Jak znajdziesz Argusa

To była zima, spędzałem popołudnie u Waldka (tego samego, o którym czasem wspominam) i jak zwykle gadaliśmy o muzyce. Jak zwykle pytałem go, co kupować, bo miałem głód nowej muzyki przy jednoczesnym braku wiedzy. Jak zwykle Waldek coś tam miał do zaproponowania i tym razem mówi: Wishbone Ash, to trzeba znać, jak znajdziesz Argusa, to bierz.

No to kupiłem na najbliższym stoisku kasetę firmy Takt. Nie, na najbliższym stoisku mieli wtedy kapele typu Top One, w porywach do Pet Shop Boys. Rock był o dwa stoiska dalej, ale sławny rynek na Przymorzu był nie do przejścia, zawsze z niego wychodziłem z paroma kasetami. Po King Will Come byłem już kupiony. Piosenki były na tyle proste, że w ciągu tygodnia nauczyłem się grać połowę płyty, tylko z tekstami były wtedy problemy. Nie było skąd brać.

Wishbone Ash to był dziwny zespół. Właściwie nie był tylko jest. Andy Powell, jedyny stały członek grupy od jej założenia do dziś, wciąż trzyma się swojej gitary i swojej nazwy. To podobna historia jak Camel, King Crimson, czy Whitesnake. W Camelu jest Andy Latimer, w King Crimson – Robert Fripp, w Whitesnake – Dawid Coverdale. Cała reszta zmieniała się. Ale Wishbone Ash istnieje, grali rok temu w Gdańsku. Nie mogłem iść, żałuję.

To nie jest jedyna dziwność, skoro już piszę, że dziwny zespół. A na przykład to: bardzo znany i jednocześnie prawie nieznany. Z jakiegoś powodu te przeciwieństwa nie kłócą się. Przez niektórych zaliczany do czołówki rocka, inni nie wiedzą, że takie zjawisko w ogóle istniało. Bardzo nierówno grali. Ani jednej naprawdę, w całości dobrej płyty. Uparłem się kiedyś i słuchałem wszystkich. Pilgrimage i Argus są momentami świetne, choć dziś brzmią nieco naiwnie. Jest kilka innych, niezłych, ale też momentami. Nie ma albumu bez wpadki. Rąbanina z lat 80. jest żałosna, szereg beznadziejnych nagrań. Wciąż nie wrócili na szczyt i chyba nie wrócą nigdy. A jednak – tacy jak cytowany Waldek, do dziś mój autorytet, powtarzają to samo zaklęcie: „Wishbone Ash, to trzeba znać, jak znajdziesz Argusa, to bierz”. Nie dalej jak wczoraj znajoma poetka mówi, że inny znajomy poeta „sprzedał” jej Wishbone Ash. A ja na to: (… ta sama fraza z Argusem).

Coś w tym jest. Przede wszystkim nastrojowość. Zespół jak nikt inny na początku lat 70. bawił się klimatami baśniowo-celtyckimi, budował muzycznie całe sagi, opiewał mitologie. Był, można powiedzieć, jednym z prekursorów całego współ czesnego pop-folku, muzyki New Age, patetycznego prog-metalu osnutego na wątkach fantasy. Oczywiście nie jedynym prekursorem, ale warto znać również to źródełko, dziewiczą postać nurtów, punkt wyjścia.

Specyficznie traktowali też gitary. Było w tym coś rewolucyjnego – dwóch gitarzystów grających jednocześnie solówki. Jedni stukali się w głowę, bo wiadomo przecież, że gitara jest rytmiczna i solowa, a skoro są dwie solowe, to znaczy, że kolesie się nie znają. Tak, był czas, kiedy taki pomysł mógł szokować. Jedni więc stukali się w głowę, ale inni zachwycali. Co ciekawe (link poniżej), powstało kilka naprawdę pięknych utworów z tymi gitarowymi polifoniami i bronią się do dzisiaj. Liryzm, kantylenowe melodie, nastrojowość – to zapowiedź modnych pod koniec lat 80. „ballad rockowych”, które zresztą do dziś ratują niejedną randkę i prowokują ckliwe wiersze.

Ja też słucham ze wzruszeniem, bo nie chodziło w tej muzyce ani o eksperymenty (modne wówczas), ani o „czad” (także modny wówczas), a właśnie o wzruszenia. Warrior nadal ma gigantyczny power, może właśnie dlatego, że jest prostym utworem, nie przekombinowanym, choć złożonym. I chociaż Wishbone Ash eksperymentowali i dawali czadu, wracam do Argusa przekonany, że tu nie ma o czym dyskutować. To typowy rozmiękczacz serca. Kiedy mnie ktoś pyta, odpowiadam: to trzeba znać, jak znajdziesz Argusa, to bierz. Odłóż miecz, usiądź, posłuchaj:

5 myśli na “Jak znajdziesz Argusa”

  1. Do „boneszów” mam sentyment ogromny, to całe moje muzyczne dzieciństwo i wczesna młodość, wyboru muzy dokonało wtedy moje starsze rodzeństwo i wdrukowało ją we mnie skutecznie. Teraz to dla mnie nie tylko muzyka, ale też dom rodzinny 🙂 (Argus chyba najlepszy)

  2. dzięki za odpowiedzi. ta kapela zawsze wywołuje pozytywne skojarzenia 🙂

  3. Wishbone Ash to dla mnie przede wszystkim trzy albumy, stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy wysublimowaną odmianą hard rocka, a rockiem progresywnym: „Argus” z „Sometime World”, „Wishbone Four” z „Evrybody Needs A Friend” i „There’s the Rub” z „Silver Shoes”. Później było już znacznie słabiej, chociaż nadal mam słabość na przykład do soft metalowego „Raw to the Bone” 🙂

    1. też mam trochę takich słabości, których niczym nie mogę uzasadnić 😉 i każdy wpis na jedną stronę o zespole, który ma taaaką dyskografię będzie uproszczeniem, wiem.

Komentarze zostały wyłączone.