W najnowszym numerze...

W pierwszej połowie mojego życia literackiego, a więc za tzw. komuny, krytyka literacka miała się dobrze, a nawet nie przesadziłbym mówiąc, że znakomicie. Miała ona dwa mateczniki: akademicki i „gazetowy”. Ale ten akademicki nie był odizolowany – uczeni doktorzy, docenci i profesorowie drukowali recenzje i szkice także w prasie literackiej. Prasy tej było spektakularnie mniej niż obecnie, za to była ona chyba na wyższym poziomie niż teraz. Oczywiście doktorem, docentem czy profesorem nie trzeba było być. Na wydziałach polonistyki czy w Instytucie Badań Literackich obowiązywała inna dykcja i poziom wtajemniczenia, a na łamach prasy literackiej też inna.

Przez kilka dziesięcioleci osobliwą instytucją i autorytetem był Henryk Bereza (1926-2012) – krytyk „nieakademicki”, zajmujący się wyłącznie prozą. Z biegiem lat skupił się na młodej prozie i jej tzw. „autorach wstępujących”. Boom tej formacji miał miejsce w latach 70-80-tych. Hołubił tzw. „rewolucję kulturalną” w prozie, której symptomem była „nowa dykcja”. Autorzy w rodzaju Drzeżdżona, Rudnickiego, Słyka, Siejaka, Stachury, Wiedemanna to były młyny na jego wodę. Przez sporo lat czytaliśmy w miesięczniku „Twórczość” jego stały felieton pt. „Czytane w maszynopisie”, bo w jego ręce trafiała masa książek jeszcze niewydanych. Przysyłali mu maszynopisy i młodzi autorzy, i wydawcy proszący o tzw. „recenzję wewnętrzną”. Gdy Bereza powiedział TAK – to było święte.

Na początku lat 70-tych pracowałem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej (to był mój pierwszy etat po skończeniu studiów). Tam zorganizowano wielki konkurs na powieść – przewodniczącym kapituły był Jarosław Iwaszkiewicz, a ja sekretarzem jury. Bereza zaś jednym z jurorów. No i oczywiście on narzucił swój ton – takim cieszył się pośród nas autorytetem. Niespodzianką zaś było to, że w wielu nadesłanych tekstach, opatrzonych godłem, rozpoznawał autorów. Taki miał „arcysłuch na prozę”, choć nie wykluczam, że niektóre książki znał z wcześniej czytanych maszynopisów. Ale wiem, że jego „słuch prozatorski” rozpoznawał większość autorów.

Dzisiaj mamy jeszcze kilku „spadkobierców” Berezy (ot, chociażby Leszka Bugajskiego od lat związanego z miesięcznikiem „Twórczość), lecz tamten „syndrom boomu” gdzieś się rozmył. Stara, solidna szkoła krytycznoliteracka rozsypała się po cmentarzach, a młoda szkoła podzieliła się – jak za czasów Krzywoustego – na osobne księstewka. Bo też takowymi są niezliczone portale literackie i gąszcz wydawców nie tyle lansujących literaturę, co z niej żyjących.

Jeśli idzie o krytyków zajmujących się niemal wyłącznie poezją, to przez kilka dziesięcioleci nieocenioną rolę pełnił Andrzej K. Waśkiewicz. On miał fioła na punkcie tzw. poezji wstępującej – co roku śledził nowe debiuty i je „dokumentował”. Był pracowitym, rzetelnym krytykiem. Sam też pisał wiersze – i to nie byle jakie. Andrzej zostawił po sobie (pomijając jego poezję) panoramiczną dokumentację życia poetyckiego z dekad 1960-1990. Nie mówiąc już o poziomie jego recenzji i szkiców. To była solida firma!

Dzisiaj autorytetów jak na lekarstwo. Zapewne takim jest Karol Maliszewski, a reszta z nas to raczej idzie skacząc po dolinach, przeskakując pagórki. Zapewne można by wymienić więcej talentów, jednak „syndrom Berezy” i „syndrom Waśkiewicza” nie znalazły kontynuacji. Jakoś brakuje nam tekstów Balcerzana, Błońskiego, Dybciaka, Janion, Kuncewicza, Kwiatkowskiego, Lichniaka, Lisieckiej, Matuszewskiego, Mencwela, Sadkowskiego, Sandauera, Wyki i innych. Jedni już nie żyją, inni borykają się z własną starością albo „nowa literatura” już przestaje być „ich literaturą”. Normalna kolej czasu, rzeczy i losu.

Podobnie dzieje się na niwie poezji. O, ją jeszcze trudniej ogarnąć niż prozę. Jednak jeśli idzie o recenzenctwo, to jest jeszcze gorzej, bo rozbuchała się „krytyka towarzyska” i „naszo-portalowa”. Dużo tego, a oceniających autorytetów coraz mniej. Owszem, w korcu maku trudno znaleźć rodzynki.

Dawnymi czasy, jak rocznie ukazało się 30-40 debiutanckich tomików, to już był boom. Były one wystawiane w kordegardzie przy wejściu do Ministerstwa Kultury. Dziś byłoby to niemożliwe. Wtedy krytykom łatwiej było ogarnąć ten „róg obfitości”. Celował w tym wyżej wspomniany, niespożyty Andrzej K. Waśkiewicz. A w „inwentaryzacji” prozy wspomniany wyżej Bereza. Dziś ten rozgardiasz jest chyba nie do ogarnięcia.

Pozycja „lidera poetyckiego” z biegiem czasu jakoś się rozmyła. Owszem, mamy znakomite talenty, ale dawnymi laty tacy autorzy jak m.in. Białoszewski, Harasymowicz, Grochowiak, Miłosz, Różewicz, Śliwiak, Szymborska to były na słońcach swych przeciwne bogi. Osobne kosmosy poetyckie. Dziś już takiego kalibru jakby nie było. Obecni liderzy poetyccy nie mają już takiej charyzmy.

Ale recenzentów mamy na pęczki. Każdy recenzować może trochę lepiej lub gorzej. Powtarzam po raz setny: wszystko to wina bezkresnej przestrzeni publikacyjnej, której na imię Internet. Jednak Internetu nie można nie doceniać. Coś za coś! W tym przypadku zabełtany róg obfitości w zamian za koszyczek z rodzynkami.

Co więc stało się z krytyką literacką? Ano to samo, co z prozą i z poezją. Ilość przyćmiła jakość. Lecz bądźmy dobrej myśli: zawsze jakiś genialny raróg może się pokazać i na nowo zacznie robić porządek w tym nieogarniętym kopcu książek. Jednak zdarzają się „dobre zmiany” – ja już może nie doczekam, ale wy musicie!

Leszek Żuliński

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.