Do mojego „artystycznego CV” mogę chyba śmiało dopisać, że pojawiam się jako bohater (a raczej antybohater) w felietonach Piotra Macierzyńskiego już trzeci czy czwarty raz.
Żadna to zasługa, bo żeby zostać bohaterem felietonu Macierzyńskiego wystarczy być. A może nawet da się nie być i zostać opisanym. Wszystko jedno, sprawa jest błaha, ale przypomniałem sobie artykuł Przemka Owczarka opisujący równie błahą „historię prawdziwą” zapisów do łódzkiego SPP – decydować miał rozmiar ptaszka i uznano, że Macierzyński nie „dorósł” do nomen-omen członkostwa. Sam niedoszacowany zareagował wylewnym artykułem opisującym niesprawiedliwość (nie wiem czego – komisji czy swoich genów), na co Owczarek odpowiedział tym, o czym wspomniałem wyżej. Więc skoro Owczarkowi się chciało, to i mi się może chcieć, w końcu po to ma się bloga.
Pisze więc poeta M., że coś tam do niego mam, chociaż nigdy nie rozmawialiśmy i odczuwam u niego jakby frustrację, że został gdzieś tam przeze mnie źle opisany, a nic mi nie zrobił. Ależ ja o Macierzyńskim prawie w ogóle nie piszę, wolę pisać dzienniki rumskie. Może zresztą – prawie – nigdy nie rozmawialiśmy, ale to nie znaczy, że nie mieliśmy styczności. I tu krótkie właśnie sprostowanie do jego słów, a umocowanie tych moich – niewielu – w których dotąd się o nim wypowiadałem.
Pierwsze spotkanie to jakieś trzy lata temu na festiwalu w Głogowie. On tam był jako laureat, ja jako gość imprezy, obaj mieliśmy półgodzinny „występ” – coś w rodzaju spotkania autorskiego w ramach szerszego panelu. Macierzyński pojawił się na trzydniowym festiwalu 10 min. przed wręczeniem nagrody i natychmiast po półgodzinnym występie wyjechał. Przez ten czas krytykował kilka innych konkursów (głównie jeden, który przypadkowo wygrałem ja, siedzący wówczas na tym samym festiwalu i przy okazji skrytykował mnie personalnie jako laureata). Następnie pochwalił imprezę w Głogowie, że przy okazji są jakieś atrakcje, festiwale, konfrontacje, bo jak jest sam finał, to chciwi poeci przyjeżdżają tylko po forsę i od razu wyjeżdżają i jest to bez sensu. Po czym wyjechał.
W Głogowie zyskał dozgonnych fanów. Jakiś czas później wykpił i obsmarował ich w kolejnym felietonie.
Drugi raz spotkałem go przy okazji jakiegoś konkursu, którego nie mogę sobie przypomnieć, zresztą nie zamieniliśmy ani słowa, Macierzyński się chyba „zmył” z kasą, ja zostałem na imprezie.
Trzeci raz widzieliśmy się w Lublinie na Mieście Poezji, dwa lata temu. W studiu radiowym, gdzie poeci czytali, korytarz był pełen poetów. Jakoś tak mnie „szukał wzrokiem” i jakieś manewry wykonywał, karakole czy coś w tym rodzaju. Kiedy już był bardzo blisko powiedziałem na wszelki wypadek „nie lubię cię” i się przesiadłem. Być może nie usłyszał, bo niemal natychmiast dobiegł mnie jego monolog, tłumaczył któremuś z organizatorów, że ich audycji nikt nie słucha, a potem zaczął streszczać jakiś konkurs, gdzie spotkał samych głupków, a w hotelu nie było czajnika.
„Minęliśmy się” także w Bytowie, chociaż nie bezpośrednio. Miałem tam bardzo udane spotkanie autorskie w miejscowej bibliotece i była szansa na więcej spotkań dla innych autorów. Ale rok później pojechał Macierzyński, który (jak sam opisał to później w felietonie) najlepiej bawił się wyprowadzając z równowagi gości spotkania, po czym udał się do miejscowej knajpy i wygrażał ludziom pistoletem, co widocznie zrekompensowało mu łódzką traumę z rozmiarem ptaszka. Tak czy owak teraz w bibliotece o spotkaniach z poetami rozmawiają bardzo niechętnie.
Pracowałem kiedyś w firmie, w której szefowie wymagali bezwzględnej uczciwości i z tego też powodu mnie zatrudniono, miałem opinię konserwatysty przywiązanego do „wartości”. Bardzo cenili wartości. Oczywiście finansowe głównie, ale inne były nie mniej użyteczne. Tym bardziej się zdziwiłem, kiedy zacząłem dostawać propozycje „lewych” delegacji, kiedy próbowano fałszować remanenty i – w końcu – kiedy w firmie zaczęła funkcjonować rozległa sieć donosów zainicjowana przez jednego wybitnie uczciwego chrześcijanina z „alternatywnego” wyznania, który chociaż nie kradł, to permanentnie pił w pracy, podmieniał towar i obrażał klientów. W tym ogólnym syfie zastanowiło mnie to, jak dyrekcja zatrudniając złodziei, fałszerzy i donosicieli może spodziewać się, że nie okradną własnej firmy. Że ograniczą się do skarbówki, ZUSu albo samych siebie nawzajem.
To samo mnie zastanawia, kiedy ktoś zachwycony zatrudnia skandalistę Macierzyńskiego licząc na to, że „obrobi dupę” wszystkim oprócz nich i będzie wesoło. Przyjedzie prawdopodobnie chętnie, będzie przymilny i opowie wam, jacy to inni organizatorzy są zidiociali, zainkasuje pieniądze, po czym wyjedzie i będzie o was opowiadał to samo – kolejnym jeleniom.
Dokonałem jednak pewnej rewizji poglądów. Miałem Macierzyńskiego za cynika i zwykłego medialnego błazna. Wyrachowanego koniunkturalistę. Tymczasem coraz częściej wydaje mi się, że on nie jest tak całkiem świadomym skandalistą. Że jego nienawiść do świata i ludzi jest szczera, że naprawdę widzi świat takim, jakim go opisuje – paranoicznie wykrzywionym i skisłym. Mało tego, jemu chyba naprawdę się wydaje, że jest dobrym poetą, skoro nauczył się odgadywać oczekiwania jurorów i zarabia na tym.
Być może publiczna histeria Macierzyńskiego nie jest pozą, tylko rąbkiem wielkiego, mrocznego balona wypełnionego najprawdziwszą goryczą.
Tu niektórzy spostrzegawczy wytkną mi, że balon nie może mieć rąbka. Fakt. I niech to będzie puentą, jakkolwiek by ją interpretować.