Wieczność, której i tak nie ma

Na wstępie tej polemiki, zarówno z artykułem

https://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7,48722,28347070,chrzescijanstwo-jest-jedna-z-najbardziej-amoralnych-religii.html?fbclid=IwAR29aKy7c1x_W9d54rJ53bEnbN9sSmKv5PISVmGcbtiGMNlzE8INYeOYSc0

jak i z jego ciepłym przyjęciem przez wiele osób (liczba przychylnych komentarzy pod artykułem, a także rozbieżność odbioru z Maciejem Meleckim, która bezpośrednio skłoniła mnie do tego wpisu) chciałbym zaznaczyć, że:

1. nie występuję tu w obronie żadnej religii i nie jestem osobą religijną;

2. chciałbym, żeby osoby stojące na podobnym stanowisku jak ja, wyrażały się ściśle, bez demagogii, populizmu i przekłamań, zwłaszcza jeśli dysponują tytułami naukowymi, gdyż wypowiadając się tak, jak przywołany tu profesor, robią szkody i jedynie „przekonują przekonanych”, do tego ucząc ich równie niechlujnego podejścia do tematu.

Oczywiście, lubimy słuchać tych, z którymi się zgadzamy. Jednak utrata zmysłu krytycznego rzadko przynosi sensowny efekt.

Nie ma sensu, żebym rozprawiał się z całym artykułem, bo musiałbym napisać książkę. Jest najeżony błędami, jak wspomniałem – demagogiczny, populistyczny, niechlujny. Postaram się jednak pokazać o co mi chodzi w takiej formie, żeby przypominało to wpis blogowy.

Już pytanie wprowadzające wywiad wprowadza jednocześnie w błąd. Redaktorka zakłada, że „wszyscy chcielibyśmy żyć wiecznie”. Pomijam osobiste doświadczenie (wielu moich żyjących znajomych chce po prostu żyć do śmierci), wystarczyłoby jednak sięgnąć do źródeł, nawet internetowych (https://zwjr.pl/artykuly/statystyki-samobojstw-polska-i-swiat – co roku liczba samobójstw tylko w Polsce przekracza 5 tys.), żeby zawahać się przed owym „wszyscy”. Ktoś mógłby jeszcze argumentować, że być może niektórzy zabili się, bo chcieli pójść do nieba. Statystyki jednak temu przeczą (http://www.wpsnz.uz.zgora.pl/pliki/prace_studentow/prace/samobojstwa2.pdf , autorzy: Małgorzata Szymczak, Magdalena Tworek, Rafał Kędzierski, Marcin Krzyżaniak, Szymon Kandulski, dane za rok 2005, wyd. Uniwersytetu Zielonogórskiego.).

Oczywiście, redaktorka mogła zadać takie pytanie „z marszu, po prostu”, jednak prof. dr hab. z Instytutu Filozofii i Kognitywistyki Uniwersytetu Szczecińskiego, laureat Nagrody im. ks. Józefa Tischnera, powinien choćby żachnąć się w takim momencie, są przecież formuły w rodzaju „dla ścisłości – nie wszyscy, jednak większość unika śmierci tak długo, jak może”. Od tego jest prof. dr hab. Zwłaszcza, że takie artykuły zwykle są autoryzowane. Rozmówca jednak radośnie podchwytuje i rozbudowuje fałszywe wnioski na fałszywej przesłance.

Oczywiście, wychodząc indukcyjnie z prawdziwych przesłanek można dojść do fałszywych wniosków, jednak omawiany wywiad wychodzi już z fałszywych przesłanek, sama logika skazuje całą resztę na porażkę. Pozostańmy jednak dla pewności przy pierwszym akapicie, zanim spotkamy się z kolejnymi.

