsze koloryzuję, zasadniczo był to w każdym (bez wyjątku) przypadku kawał świetnie zagranej muzyki. Po prostu po przeczytaniu sobie tego, co napisałem powyżej zastanowiłem się ile to ma wspólnego z tzw. poezją śpiewaną lub piosenką turystyczną i stwierdziłem, że jednak za mało. Nie żeby nic. Ale to nie to. Poza tym młodość = ciśnienie i stąd może ten nadmiar, brak pohamowania.

Doskonałe wrażenie zrobił na mnie Piotr Szauer. Zdecydowanie najlepsze spośród laureatów. Muzyka na pierwszym miejscu, świetne modelowanie nastroju, dobry śpiew i opanowanie gitary, ale bez śladu epatowania wirtuozerią. Życzę mu wielkiej kariery i kibicuję. Zrobił mi ogromną przyjemność grając i śpiewając.

Pozostał mi także w pamięci Włodzimierz Mazoń. Największa dawka bluesa w tym gronie, dbałość o klimat, doświadczenie i pewna naturalna, przekonująca nonszalancja.

Teraz o „dużych” koncertach.

Grupa TAK zagrała wesoło, lekko, dowcipnie. Szkoda, że w kawiarence, a nie na scenie głównej, bo knajpiany nastrój nie sprzyjał słuchaniu muzyki, zdecydowanie wartej większego skupienia.

Janusz Radek… Tu będzie jedyna porcja intensywnej krytyki, bo był to jedyny występ, który po prostu w całości mi się nie podobał. Ciężko mi to pisać o gościu, którego uwielbiają tłumy, ale podłamał mnie. Mało go słuchałem wcześniej, nie miałem wyrobionego zdania. Dopiero w trakcie koncertu przypomniałem sobie, że na jakimś forum muzycznym czytałem zachwyty nad jego skalą głosu i umiejętnościami, po czym przesłuchałem w dostępnych źródłach co się dało, stwierdziłem, że te zachwyty to gruba przesada i zapomniałem o facecie na rok. Do przedwczoraj. Po kolei:
głos – bardzo duża skala, źle postawiony, zduszony, w wyższych rejestrach piskliwy, monotonny, gardłowy i matowy. Spora zdolność do mimikry, ale naśladownictwo jeszcze z nikogo nie zrobiło wielkiego śpiewaka. Pozbawiony indywidualności. Śpiewa bardzo czysto również większe interwały intonuje prawie bezbłędnie. Ani śladu dreszczy na plecach podczas całego występu nie zanotowałem.
osobowość sceniczna – sprawa gustu, ale jak dla mnie infantylny i powiewało ciężką megalomanią. Poruszał się na scenie jak ośmioletnia dziewczynka podczas zabawy na trzepaku. Oczywiście wrażenie czysto subiektywne, ale zapamiętałem pajacowanie, pozę i cyrkowe sztuczki z głosem.
muzyka – kompozycje takie sobie, głównie pop, mocno komercyjne, stylizowane na jakieś tam piosenki autorskie czy poetyckie. Ale tylko troszkę stylizowane. Cały koncert przypominał ćwiczenia śpiewu na lekcji muzyki albo występ przed jakimś egzaminatorem, kiedy trzeba pokazać, że się umie. Po 15 minutach zaczęło być bardzo nudno.
wizerunek – porażająco lanserski. Przykrótka marynarka, obwisły dres i trampki. Podobno teraz taka moda. Widać pracę zespołu speców od marketingu. Zastanawia mnie, co ma do zaproponowania artysta, który usiłuje wyglądać zgodnie z najnowszymi tendencjami szpanu w kręgach snobistycznych. I to artysta z ambicjami na nieprzeciętną indywidualność.

Dla sprawiedliwości – znajdę jego wcześniejsze nagrania, może to po prostu pojedyncza wpadka. Piszę o jednym koncercie a nie o całokształcie kariery, o której wiem po prostu niewiele.

Kompletnie co innego Hanna Banaszak. Zacząłem oglądać koncert z transmisji w kawiarni, ale po paru kawałkach poleciałem na salę. Profesjonaliści najwyższej klasy. To znaczy tacy, że nie myśli się o ich profesjonalizmie, muzyka opanowała mnie i poniosła zupełnie. Wokaliza partii trąbki z „Dzieci Sancheza” była porażająca doskonałością, ale przecież dotknęła mnie muzyka, rozważania o sprawności wokalnej nie mają tu nic do rzeczy. Można o tym rozmawiać teraz, po ostygnięciu. Wtedy, na sali, po prostu wszystkie włosy mi stały dęba. Przypomniałem sobie chwilę potem Radka, wydał mi się płaski, nudny i pokraczny (artystycznie). Pewnie dałby radę zaśpiewać to samo (a może i nie…?), ale efektem byłaby kupa śmiechu, a nie ekstaza. O sekcji rytmicznej i pianiście nie ma co gadać. Na ten koncert trzeba iść, o ile gdzieś go jeszcze grają. Nieopisane.

Ostatecznie, gdybym miał podsumować krótko, to poza jednym słabym punktem (Radek) było mi tam po prostu bardzo dobrze. Niechaj kwitnie i wybrzmiewa festiwal w Piszu przez długie lata. Moje wielkie gratulacje, a jeszcze prywatniej – podziękowania. Mam nadzieję, że za rok coś wymyślę i przyjadę, bo szkoda przegapić.

Tagi: , , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentarzy: 4 »