Wpisy oznaczone ‘koncert’

Whitesnake w Spodku

środa, 7 Grudzień 2011

No i zagrali chłopaki. Ach jak ja się martwiłem o gardło Coverdala, jak się martwiłem o dobór utworów. O nagłośnienie i o sceniczność perkusisty. Ale jednak bardziej byłem napalony niż się martwiłem. I co? I dobrze było. Stałem (skakałem również, bujałem się, tudzież rozpychałem, kiedy za bardzo chciano mnie sprasować), darłem ryja i nie mogłem wyjść z podziwu, że sześćdziesięcioletni blondynek na scenie ma wciąż tak doskonały głos. Rzeczywiście, już w połowie lat 70. można było zauważyć, że on naprawdę pracuje nad wokalem. Poszerza skalę, cyzeluje barwę, artykulację, wzbogaca o nowe brzmienia. Jak sądzę nagrywał się całymi godzinami, słuchał, analizował. W żadne bzdury o naśladowaniu Planta nie wierzę. W niektórych momentach mają po prostu podobne cechy, ale to przypadkowa zbieżność, wyolbrzymiona przez fakt, że i muzyka z tej samej (szerokiej) strefy gatunkowej. O ile jednak Plant był wcześniej (jak czasem wspominałem, pięć lat w tamtym okresie to cała epoka) i śpiewał w lepszej kapeli (Zeppelini vs Deep Purple – gra do jednej bramki), to ostatecznie jest po prostu słabszym wokalistą od Coverdala. Ten drugi jest punktem odniesienia sam dla siebie, a że czerpie elementy z najlepszych wzorców rocka, to co? Elementy. Plant też czerpał, przed nim było paru Murzynów i Janis Joplin, których naśladował na pewno bardziej niż sam był potem naśladowany.

A jeszcze ważniejsze – kto mając 60 lat nadal śpiewa równo i bezbłędnie? Gillan skrzeczy, Plant piszczy, Dio… umarł. Kto jeszcze umie śpiewać? O czym tu gadać, nikt chyba. Do tego na żywo – głośno, z wigorem, czysto we wszystkich rejestrach, jeszcze latając po scenie.

Perkusista zrobił swoje. Tichy jest świetnym technikiem, solo było efekciarskie, chociaż wtórne po Aldridge’u. O ile ten drugi grał energetycznie, to pierwszy – siłowo. Aldridge był jak wściekły tancerz za bębnami, Tichy jak bokser. Ale nie było źle. Nowy element – pojedynek gitarzystów. Dostali swoje narożniki, my mieliśmy wiwatować i na tej podstawie był werdykt. Aldrich wygrał, jest eksponowany i rozpoznawalny. To on pisze muzykę, stąd faworyzowanie. Ale moim zdaniem Beach jest lepszy. Aldrich gra sprawniej, szybciej, bardziej precyzyjnie, ale to wszystko jakieś bez jaja. Dużo dźwięków i gęsto. Beach „pociągnął”, on ma feeling, jest niewiele słabszy technicznie, za to bardziej ekspresyjny na scenie (dużo bardziej), jego gra jest urozmaicona, ma puls, ciekawszą artykulację. Wbrew pozorom sporo wnosi do brzmienia zespołu. W ogóle uważam, że najlepsi gitarzyści, jacy trafili się w Whitesnake, to Vandenberg, Sykes i chyba właśnie Beach – wcale nie najszybsi. Najszybsi to Aldrich i Vai. Ale oni z kolei… właśnie Vaia krytykował Vandenberg za brak bluesowego feelingu i zbyt metalowe brzmienie.

Był jeszcze basista, Michael Devin. Bardzo dobry wykonawczo i scenicznie. W ogóle zespół wypadł znakomicie, widowisko było pierwszej klasy. Zastanawiałem się, czy nie zbledną po wyobrażeniach, jakie zostawił mi koncert DVD z 2006 roku. Nie, to naprawdę właśnie tak wyglądało, pomimo, że na płycie jest podrasowane montażem, pracą kilku kamer, może jakimś tam wyczyszczeniem. A jednak nie, na żywo nic nie stracili!