„Jeśli życie miałoby być wieczne, musiałoby być również wiecznym cierpieniem”. Dlaczego? Otóż profesor uważa, że raz przeżyta trauma wyniszcza bez końca (dalsza część wypowiedzi). Tym samym kwestionuje wszystkie wszystkie wypracowane metody radzenia sobie z traumą (od medytacji, przez spowiedź, po rozmaite formy psycho- czy autoterapii). Po drugie, co znacznie gorsze etycznie kwestionuje sens działań tych, którzy potrafią żyć długo (i , co ważniejsze, pięknie!) pomimo strasznych rzeczy, które ich spotkały. I po trzecie, co jeszcze gorsze etycznie i logicznie – uważa, że sposobem na cierpienie po traumie jest śmierć. Życie wieczne jest więc niepożądane, bo nie dość, że trauma nigdy się nie goi (nieprawda), to nie da się żyć pięknie pomimo cierpienia (kolejna nieprawda), a więc najlepiej jest umrzeć (i jeszcze jedna nieprawda). Tylko kiedy umrzeć? Wieczność to sofistyka, nikt z nas nie doznał wieczności. Ale żyć 50 lat i cierpieć, i nadal chcieć żyć – da się? To skąd wiemy, że nie 500 lat? A dlaczego nie lepiej zabić się od razu po traumie, skoro po epikurejsku jedynym celem jest nie cierpieć, a pamięć traumy dominuje umysłowość każdego, kto ją przeżył? Można to załatwić od razu Panie Profesorze? Tak od ręki. W każdym razie wystarczy wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć ludzi, przeczących pomysłowi, że lepiej umrzeć niż pamiętać o gwałcie/ stracie dziecka/ innej traumie. Ludzi, którzy żyją wiele lat, zaleczyli rany, zaznali i dali potem wiele dobra, wcale nie spieszno im umierać.

Nie bierze też profesor pod uwagę tego, że wiara jest argumentem – co prawda tylko dla wierzących, ale to właśnie oni chcą do raju. Wierzą w to, że łaska boga potrafi wymazać z umysłu „rzeczy przeszłe” (Apokalipsa Jana 21:3-5, źródło:

https://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1109). Oczywiście racjonalista tak nie myśli i tu jest jeden z głównych problemów: to są dwa różne systemy myślenia. Mówienie własnymi oczywistościami do ludzi, dla których oczywistością jest „credo, quia absurdum” jest kolejną błędną przesłanką rozpoczynającą całą tę sofistykę. Te światy się po prostu nie spotykają. Katolicy wierzą w to, że po śmierci zniknie cierpienie, tak po prostu. I cała argumentacja profesora bierze w łeb. Ateista powie, że to bzdura, ale powie to jedynie sobie i sobie podobnym, a to wierzącego w ogóle nie obchodzi. Wiem, miło jest tak mówić do siebie o rzeczach, do których jest się przekonanym. Przyjemność jednak jest niezobowiązującym dodatkiem do unikania cierpienia, jeśli już w ten nachalny i dość przestarzały sposób mamy się bawić w epikureizm. Spytałbym tu więc: może warto pocierpieć? Ale uprzedził mnie profesor w kolejnych akapitach.

Zanim się za nie zabiorę, chcę przypomnieć, dlaczego zabiorę się za nie „po łebkach”. Już ta, bardzo, naprawdę bardzo skrótowa (aż mnie zęby bolą) analiza krytyczna pierwszego akapitu zajęła 5308 zzs. Cały artykuł, z którym polemizuję ma niecałe 25 tys. zzs. Nikt z nas nie chce, żebym analizował go bardziej kompleksowo.

Jest w tym wszystkim rzecz najważniejsza: Ziemiński wychodzi z dwóch założeń:

1. cierpienie nie ma sensu

2. raz przeżyta trauma czyni resztę życia piekłem i nie ma od tego ucieczki.

Oba te założenia są fałszywe.

