W najnowszym numerze...

Strzelce Opolskie

Miałem niedawno osobliwą chwilę słabości. Umościłem się w swoim przepastnym fotelu i nagle zaczął przesuwać mi się przed oczami film z czasów młodości…

Dobiegam powoli 70-tki (co nie znaczy, że dobiegnę). Do chwili ukończenia liceum wychowywałem się w miasteczku między Gliwicami a Opolem. Jeśli każdy ma swoje Macondo – to ja je tam miałem. W Warszawie mieszkam od roku 1967 – to piękne miasto, moje miasto, ale nie ono mi się śni…

Tak, Strzelce Opolskie (przed wojną Groß Strehlitz) to było miasteczko ciekawe… Różnorodne – mieszkali w nim autochtoni, czyli rdzenni Ślązacy pamiętający jeszcze dobrze język niemiecki, repatriancka ludność kresowa (ja do tej grupy należałem) i ludzie z różnych stron Polski, którzy przez przypadek wylądowali tu po wojnie.

Co mi na tej sepiowej taśmie się śni? Najpierw Frau Pawelek. Jej rodzina miała piekarnię – tam Mama wysyłała mnie niemal codziennie po chleb. Kiedy nadchodziła moja kolejka, mówiłem: Frau Pawelek, ein brot. I wracałem do domu z cieplutkim, świeżutkim bochenkiem.

Potem śnią mi się Cyganie. Pardon – dzisiaj mówi się: Romowie. Tak, widywałem tam prawdziwe tabory cygańskie, które od czasu do czasu przejeżdżały przez miasto; to było barwne widowisko. Bywało, że za miastem Cyganie rozbijali namioty, koczowali dzień, dwa i jechali dalej. Zastanawiam się: może w którymś z tych taborów jechała Papusza?

Potem – cyrki… Tak, od czasu do czasu przyjeżdżał cyrk; cyrk z linoskoczkami, akrobatami, magikami, klaunami, siłaczami, połykaczami ognia i oczywiście ze zwierzakami. Często przyjeżdżało także „wesołe miasteczko” – z karuzelami, strzelnicami, beczką śmiechu, gabinetami „krzywych luster” itp. Były też budy z watą z cukru i wielkimi lizakami. A kolorowa oranżada? Ech, takiej już dzisiaj nie ma! Ani oranżady w proszku – o! to był cymes…

W końcu zapamiętałem domokrążców. Nie, nie żebraków. Innych. Jeden domokrążca łatał w garnkach dziury, inny ostrzył noże i nożyczki, jeszcze inny zbierał złom… Kominiarze chodzili po dachach, ale też po mieszkaniach, aby sprawdzić czy jest „luft”… Kaloryferów nie było. Węgiel przed zimą gromadziło się w piwnicy, a ja w wiaderkach dźwigałem go na drugie piętro. Ziemniaki też. A pranie wieszało się na strychu. Bo wtedy naprawdę były „inne czasy”. Pojawienie się w moim domu pierwszej pralki (bynajmniej nie automatycznej) oraz pierwszego telewizora to były wydarzenia wysokiej rangi.

No i był Dom Kultury. Tam ocierałem się, już jako licealista, o wielki świat. Najbardziej zapamiętałem koncert Czerwonych Gitar, koncert Niemena oraz spotkanie autorskie z Magdaleną Samozwaniec, siostrą Jasnorzewskiej. Tam też chodziłem na posiedzenia kółka filatelistycznego, co skończyło się nędznie, bo dzisiaj filatelistyka ani mnie grzeje, ani ziębi.

W swoim ostatnim tomiku pt. Suche łany starałem się ocalić niektóre z tych klimatów. To niepokojąca inklinacja. Schyłkowa. Kiedy w 1987 roku Paweł Huelle wydał swoją powieść Weiser Dawidek – piękną, wspaniałą, mądrą – dziwiłem się, że młodszy ode mnie o osiem lat debiutant już penetruje swoją dziecięcą pamięć i klimaty zaszłego czasu. Mnie to dopada stanowczo późno. Ale też cieszy, bo wszelkie tego typu wspominki są w życiu bardzo ważne. Większość ludzi nosi je w sobie. One tego dopominają się z wiekiem. A jeśli ktoś pisze, to ma niezwykle wdzięczny i autentyczny materiał przynajmniej na jedną książkę, choćby biograficzną. Owszem, każdy miniony czas dokumentuje historia. Ale ona wie swoje, a my swoje. Bo historia nie zajmuje się duperelami, a nasze wspominki tak – i to jest na swój sposób bezcenne.

Najgorsze (a może najlepsze?) jest to, że w życiu przeskakujemy masę Rubikonów, podbijamy nowe rubieże wiedzy i świadomości, dostosowujemy się do mód, nadążamy za zmianami aż przychodzi ta chwila, kiedy mówimy NIE. Świat robi swoje, czyli idzie do przodu, a my idziemy do tyłu. Czyli w pamięć i w przeszłość.

To jest swoisty sentymentalizm i zastanawiam się, czy nie lepiej plunąć na niego i za wszelką cenę podążać za czasem nowym, aktualnym. Ale nie da się tego dylematu rozwiązać – i jedno, i drugie jest ważne.

To, co mi się ostatnio zdarzyło jako „człowiekowi pióra”, to świadome powiedzenie STOP wszelkim nowinkom i modom literackim. Oczywiście nie zatrzymałem się na poziomie Młodej Polski, ale też nie zamierzam gonić za galopadą nowych dykcji. To nie jest stan komfortowy. Masz świadomość, że jesteś już poza „nową poezją”, że biegniesz ostatnią prostą własnych możliwości i gustów, ale to trzeba znieść z jakąś godnością i – jeśli to możliwe – determinacją.

Dlaczego was tym zanudzam? To nie wasz problem. Ale być może to przestroga – przyjdzie czas, że znajdziecie się w takiej samej sytuacji. Wtedy mnie zrozumiecie.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.