W najnowszym numerze...

Listopad miesiąc ponury (a dla Polaków nawet niebezpieczna pora), więc postanowiłem tym razem rozrzedzić co nieco tę atmosferę spleenu. Protesty nie będą uwzględniane. No to do dzieła…

Poezja pikantna? Poezja świntusząca? Poezja pour la hec – jak ponoć mawiają koledzy znad Loary? Uwielbiam!

Mamy po uszy Rejtanów rozdzierających koszule, Wallenrodów podchodzących zza węgła wroga, zagubionych Gustawów i profetycznych zbawicieli. Oraz egocentrycznych wiwisekcji poetów cierpiących. Niczego im nie ujmując, czekaliśmy na czasy, kiedy można będzie się serdecznie pośmiać. One nie nadchodziły (i chyba szybko nie nadejdą), no to ja sam zacząłem sobie partyturę śmiechu i uciechy pisać.

My, tetrycy, jesteśmy – jak wiadomo – obleśni. Tfu! A wszystko zaczęło się od tego, że gdy pracowałem w TVP, byli w mojej redakcji Dorotka i Dariusz. W żaden sposób nie mieli się ku sobie, więc postanowiłem ich uwikłać w intrygę miłosną. Powstały z tego wieńce pieśni, limeryki, madrygały, fraszki itd. Dorotka i Dariusz nadal nie mieli się ku sobie, ale cieszyli się jak dzieci moimi wygłupami. A dla mnie, starego świntucha, było w to graj.

Dla przykładu cytuję wam poniżej jeden z wielu unisonych utworów. Ale uwaga: lepiej zamknąć oczy, uszy, bo będziemy tu świntuszyć…

 

Pieśń miłosna o Dariuszu i Dorocie

Zachwiało się Intraco i inne wieżowce,
Kiedy zwodził Dorotkę Dariusz na manowce.
Słońce się rozjaśniało, Himalaje rosły,
Kiedy ona wtulała się w ten tors wyniosły,

Spiżowo-granitowy, chowany pod swetrem
(Homer by to opisał swoim heksametrem),
Kiedy ona szlochała z wyroków Erosa
(Moniuszko by to ujął w muzycznych eposach),

Kiedy ona płynęła w obłokach, melodiach
(Liszt by to umiał ująć w przepięknych rapsodiach),
Kiedy ona swym krzykiem zwiastowała finał,
(Darek na takie dictum od nowa zaczynał).

Kiedy ona omdlona gasła z wyczerpania,
(Starowicz w swych esejach tenże stan odsłania),
Kiedy cichutko łkała z wdzięczności panieńskiej,
(Przeczytacie to nawet w twardej prozie męskiej),

Kiedy, zebrawszy siły, prosiła o jeszcze,
(No, tym się podniecali wszystkie nasze wieszcze)
I gdy w ucho szeptała: – Darku, kto to wie,
Że złamałeś mi serce, znajdując punkt G.

Gdy wbijała paznokcie w Dariuszowe plecy,
(Z tego trudno, oj, trudno kobitę wyleczyć).
A kiedy zasypiała jak łagodna owca,
Szedł wielki odgłos ulgi po wszystkich wieżowcach.

No, mam tego sporo. Byłaby cała książka. Ale czasy takie, że raczej trudno się śmiać. No więc sami widzicie jak marnuję się, trzymając pod kluczem te dzieła hedonizmu. Biednemu zawsze wiatr w oczy, a satyrykowi „nie ta pora” i „nie to miejsce”. Szczęśliwy Boy-Żeleński, który zdążył swoje Słówka opublikować. A ja usycham. Marnuje się w komputerze mój niewątpliwy talent. Może wstawilibyście się za mną do sejmowej komisji kultury albo samego ministra od kultury? Ale mała szansa. Już Umberto Eco w Imieniu róży pouczał nas, że śmiech to zaraza. I w takich czasach przyszło nam żyć! Najjaśniejsza Matko, Pruderio, spróbuj zatańczyć kankana na stole, to może się ockniesz…

PS. Chciałem w tym wierszyku zamienić imiona na Sławek i Dorotka. Ale nasza Dyrekcja nie ma poczucia humoru. I sami pomyślcie, z kim my musimy współpracować…

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.