W najnowszym numerze...

Mój ojciec w latach przedwojennych był m.in. uczniem VI Gimnazjum im. Stanisława Staszica we Lwowie. Tam, w tym gimnazjum, miał ciekawe towarzystwo. O klasę wyżej był Stanisław Lem (1921-2006) – późniejszy pisarz o dorobku wyjątkowym i osobliwym. Znali się obaj z tej szkoły, przez jakiś czas po wojnie jakieś jeszcze kontakty utrzymywali. Natomiast w tej samej klasie ojciec miał kolegę Andrzeja Hiolskiego (1922-2000), który wyrósł na wspaniałego barytona operowego (wspominałem już o nim w jednym z wcześniejszych felietonów). Jego wykonanie arii Miecznika ze „Strasznego dworu” Moniuszki przez wiele lat uważane było za arcydzielne. Hiolski przez sporo lat pracował w operze w Bytomiu, ale potem wylądował w Warszawie i można go było przez kolejne lata słuchać w Teatrze Wielkim.

Z rodziną Państwa Hiolskich byliśmy w kontaktach. One, te kontakty, ożywały głównie latem w Krościenku nad Dunajcem. Dlaczego? Ano dlatego, że i my, i Hiolscy jeździliśmy tam na wakacje. Ja byłem wtedy licealistą i co roku wysłuchiwałem wspominek obu lwowskich kolegów – i co roku tych samych. Jednak niezmiennie sympatycznych.

Ech, koledzy szkolni… Dzisiaj pytam się: co się stało z naszą klasą?

Ja „studiowałem” w liceum w Strzelcach Opolskich. Bo tam wyrzuciło moich przyszłych rodziców z repatriacyjnego pociągu. Gdy byłem w klasie maturalnej, ojca przeniesiono służbowo do Warszawy. Urządzał nam tam mieszkanie i jak tylko udało mi się – uff! – zdać tę maturę, to niemal na drugi dzień stałem się warszawiakiem i studentem polonistyki na UW.

W ubiegłym roku, latem, pojechałem do Strzelec na kolejny zjazd absolwentów. Pojechałem z dwugodzinnym wyprzedzeniem. Najpierw przeszedłem się przez miasto, a potem na cmentarz – tam leży moja babcia oraz Ciocia Lidka, siostra mojego ojca, i jej syn Zbyszek. No i, niestety, już sporo moich licealnych nauczycieli i kilku kolegów.

Ze zjazdu wracałem podłamany. Owszem, zobaczyłem wiele znanych twarzy, naplotkowałem się jak głupi itd. Ale to wszystko pachniało już jakąś dalekością. Moja klasa miała trzy oddziały. Ale przyszła na zjazd garstka koleżeństwa. Z chłopaków tylko ja i Andrzej. Byliśmy, a jakby nas nie było.

Na dodatek nie było Profesora Tubka. Zmożony chorobą profesor nie mógł przyjść. A trzeba wam wiedzieć, że profesor Stanisław Tubek mnie „sformatował”. To wspaniały facet – wyczuł jak podgrzewać moje ambicje. Hartował moją stal. Miałem z nim kiedyś taki epizod: wywołał mnie do tablicy i kazał coś na temat jakiejś lektury opowiedzieć. Lektury, oczywiście, nie przeczytałem, ale to nie powód, żeby nie opowiedzieć. Zacząłem więc nawijać jak głupi. Profesor ze stoickim spokojem słuchał. Gdy skończyłem, powiedział mniej więcej coś takiego: Żuliński, gołym uchem słychać, że lektury nie przeczytałeś, ale proponuje ci trójkę za twoją wenę. Na co ja uniosłem się honorem i odrzekłem: skoro Pan Profesor się połapał, to poproszę o dwóję. No? Co wy na to? Ładne zderzenie dżentelmenów, nieprawdaż?

Podobne relacje miałem z profesorem od matematyki, Stanisławem Szybalskim. Ale to osobna sprawa… Przed wojną Żulińscy i Szybalscy mieszkali we Lwowie w jednej kamienicy. No więc profesor był odwiecznym kumplem mojego ojca. Wpadał czasami do nas. Najpierw flaszka szła na stół, a potem na dywanie rozkładali dużą mapę Lwowa i palcami jeździli po kolejnych ulicach. Jak dzieci! Przesiedleńcy, którzy po latach nie umieli się przesiedlić…

No więc u Profesora Szybalskiego miałem taryfę ulgową. Jednak trzeba wam wiedzieć, że byłem debilem matematycznym. Ale Szybalski na każdy okres i na każdy finał roku szkolnego stawiał mi trójkę. Kumoterstwo? Zapewne w jakimś stopniu tak, ale nauczyciele wiedzieli, że mam absolutne inklinacje humanistyczne i nonsensem byłoby marnowanie mi życia tylko dlatego, że tabliczka mnożenia mnie przerastała. W moim tomiku pt. Suche łany znajdziecie echa tamtych, mrożących krew w żyłach, licealnych wydarzeń. Ech, cudnie było, cudnie…

Nasza klasa jednak z biegiem lat się rozpadła. Mam telefony i maile do kilku zaledwie osób, z czego i tak rzadko korzystamy. Kiedy jeszcze żyła moja siostra, Majka, która o cztery lata wyżej była uczennicą tego samego liceum, to jej klasa robiła sobie co kilka lat zloty własnej klasy. Jeździłem z nią na te ekscesy, bo z jej klasą byłem w bardziej zażyłych kontaktach niż z moją. A wiecie od czego to wszystko zależy? Ano od tego, by w klasie znalazła się choćby jedna osoba, która po latach trzyma w ryzach kontakty i organizuje takie spędy. W klasie Majki taką osobą okazał się Kaziu Bartmański, dzisiaj prawnik w Brzegu nad Odrą. Może już emeryt? On za czasów licealnych był „narzeczonym” mojej siostry. Ale wiecie jak to jest po maturze – wszyscy rozjeżdżamy się w różne strony. Jednak Edziu Pleśniak, mieszkający od lat w USA, jak dotąd nigdy nie opuścił zjazdu absolwentów ich klasy. Jak trąbka zagra, to pakuje walizeczkę i przylatuje. To się nazywa sztama!

A teraz, w czerwcu, jadę do swojego miasteczka na pierwsze spotkanie tylko mojej klasy. Wymyśliły to dziewczyny. Będzie nas zaledwie 15 osób – garść umarła, garść siedzi za granicą, garści nie możemy zlokalizować. Może opowiem wam jak było. Ale już na wyrost jestem tym spotkaniem podniecony – takie spotkania po latach bardzo się przeżywa.

Starości, oddaj mi skrzydła! Ale ona jakoś nie oddaje, swołocz jedna. Tak więc sami powinniśmy sobie te skrzydła przyklejać i wznieść się pod obłoki pięknej, legendarnej młodości…

Leszek Żuliński

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.