Było dobrze. Poniżej jeden link – jak było słychać z trybuny:

No jest najlepszy. Nie ma opcji, nikt nie podskoczy.
A teraz – jak to brzmiało pod samą sceną (byłem jakiś metr od barierki, prawie najbliżej jak się dało, jazgot i ścisk był potworny, ale i piękny):

Chwilami mnie widać nawet :) ale nie powiem gdzie. Na niektórych filmikach z koncertu też słychać jak wyję. Tu jest artykuł o pozostałej części festiwalu Hard rock heroes, bo na razie napisałem tylko o głównym punkcie.

Tagi: , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona | 1 komentarz »

Tadeusz Woźniak – wielka ściema

środa, 23 Listopad 2011

Legenda polskiej poezji śpiewanej wystąpiła podczas tegorocznego festiwalu Spotkania Pokoleń. Koncert pod Mysią wieżą w Kruszwicy był dobrze przyjęty, zasadniczo goście zadowoleni, a organizatorzy jak by nie patrzeć – zaprosili gwiazdę. Gratuluję więc, a teraz już poza festiwalem, poza obiegowymi opiniami i sprawami organizacyjnymi – moje wrażenia o Woźniaku. Nie o festiwalu, tylko prywatne o Woźniaku: ściema.

Zawsze uważałem go za szarlatana. „Zegarmistrza światła” nie mogłem słuchać z powodu śmiesznego patosu, naiwnej egzaltacji i banalnego tekstu. Ale też zawsze byłem w mniejszości. Zacznę od tego, że artysta w przerwy między utworami upychał komentarze do nich. Szaleństwo w tych komentarzach typu: „w życiu tak jest, że czasem jest lepiej i wtedy są blaski, ale bywa też tak, że jest gorzej i wtedy są cienie, i o tym jest ten utwór”. Podobnych wstawek nasłuchałem się kilkunastu, ale to jeszcze nic. Bo utwory po nich następujące miały teksty równie odkrywcze, jak zapowiedzi. Na ten przykład:

Świat jak zwariowany pędzi
Nie wiem co to z nami będzie
Sprawy, ludzie i motyle
Chwila co przegania chwilę

Jakby się przyjrzeć tekstowi nawet najbardziej znanego hiciora, „Zegarmistrz światła’”, to trudno się oprzeć wrażeniu, że jest pełen bzdur dociągniętych do rymu, bo autor nie bardzo wiedział, czym wypełnić. Zgasną podłogi i powietrza. Jak się komuś podłoga pali, to może i zgaśnie, ale powietrza? Ile tych powietrz zgaśnie? Wszystkie, co się świecą? Wszystkie pięć? Czy może nawet jedenaście? Ja proponuję tak od siebie stworzyć nową kategorię, pokrewną „poezji śpiewanej”, mianowicie „grafomanię śpiewaną”.

Najgorsze jednak wciąż przed nami. O ile prostota tej muzyki jest częścią konwencji i nie można się za bardzo czepiać wałkowania w kółko a-moll i D-dur, to już wykonawstwo powinno być zdecydowanie lepsze. Nie chodzi o gitarę, tylko o głos. Bohaterowie Wiecha mogliby się takim głosem pochwalić, ale nie wokalista piosenki .. (grafomańskiej). Z ambicjami na poetycką. Gość po prostu nigdy nie nauczył się śpiewać, nie chodzi o wybitny wokal, niech by był zaledwie poprawny. Przypomina bowiem coś pomiędzy kwikiem, a beczeniem cielaka. Jest nosowy, cienki, wypuszczony przez kompletnie zaciśnięte gardło. Zestawiony z heroicznymi lub filozoficznymi tekstami brzmi groteskowo, karykaturalnie. Pozbawiony głębi, mocy, barwy – po prostu męczy. Mało tego, syn Woźniaka, dziedzic na włościach – dużo lepszy wykonawczo, może ambitniejszy? – ale ma dokładnie ten sam problem z głosem, co tata, tylko na razie w mniejszym nasileniu. To częsta przypadłość wokalistów, którzy mają psychiczne opory przed śpiewaniem i niby drą się, a aparat głosowy podświadomie dąży do stłumienia, ustawiając kolejne przeszkody. Krtań, język, nos, wargi – wszystko układa się „przeciw” i w efekcie otrzymujemy ćwierkającego niedźwiadka.

