brave new world czyli stare śmieci

Bruce Dickinson miał tylko trzy momenty w życiu, kiedy śpiewał na swoim najwyższym poziomie. Słychać to było zarówno na koncertach, jak i na płytach. Jeden moment to Fear of the Dark. Ale wtedy zgrywał się raz na Gillana (falsety), raz na AC/DC (chórki, rockandrollowe akordy i rytmy). W końcu na Marillion, choćby w Afraid to Shoot Strangers. Instrumentacja, pogłosy, ekspresja wokalna – wszystko jakby zerżnięte z White Russian (nie mówię o drinku). Tak czy inaczej Fear of the Dark to próba uniwersalności głosu pana Bruce Bruce i trzeba uznać, że etiuda jest udana. Barwa, skala, środki ekspresji – niejednolite, eklektyczne, wtórne, ale jednak bardzo dobrze, bezbłędnie zrobione.

Drugi moment to Chemical Wedding. O tym napiszę oddzielnie. I cokolwiek bym napisał – nie wyczerpię tematu.

Trzeci to Brawe New World. O tym nie napiszę nic. Trzeba posłuchać.
Dobra, złamię się. Jedno zdanie: Mój ulubiony. Chociaż powiadają, że Iron Maiden zrobili w 1982 płytę, a potem co dwa lata nagrywali ją od nowa, to jednak w tym dojeniu jest metoda. Są zespoły/wykonawcy, które/którzy dążą do jakiegoś jednego, jedynego ideału. Np. Iron Maiden, Yello, ELP. Latami dopracowują jedno, jedyne brzmienie, sięgając perfekcji w jakimś tam punkcie. Nie jak inni – różnymi torami, w różnych celach (Yes, Rush, Steve Hackett). Ale jednym szybem do jednego złoża. Kiedy je wyeksploatują – koniec. Następne płyty to tylko czkawka po wielkim żarciu. Pa pa.

Panie Dickinson. To, co Pan zaśpiewał na Brawe New World, już się nie powtórzy. Nie chodzi o to, że stracił Pan głos, ale ten klimat, ten moment! Ta krótka pauza na 3:33 w Nomad – to już się nie powtórzy. Wszystkie kolejne płyty to lipa. Lipa. LIPA. L-I-P-A.

p.s. sorry, miało być jedno zdanie.