Żeby nie utkwić na wiele dni w tej polemice, będę musiał się streszczać do formuły – wypowiedź – kontrargument. Tak więc w kolejnych akapitach:

„Ten ogrom nieszczęść wydaje mi się niemożliwy do odkupienia. W jaki sposób można zadośćuczynić małemu dziecku, które całe życie borykało się z głodem i przemocą, okrucieństwem?”

I jak tu się odnieść? W jednej zbitce miesza się tu problem teodycei z problemem eschatologii (ofiara w żadnej religii, w tym ofiara Jezusa, nie jest odkupieniem za cierpienie człowieka, tylko przebłaganiem bóstwa). Kto oglądał stare drzewa, wie że ich ciała są pełne blizn, a jednak żyją po tysiąc lat. Jakim prawem profesor europejskiego uniwersytetu orzeka w imieniu cierpiących w Jemenie, że „nigdy nie zaznali żadnej radości” (to dopiero absurd! naprawdę, nigdy? jak on to zmierzył?) i że po tym co przeszli, lepiej dla nich, żeby umarli za parę lat, bo jeśli pożyją dłużej, to tylko dłużej pocierpią. A gdyby zostali zbawieni i poszli do nieba (któregokolwiek), to będą cierpieć wiecznie, więc lepiej w żadne zbawienie nie wierzyć. To już jest podłość. Zimne teoretyzowanie, budowanie jakiejś scholastycznej konstrukcji z aksjomatów opartych na fałszywych przesłankach i antyklerykalnych emocjach. Dla tych ludzi często jedyną pociechą w ich ciężkim życiu jest wiara w nagrodę i ukojenie.

„W gruncie rzeczy można byłoby dojść do wniosku, że mit nieba został wymyślony przez tych, którzy zabijają i krzywdzą, aby usprawiedliwić własne zbrodnie”. Otóż nieprawda. Z ust profesora nie dopuszczam zdań „w gruncie rzeczy można by…” w sytuacjach, kiedy coś wiadomo na pewno. Wszystkie znane mi prace religioznawców i antropologów kultury wskazują na to, że wiara w zaświaty jest pierwotniejsza od struktur społecznych, oddolna. Owszem, mit nieba jest bezwstydnie wyzyskiwany przez tych, którzy krzywdzą, ale w sferze wierzeń oni „przychodzą na gotowe”, bo ludzie są religijni z natury i albo nadal wierzą w skompromitowane mity, albo tworzą nowe w ich miejsce. Nie ma tu znaczenia, czy teoretycznie lepiej, żeby niebo było, czy nie. Ludzie w to wierzą, bo tacy są.

Pominięto tutaj (niedopuszczalna jednostronność sądów) wszystkich kaznodziejów i władców, którzy mit nieba wykorzystywali dla dobra ludzi. Może to oni wymyślili ten mit? Ilu było tych podłych, a ilu szlachetnych? Nikt z nas tego nie wie, ale z tytułem profesorskim nie chlapie się tak nieodpowiedzialnie, ten człowiek jest naukowcem (do tego wypowiadającym się w imieniu wszystkich cierpiących tego świata).

„Łatwo nam współczuć tym, których już nie ma. A dopóki ktoś jest obok nas, traktujemy go z obojętnością, przemocą, okrucieństwem, nawet bez wyrzutów sumienia”. Chciałoby się odpowiedzieć „mów za siebie”. Zarówno w poezji, jak i w publicystyce nie znoszę wypowiedzi per „my”. To z jednej strony imputowanie komuś postaw i poglądów, z drugiej uogólnianie („ty zawsze się spóźniasz”, „ty nigdy mi nie kupujesz kwiatów” to podstawowe błędy komunikacji w ogóle i argumentacji w szczególności), z trzeciej – uzurpowanie prawa do sądzenia sumień, wchodzenie w rolę mędrca, który wie wszystko (słowo „wszystko” jest konsekwencją uogólniania). Cały ten wywiad jest wypchany ogólnikami jak zabytkowa kołdra pierzem. I po czwarte – „my” zwykle jest chowaniem „ja”. „My, ludzie, nie radzimy sobie z zagrożeniem wojną” lub „wstajesz rano i nie radzisz sobie z tym, że jest wojna” to dwie zbliżone strategie, żeby ominąć dużo trudniejsze „ja nie radzę sobie z tym, że jest wojna”.

