W najnowszym numerze...

Dyrekcja Salonu zasugerowała, żeby w tej edycji poświęcić nasze felietony podróżom. No to miałem falstart, bo już wcześniej pisałem o swoich podróżach literackich po świecie. Ale jak Dyrekcja każe, to każe (a jak karze, to karze). Więc teraz powspominam moje podróże wakacyjne po Polsce. A że są to wspominki tetryka, to będzie o słodkich latach dzieciństwa, kiedy – o ile dobrze pamiętam – literatem chyba jeszcze nie byłem. Nawiasem mówiąc, dzięki temu dzieciństwo miałem szczęśliwe i beztroskie.

Wakacje… Mieszkaliśmy w małym mieście na Opolszczyźnie… Ojciec przez jakichś znajomych odkrył w Beskidzie Żywieckim wieś o nazwie Rycerka. Górna (bo była też Dolna). Tam jeździliśmy przez dobrych 10 lat na wakacje. Mieliśmy stałe lokum u Adolfa Czarnieckiego. Ach, cóż to była za postać! Przed wojną był łowczym u hrabiego Habsburga. W każdą niedzielę zakładał mundur z tamtych czasów, kapelusik z muszelkami i piórkiem. I paradował. Wąsy miał jak Salvador Dali, choć nie wiedział nic o jego istnieniu. Sumiaste, zwisające w dół…

Siadywaliśmy na ganku, a dziadek Czarniecki opowiadał w nieskończoność o polowaniach. Dlatego do dzisiaj wiem, jak podejść sarnę lub cietrzewia i paf z dwururki. I pykał dymem ze staroświeckiej, zwisającej poniżej brody fajki. Ech, gdyby był pisarzem, to mógłby być „polskim Turgieniewem”. Te opowieści snuły się przy… lampach naftowych, bo wtedy jeszcze do Rycerki prąd nie docierał. Ech!

Cztery główne góry obejmujące Rycerkę to były: Wielka Racza, Rycerzowa, Przegibek i Magura. Zdobyłem je wielokrotnie. Na wielkiej Raczy widziałem jeden jedyny raz w życiu wielkie połacie żurawiny. No? Czy ktoś z was widział krzewy żurawinowe?

Prze wieś płynęła rzeczka zwana, a jakże!, Rycerką. W niej pstrągi, które zaganialiśmy pod kamienie, a potem trzaśnięciem o te kamienie zabijaliśmy je. Wieczorem żałośnie skwierczały na patelni.

Do najbliższego sklepiku było dobrych 5-6 km. Chodziliśmy więc do Ficka. Gospodarstwo Ficków było na odludziu i w połowie góry. Zupełnie poza światem. Stamtąd przynosiliśmy prawdziwe jajka, prawdziwy biały ser, masło i inne wiktuały. Ale mniejsza o to. Najważniejsze, że pamiętam tę chatę – wypełniona była obrazami świętych, wielkimi poduchami na łóżkach, makatkami i innymi skansenowymi gadżetami. To był świat, którego już nie ma. A i wtedy był o pół wieku spóźniony za istniejącymi modami i standardami.

W moim ostatnim tomiku – Suche łany – znajdziecie wiersze, które już 60 lat temu rodziły się w Rycerce, choć – oczywiście – wtedy o tym nie wiedziałem.

A potem, gdzieś pod koniec podstawówki, zaczęliśmy jeździć do Krościenka nad Dunajcem, gdzie spędzałem kolejne wakacje. Mieszkaliśmy zawsze u listonosza Komorka. Krościenko było miasteczkiem z duszą. Takie arcygóralskie, choć niekoniecznie „zakopiańskie”. To była świetna baza na wycieczki po Pieninach. Trzy Korony i Sokolicę zdobywałem wielokrotnie – a ze szczytu tej ostatniej góry widok fragmentu dunajeckiego przełomu był odlotowy.

W Krościenku raz na tydzień był targ. Szwarc, mydło, powidło, ale w arcygóralskiej scenografii. I był (jest!) malowniczy most, przez który trzeba było przejść, jeśli chciało się dostać do nieodległej Szczawnicy. I tamte moje podróże, tamte klimaty pozostały we mnie aż do pięknego bólu. Zaś zamiast gawęd dziadka Czarnieckiego asystowałem przy licznych pogawędkach mojego ojca z Andrzejem Hiolskim. To był jeden na najlepszych polskich barytonów. Mój ojciec i Hiolski chodzili we Lwowie do jednej szkoły, do jednej klasy. I potem, po latach odnaleźli się w Pieninach, choć wcześniej bywaliśmy na operach, które Hiolski uświetniał swoim barytonem najpierw w Bytomiu, potem w Warszawie.

Można by powiedzieć, że moje podróże były skąpe i wiecznie do kilku tych samych miejsc. Ale to się potem zmieniło. Od kiedy zacząłem literacko podróżować po Polsce. Tak jak wielu z nas byłem zapraszany na imprezy literackie różnego typu, poza tym sporo jeździłem jako juror konkursów i prowadzący warsztaty literackie. No więc od Szczecina po Rzeszów i od Białegostoku po Wrocław „zwiedzałem” Polskę. Od lat jestem przyspawany do samochodu, więc pejzaże naszego przecudnej urody kraju śmigają mi w oczach. A w nich najbardziej kocham… autostrady. No, gdybyście pamiętali polskie drogi sprzed 30 lat, to byście mnie zrozumieli. Mój rekord literackich podróży pobiłem niedawno. Wyskoczyłem do Szczecina. Z Warszawy do Szczecina jest 550 kilometrów. No więc wyskoczyłem i pod wieczór zacząłem wracać. W ciągu jednej niespełna doby połknąłem 1100 m. Zgroza!

Mobilność? Cudna sprawa? A bo ja wiem… Trzeba być „typem turystycznym”, by o niej marzyć. Znałem ludzi, którzy od urodzenia aż do końca nigdzie się nie ruszali. Którzy poza horyzontem swojej Rycerki lub Koziej Wólki świata nie widzieli. Wyobrażam sobie, że to też może być piękne. To taki „syndrom Macondo”. Wrośnięcie w mały spłachetek ziemi, który jest Całym Światem. Stałym, odwiecznym i oswojonym. Tak sobie teraz myślę, że w dobie szalonej turystyki świat staje się „nazbyt oczywisty” i coraz bardziej zwyczajny. Nic w tym złego, ale w nim łatwo tracimy własne gniazdo, a poza tym wydaje nam się, że będąc „obywatelami świata” rozumiemy go i widzimy z góry. A dziadek Czarniecki najdalej wyjechał w życiu z Rycerki do Żywca. Jego malutki świat był piękny, czuły i mądry. To wystarczało. Był Całym Światem!

Andrzej Mleczko popełnił kiedyś taki obrazek: po kuli ziemskiej, całej wyłożonej parkietem, posuwa się facet mający frotki pod butami. I podpis: „Globfroter”. I w to nie dajcie się wrobić!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.