Wiele lat minęło odkąd przeczytałem „Old Sutterhanda”. Ale sporo pamiętam, między innymi zachwyty nad zaletami szczególnego typu noża zwanego Bowie. Posługiwał się nim Jim Bowie w Alamo, nazwa zachowała się do dzisiaj. U Karola Maya był jakiś bohater, dziwny typ zwany bodajże Ciotka Droll (był facetem, ale ciotką…) i on najwięcej tym nożem wymachiwał.
Nie umiem uciec od tych skojarzeń z nożem Bowie i z ciotką, słuchając Davida Bowie. A słucham właśnie The Next Day, czyli płyty najnowszej. I podoba mi się. Nie wiem co o niej więcej napisać, więcej chyba bym mógł o Winnetou, ale podoba mi się. Stary wyjadacz nagrał sporo bardzo energetycznej muzyki, różni młodzi metalowcy mogliby siedzieć i robić notatki – jak uzyskać huraganową siłę brzmienia prawie nie ruszając się poza cold wave i new romantic. Przy czym nawet w najpoważniejszych momentach jest albo ironia, albo kpina, albo sarkazm, albo pastisz. Pachnie tu i tam starą dobrą psychodelią, taką sprzed Woodstock. Zdecydowanie warte usłyszenia, z pewnością też wielu będzie wracać. U mnie leci od trzech dni właściwie codziennie.
Ostatnio zrobiło się głośniej po „skandalu”. Teledysk do The Next Day pokazuje księdza, który idzie na dziwki, a sam Bowie „robi” tam za Chrystusa. Prostytutka dostaje stygmaty. Po tytułach prasowych miałem obawy, czy nie poszło w efekciarstwo i tanie skandalizowanie. Nie poszło. Żaden skandal, przekaz jest jasny i nikogo, kto ma oczy w głowie nie powinien oburzyć. Chłop pokazał co myśli o pewnych sprawach i chwała mu za to.