Dzienniki rumskie 8

 

Przyjechał do Rumi Jerzy Stuhr na promocję jego książki w DK.

Jerzy Stuhr to artysta dużego formatu i wielkiego talentu, ale nie oszukujmy się, tłumy przyszły zobaczyć celebrytę, a nie artystę. Gdyby ten sam Stuhr był rzeźbiarzem, równie utalentowanym jak aktorem – po prostu byłby rzadziej filmowany, chyba że jego rzeźby zagrałyby jakiś erotyczny epizod w jakiejś nowej Seksmisji. Na spotkanie przyszłoby pewnie pięciu maniaków, w tajemnicy przed rodzinami.

Rzadko widuję tylu Rumian w jednym miejscu. Widziałem nawet, o zgrozo, kilka ładnych Rumianek.

W Rumi drobne pijaczki kochają kulturę. Na każdej imprezie kulturalnej pojawia się kilku przedstawicieli tej subkultury. Dziś jeden też przyszedł i komentował to, co działo się na scenie (wywiad był prowadzony). Próbowano go uciszać, ale reagował nasileniem hałasu i informował o swoich prawach, jakby ktoś go chciał aresztować: Jestem członkiem spółdzielni! Płacę czynsz! Mam prawo tu być!

(Bo impreza była w spółdzielczym DK). Toteż dano mu spokój, wtedy przeszkadzał, owszem, ale mniej niż proszony o nieprzeszkadzanie.

Podobną sytuację widziałem w miejscowej bibliotece. Bardziej agresywny Rumianin miał zwyczaj spędzać tam czas i czepiać się bibliotekarek. Wypraszany powoływał się na swoje prawa, jako posiadacz karty bibliotecznej. Cuchnął jabolem i niezdejmowanym od miesiąca ubraniem. Książek nie czytał. Ale znał swoje prawa i wpadał do biblioteki, chyba po to, żeby poczuć, że mogą mu naskoczyć. Wyrzucony przez policję, wracał po 3 minutach i dalej się awanturował. Od jakiegoś czasu go nie widuję, może ma „ciąg” i wróci w czasie jakiegoś intermezza.

A wracając do Stuhra jeszcze – nie było źle. Nawet fajnie.

Dziś pogoda była słoneczna, ciepła, deszczowa, śnieżna, zimna, mokra i sucha. Wiem, że to zdanie brzmi niezrozumiale, skargi proszę składać do klimatu, ja znam swoje prawa.

Czytam obecnie:

Apollinaire – Nowe przekłady

Joyce – Ulisses (drugie podejście)