Ćwierkającym niedźwiadkom mówimy stanowcze NIE.

Tagi: , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentarzy: 8 »

Fish był w Sopocie. I ja też byłem.

sobota, 9 Kwiecień 2011

Acoustic Tour 2011 kończy się dziś, tu i teraz.

Ten sam, co zawsze, trochę starszy, bardziej elegancki, bez wisiorków, malowideł na twarzy i… bez włosów. Ale to bez wątpienia był Fish. Te same gesty, pozy, ekspresja sceniczna – jak na starych teledyskach z czasów Scripta. Co tu dużo gadać – energia w czystej postaci.

Miał ten koncert coś ze spektaklu, było trochę jak w teatrze. Na początku wyszedł aktor – Fish i sam zajął całą scenę. Powiedział parę zdań do publiczności. Zbudował znakomitą atmosferę, wiedział jak się ustawić, gdzie patrzeć, wiedział kim jest i co tam robi. Zaśpiewał następnie a capella Chocolate Frogs i dopiero wtedy pojawili się muzycy – Frank Usher i Foss Paterson – o tym drugim nie wiem nic, poza dwoma faktami: dobry pianista studyjno – koncertowy i coś tam umie po polsku.

Głos pana Dicka już nie ten. Nie wyciąga pełnej skali tenora. Jednak utratę ambitusu zrekompensował barwą. Nieco poszarzał, zmężniał, zachrypł. Nie zmanierował się, choć po Fields of Crows miałem obawy, że już po nim. Ale nie, obronił się. Grali pełen zakres – od Fugazi do Trzynastej Gwiazdy. Właśnie kawałki z Fugazi – Incubus i tytułowy robiły największe wrażenie. Inne różnie, Incommunicado wręcz dość średnio, ale szczęśliwie ani przez moment nie było naprawdę kiepsko. Było od średnio do genialnie. Genialne było Fugazi, Gentleman Excuse Me, State of Mind (które, jak stwierdził główny aktor, jest silnie związane z jedną z jego wizyt w Polsce, która była dlań niezapomnianym przeżyciem w atmosferze wszechobecnych służb specjalnych, przed którymi uciekli gdzieś na plażę). Wspaniale wypadły dwa kawałki z mojej ulubionej Suits

Ostatecznie spektakl (bo to był spektakl muzyczny, a nie koncert) wypełniał się opowieściami o piłce nożnej, o rywalizacji Szkotów z Anglikami, ale też o zbawiennych podobieństwach Szkotów i Polaków, o rodzinie Fisha, nauką polskiego, dyskusjami z publicznością, wyjaśnieniami dlaczego Usher nie umie zagrać Cliche (bo się publika domagała). I znowu piosenki. Na Lavender wlazłem na krzesło i darłem się, chociaż pewnie nie było mnie słychać dalej niż na pięć rzędów. Może na dziesięć. W końcu gadka – szmatka doszło do polskiej wódki i Fish zaczął wychwalać Żubrówkę, którą to natychmiast tubylcza część ekipy wyciągnęła zza pazuchy i zaczęło się popijanie na scenie na wzór palenia fajki pokoju. Fish obnosił flaszkę, muzycy i technicy ciągnęli po łyku, sam dziabnął ze dwa razy – i grali dalej. W końcu zaczęły się tańce na scenie i na sali (szkockie tańce). Podsumował, że Polska jest pięknym krajem, a najpiękniejszy jest Sopot. Dodał, że będzie z tego koncertu jakiś film… no no no…

A propos filmów. Przede mną nieco po lewej jakiś facet nagrywał wszystko małym aparacikiem, więc pewnie za chwilę będzie na jutube. To proszę Państwa Szanownych pamiętać, że ja tam siedzę, o metr w bok od tego punktu widzenia, co się odtwarza. Jestem tam!

Tagi: , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentarzy: 5 »