W najnowszym numerze...

Rząd książek

Malina Barcikowska

Książki się szanuje. Książki się kocha. Do czytania się zachęca. Rząd się kontestuje, przeciw rządzącym powołuje się ruchy oburzonych, z grubsza wiadomo co robić. A co, jeśli przed nami rząd książek, rząd słów, rząd liter? Są tacy, którzy krzyczą, gwiżdżą, szumią lub milczą. I mają się  z tym lepiej. Jednak wielu po prostu się zastanawia: czy można wyjść poza język? Czy żeby mówić, trzeba posługiwać się  tylko językiem zrozumiałym dla innych, nawet jeśli rozmowę prowadzimy sami z sobą? Czy język wyznacza granice naszego świata? Kto mówi, kto jest mówiony - kto tu rządzi? Kto kogo stawia w szeregu?

W tego typu wątpliwościach celują filozofowie i artyści. Bywa, że także dzięki nim, zostali tym, kim są. W wielu pracach te dwa punkty widzenia splatają się ze sobą. I te są naprawdę ciekawe.

Malina Barcikowska z toruńskiego Centrum Sztuki Współczesnej pisze o zacieraniu się granic między sztukami

1.

Kiedy Platon napisze słynny „List VII” da mocny argument przemawiający za tym, że pisanie jest dla bogów. Ludziom przesłania pamięć, dając jedynie ułudę stałości i uchwycenia istoty w zmiennym świecie. Zamknąć w słowach, to skazać na stężenie to, co żyje. W innym czasie, Małgorzata Dawidek pismu odda przestrzeń ciała tworząc „Bodygraphy”. Na fotografiach przedstawi akty - ujęcia, dla których stało się ono kanwą dla zaistnienia tekstu. Ktoś powie, ze zyskało „moc papieru”, ktoś, że wpisało się w kulturę, ktoś inny, że ślad zastąpił obecność.

1.

„Cały dramat męskiego podmiotu bierze się (…) stąd, że nie wie on (i nie chce wiedzieć), iż jego idealny obraz kobiety-kochanki jest tylko produktem jego narcystycznej wyobraźni i z nią samą jako taką ma niewiele wspólnego”[1] - pisze Paweł Dybel. Cały dramat kobiety  (nie tylko kochanki) bierze się stąd, że każe jej się przejrzeć w lustrze Narcyza i rozpoznać w wizerunku, którego źródłem nie jest ona sama. Obraz sugeruje się przy tym potraktować jako pierwowzór a wszelkie wątpliwości związane z rozpoznaniem właściwej relacji pomiędzy sobą a wizerunkiem rozstrzygnąć przy pomocy obserwatora z zewnątrz, który niczym Echo, zawoła wpatrzony w odbicie - nie wiadomo czyimi właściwie słowami – „to jesteś ty!”. W dramacie życia przyjdzie jej więc z uporem grać narzuconą rolę kobiety, która nie istnieje. Tak konsekwentnie, że stanie się maską, która zasłoni twarz, drugą skórą, która zakryje całe ciało.

1.

Telefon komórkowy jest wynikiem kryzysu i dowodem na to, że kontakt z bezpośrednim doświadczeniem został utracony po tym, jak technika i nauka mamiąc emotikonami uczą zastępować dialog tekstowaniem. Wyjścia z sytuacji można poszukiwać w „twórczym regresie”- odwróceniu w stronę przeszłości. Justyna Jaworska zainspirowała się słownikiem „t9”. Prawem tzw. postępu, pewnej dozy zaufania oraz „metody słownikowej” przy jego pomocy – jak wszyscy – pisała szybciej, naciskając mniejszą liczbę klawiszy - nie miało to jednak jeszcze wiele wspólnego z twórczością. Sposób na to, żeby połączyć działania artystyczne i sięgające źródeł odnowienie znaczeń artystka znalazła kiedy ołówkiem na kartce, potem w obrazach, a teraz w programie komputerowym linią zaczęła wykreślać obrazy słów, które powstają po graficznym połączeniu ze sobą miejsc, które zajmują na układzie klawiatury telefonu pojedyncze literki tworzące konkretne słowa. Dzięki temu powstały abstrakcje, przypominające pierwsze pisma obrazkowe. Na wystawie w „Galerii nad Wisłą” pomiędzy 23 a 31 stycznia 2016 roku, zatytułowanej „Obrazy słów” wszystkie oznaczały coraz bardziej wypierane emocje.

1.

Na portalu dla kolekcjonerów można kupić miniaturowy „rząd książek” wykonany z żywicy, można też, przystroić się w „rząd książek” w formie gustownego naszyjnika - naprawdę bardzo ładne. W pewnej, profesjonalnej firmie można zamówić kilka rzędów książek, a nawet całe biblioteki zaprojektowane tak, żeby pasowały do zainteresowań klientów ale i wnętrz mieszkań - naprawdę bardzo efektowne. W bibliotekach przyszłości ma ich za to nie być w ogóle. „Niedawno otrzymałem magazyn(…) – zwierza się J. M. Coetzee w liście do Paula Austera - Był w nim artykuł z okazji otwarcia nowej biblioteki uniwersyteckiej, wyposażonej w stanowiska komputerowe i pokoje do nauki, i sale konferencyjne, i niezliczone stanowiska pracy. Przeczytałem artykuł, a potem ponownie, by się upewnić. Miałem rację. Słowo „książka” nie padło ani razu.”[1] Pewnie. Książka jest niepraktyczna. Ale może być - ładna. Dlatego wydaje się, że pewnym sposobem zachowania tradycyjnej biblioteki, jest podniesienie jej walorów estetycznych, co może najłatwiej osiągnąć przez zaproszenie tam modelek - młodych i w kostiumach kąpielowych - pozujących na tle pełnych regałów. Wtedy będzie i ładnie i efektownie a wnętrze zachowa biblioteczny charakter. Uwaga! To nie jest reklama. To „Bibliophilia” i bardzo praktyczny wniosek wypływający z obejrzenia rejestracji projektu Maurycego Gomulickiego.

1.

Według współczesnych kognitywistów, siła metafor tkwi w tym, że jednocześnie odkrywają i zakrywają pewne aspekty rzeczywistości[1]. Kierując się przywołanym spostrzeżeniem, w tych nawiązujących do świata przyrody np. „płomień uczuć”, „żywioł myśli” czy „każdy powinien uprawiać swój ogródek” można by wyróżnić dwie części: to o co pierwotne tj. element związany z naturą (płomień, żywioł, ogródek) i to, co ma wartość kulturową. Uczucia wraz z nakazem tłumienia i kontrolowania ich, myśl wraz z wymogiem racjonalności w codziennym postępowaniu, sens życia jako panowanie i planowanie, dzięki zastosowaniu wymienionych, przykładowych połączeń zostają „ocieplone” (!) maskując wizerunek kultury rozumianej za Freudem jako narzucanie reguł czy represje. Dzięki temu, zdolni jesteśmy przyjąć, przyswoić i potraktować jako swoje to, co początkowo jawiło się jako obce. Na zastosowane metafory można by więc spojrzeć jako na swego rodzaju mechanizm, który pozwala nam mniej boleśnie przejść w przestrzeń wymagającą przekroczenia naturalnych uwarunkowań i popędów.