W najnowszym numerze...

Życie towarzyskie i uczuciowe

Czesław Markiewicz

Czesław Markiewicz o kulisach życia poetów, poetek a czasem prozaików i prozaiczek

W pojemnym worze „przeklętych” niefrasobliwie obrastają pozłotą funeralnej popularności i Grochowiak i Poświatowska i Ratoń i Wojaczek, żeby nie przesadzić ze… Stachurą. Dla zasady można zadać nieodpowiedzialne pytanie, co ich właściwie łączy? To samo „igranie” ze śmiercią? Naturalne, bądź symulowane, bądź kreowane? Jakaś wewnętrzna „choroba” duszy albo rzeczywiste schorzenie? Czy wystarczającą przepustką do tego grona była wrodzona wada serca Bursy? Czy samobójstwo Borowskiego nie było aby konsekwencją poobozowej traumy, a może kacem moralnym po „wkładzie twórczym” w ideologię socrealizmu? Dlaczego zabrakło w tym towarzystwie Broniewskiego, który „cierpiał” kilka tygodni w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie? A przecież na przykład Grochowiak, wszak zmarłszy zdecydowanie za wcześnie (jak inny na przykład Kofta, którego nikt za „przeklętego” nie uzna) był twórczo bodaj najbardziej uporządkowanym artystą polskiej współczesności.

„Małe ojczyzny” - onegdaj bardzo modne, rozpowszechniane bez umiaru pojęcie/kategoria określające miejsca nieodkryte dla szerokiej publiczności, nie wyłącznie literackiej. Dziś „małe ojczyzny”, nie wiedzieć dlaczego, z niczym szczególnym się nie kojarzą; nie ekscytują, nie absorbują – jakby... wyszły z mody. Być może dlatego, że wszędobylski internet „powiększył” wszelkie rewiry i wystarczy „małą ojczyznę „wrzucić” do Facebooka aby była „dostępna” dosłownie pod każdą szerokością geograficzną. Niemniej dla mnie ciągle inspirujące/fascynujące są te moje... sadyby – dodam dla niezorientowanych: lubuskie. Na szczęście nie jestem osamotniony w tych partykularnych peregrynacjach. Niżej lista moich „sprzymierzeńców”. A każdy „nietutejszy”, czyli skądinąd, może sobie na własny rachunek „podstawić” pod moją topografię już swoją, bardziej rozpoznawalną.

Wypadałoby najpierw wytłumaczyć się z oksymoronicznego, a przy okazji anachronicznego tytułu tego tekstu. Otóż: cnota prostytutki jest tak samo irracjonalna, jak resentymenty dotyczące holistycznie postrzeganej krytyki literackiej. Inspiracją tego sortu przemyśleń były dwa teksty – albo ściślej: chyba dwie prowokacje Rafała Gawina (jedna w nienajświeższym wydaniu szczecińskiego „eleWatora”, druga na blogu „Liberte”). Teksty Gawina akurat COŚ do „sprawy” wniosły; ot choćby zachęciły mnie do… dyskursu, który usiłowałem wieść tu i ówdzie. Z drugiej zaś strony zirytowały/irytują/irytować będą mnie resentymenty podstarzałych krytyków tyczące czasów, kiedy to funkcjonowały „agendy” krytyczne (najczęściej upostaciowane personalnie), które niejako raz na zawsze „ustawiały” hierarchie, namaszczały terminujących, wreszcie „dopuszczały” delfinów do łaskawości samoswoich „wyroków”.

Będąc nawet krótkowidzem, nie sposób nie zauważyć, iż prześmiewcze „diagnozy” nieco spatyniałego z pozoru Mrożka stają się z dnia na dzień coraz bardziej... zbliżone do realiów anno 2016.

Przypominam sobie właśnie, bez istotnych szczegółów, jakieś spotkanie z profesorem Włodzimierzem Strumiłło, tutaj, na Ziemi Lubuskiej (a było tych spotkań wiele); nie pamiętam nawet, czego to „jakieś” spotkanie dotyczyło, ale mam przed oczyma „odtworzony”, na skutek impulsu hasła „Ludzie znad Narwi”, obrazek (ze stołu, biurka, półki z książkami) lakierowanej okładki albumu, bodaj fotograficznego, malarskiego (nie wiem, bo nie zajrzałem do środka). „Narew” – taki tytuł widniał na winiecie. Teraz już… dociekłem, że chodziło o publikację Wiktora Wołkowa „Narew” z przedmową (właśnie!) Strumiłły. Otóż… Narew. Dlaczego nie skojarzyłem od razu, że to ta sama Narew, którą znałem z odmiany: Narwi, Narwią. Ale ten mianownik: Narew; zabrzmiał dość egzotycznie, żeby nie powiedzieć obco, ale nie w ksenofobicznym kolorze; raczej ta… „nieodmienna” Narew kusiła tajemnicą (przynajmniej językową).