Życie po warsztatach

 

Warsztaty majowe skończyły się jak zawsze smutno. Smutno, bo wyjeżdżanie z takiej imprezy jest smutne. Dobrze, że tym razem nie byłem tym ostatnim wyjeżdżającym, bo to mnie zawsze nastrajało najbardziej ponuro. Zostawiłem Turowo jeszcze w połowie wypełnione, łamiąc serca wszystkim pozostającym.

Jestem naspeedowany. Po takich czterech dniach to się po prostu więcej chce. Człowiek się napracował jak szalony, ale nie ma śladu zmęczenia, chce się jeszcze więcej. Mam milion pomysłów na teksty, z których pewnie zapiszę jak zawsze trzy lub pięć, ale to już coś. To właściwie już dużo.

Wszystkie edycje warsztatów były dobre, ale ta była najlepsza – jeśli wziąć do kupy wszystkie elementy i wyciągnąć średnią. Już nie chodzi o to, że oprócz prowadzącego, Roberta Kani i mnie, były obecne same dziewczyny. W sumie chcieliśmy ściągnąć więcej chłopaków, ale nie wyszło. Ostatecznie był po prostu świetny klimat, doskonały, solidny program, niesamowite części nieoficjalne do czwartej nad ranem i nawet pogoda – niby taka sobie, a jednak w porządku. Intensywność imprezy jest potężna. Byłem na wielu zlotach, warsztatach, festiwalach, konfrontacjach – nigdzie nie było aż takiej dawki w takim stężeniu. Jestem na haju.

Miłosz Biedrzycki to świetny gość. Był przystępny, doskonale przygotowany, rzeczowy, ale i wyluzowany. Nie było chyba niezadowolonych z warsztatów.

Mam jak co roku poczucie, że czeka na mnie mnóstwo gotowych tekstów, wystarczy się schylić. To naprawdę nie chodzi o jakąś pensjonarską szkółkę pisania wierszyków. To jest prawdziwe mięcho, od którego rosną prawdziwe zęby. I prawdziwa, dobra energia między ludźmi.

Do następnego!