Ten fragment jest dłuższy, ale wrzucam w całości, bo niektórzy nie mają płatnego dostępu do Wyborczej:

„Mimo to jest mi bliska idea greckiego poety Teognisa, który pisał, że lepiej się nie narodzić, a jeśli ktoś się narodził – lepiej jak najszybciej umrzeć, bo cały bagaż cierpienia, które dźwigamy, jest zbyt przytłaczający. W tradycji orfickiej idea ta miała nieco inny sens – człowiek został strącony na ziemię z jakiejś sfery boskiej, w której przebywał, wobec czego śmierć będzie zbawiennym powrotem do niebiańskiego życia. Ten pesymistyczny obraz życia ziemskiego jest obecny nie tylko w tradycji greckiej, lecz także hebrajskiej; wystarczy wspomnieć Hioba, który przeklina dzień swoich narodzin, św. Paweł zaś pisał, że pozostawanie w ciele jest dla niego udręką, chciałby już bowiem przebywać z Chrystusem w chwale. Jeśli zatem pozostaje na ziemi, to jedynie ze względu na powierzony sobie lud”.

Kontra:

1. Chrześcijańska tradycja wiąże tę postawę z wcześniejszym prawdopodobnie niż Teognis biblijnym tekstem Koheleta (4:2,3). Lepiej by tu pasował i tematycznie, i kulturowo, to drobiazg, ale znamienny.

2. Księga Hioba, na którą się tu Ziemiński powołuje, jest dokładnym zaprzeczeniem poglądów Ziemińskiego. Końcówka (42:10-17) jest właśnie świadectwem, że cierpienie ma sens, a nawet po najpotworniejszej stracie można odzyskać pełnię życia i szczęścia, nawet podczas życia ziemskiego. Tak to jest, jak się wyrywa z kontekstu.

3. Apostoł Paweł (nazywany tu świętym, ja tak nie uważam) to twórca współczesnego myślenia linearnego o czasie. Parafrazowany tu fragment (prawdopodobnie Ziemiński ma na myśli II Kor. 5:1-10) wyraża – uwaga! – radość z niedalekiego pójścia do nieba i życia tam wiecznie w szczęśliwości. Czyli dokładnie odwrotnie do sensu całej wypowiedzi Ziemińskiego.

Jeśli ktoś przytacza takie fragmenty sam przeciwko sobie, to albo podejmuje polemikę z poglądem którego nie zna (błąd), albo fałszuje tekst źródłowy przez wyrwanie z kontekstu (nie chcę tego nazywać po imieniu).

W tej chwili moja kontradykcja ma 11 tys. zzs, jest boleśnie dla mnie niepełna. Jestem w 1/4 artykułu, który jednak przeczytałem do końca i nie zmieniam zdania. Nie mam też po prostu czasu (i Wy nie macie zapewne), żeby zmierzyć się z kolejnymi 40 tys. zzs, byłoby to jałowe. Pisałem jakieś dwie godziny, więcej po prostu nie mam.

Całość wywiadu to mix posklejanych erystycznie homonimii filozoficznych i kulturoznawczych (czystej wody „wybieg drugi” w Erystyce Schopenhauera), sprzecznych wewnętrznie, niepowiązanych z poglądami drugiej strony. Sam Ziemiński zdaje się szamotać pomiędzy epikureizmem, a „śmiercią zdziczałą” Ariesa, ubierając to wszystko niezgrabnie w źle skrojony humanizm.
Chciałbym, jak wspomniałem na początku, schludniejszych i rzetelniejszych wypowiedzi po tej stronie myślenia, po której sam stoję.