W najnowszym numerze...

Rząd książek

Malina Barcikowska

Książki się szanuje. Książki się kocha. Do czytania się zachęca. Rząd się kontestuje, przeciw rządzącym powołuje się ruchy oburzonych, z grubsza wiadomo co robić. A co, jeśli przed nami rząd książek, rząd słów, rząd liter? Są tacy, którzy krzyczą, gwiżdżą, szumią lub milczą. I mają się  z tym lepiej. Jednak wielu po prostu się zastanawia: czy można wyjść poza język? Czy żeby mówić, trzeba posługiwać się  tylko językiem zrozumiałym dla innych, nawet jeśli rozmowę prowadzimy sami z sobą? Czy język wyznacza granice naszego świata? Kto mówi, kto jest mówiony - kto tu rządzi? Kto kogo stawia w szeregu?

W tego typu wątpliwościach celują filozofowie i artyści. Bywa, że także dzięki nim, zostali tym, kim są. W wielu pracach te dwa punkty widzenia splatają się ze sobą. I te są naprawdę ciekawe.

Malina Barcikowska z toruńskiego Centrum Sztuki Współczesnej pisze o zacieraniu się granic między sztukami

1.

Gdyby pokusić się o stworzenie uniwersalnej etiudy p.t. „Koniec szkoły” z oczywistą wytyczną, że mają się w niej znaleźć książki, to jaka by ona była? Może bohater wyrzuciłby wszystkie podręczniki w górę, a może pokasowałby pliki w komputerze – koniec dla większości zamyka to, co trzeba a otwiera to, co można, więc kolejna scena mogłaby znowu toczyć się wokół książek, raczej nie podręczników. Praca Malin Ståhl „Koniec szkoły, Kariatyda” wygląda na stworzoną według takiego przepisu, ale odwołuje się do esencji doświadczeń teatru i chociaż „przepisowo” są tam i książki i bohaterka to całość ma wymiar symboliczny, nie jedynie asocjacyjny a jej symbolika jest pełna sprzeczności. Chyba lepszym pomysłem, od tego, żeby w imię logiki starać się je znieść, byłoby spróbować wyeksponować je na tylu płaszczyznach ilu potrzebują, a całość czytać w optyce suspensu, którego atrakcyjność polega na tym, że nie mamy pewności co do tego, jaki będzie wynik „denerwującego” konfliktu. Tak przynajmniej przekonują autorzy katalogu do wystawy „Teatr Życia”[1] w CSW w Toruniu, w której skład wchodziła i ta praca.

1.

7.07.2015 wypowiedź mieszkańca Torunia na stronach lokalnej Gazety: „Od kilku dni na pl. Rapackiego w obrębie fontanny toruński urząd miejski zezwolił na postawienie instalacji… nie bardzo wiadomo co promującej. Fakty są takie, że pl. Rapackiego jest nagłośniony krzykami kiboli, wypowiedziami jakichś mało inteligentnych osób nawołujących - do czego? W ostatnią niedzielę gościłem kilka osób spoza naszego regionu, którym chciałem zaprezentować nasze miasto jako miejsce wysokiej kultury, niepowtarzalnych zabytków, przyjaznej ulicy itp. Po wkroczeniu na rzeczony pl. Rapackiego byliśmy jakby w środku jakiejś rozróby kibolskiej. Okrzyki, śpiewy nieomal nieprzystojne i wrażenie skrajnego prymitywizmu ulicy. Jako mieszkaniec Torunia miałem nadzieję zaprezentować to miasto od dobrej strony. Niestety, uciekaliśmy czym prędzej”.[1]

1.

Wiek XX był, jak się go często podsumowuje, wiekiem biologii ale i czasem upadku wielkich narracji z którego przeszliśmy w XXI wiek z oczekiwaniami metafizycznymi dotyczącymi przeformułowania naszego rozumienia gatunku ludzkiego i natury ludzkiej. Bio art określany m.in. jako „artystyczne ramię laboratorium naukowego”, „postnaturalna sztuka życia będąca strategią biopolitycznego oporu” czy „krytyczna uważność, która pozwala uczestniczyć w przeobrażeniach współczesnego świata”[1] podejmuje i rozwija w holistyczny sposób narrację, która w wieku XX stanowiła zaledwie nową inspirację w estetyce. Charakterystyczna dla układów biologicznych oscylacja, wyznaczająca rytm organizmów żywych, charakteryzuje także dynamikę, której podlega sztuka Bio artu w praktyce i teorii.

1.

Skoro Na początku było Słowo a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało[1] - to wypada założyć, że u podstaw powstania wszystkiego, leżał akt performatywny a Bóg był pierwszym performerem, działającym dużo wcześniej zanim performans pojawił się jako termin teorii lingwistycznej. Nie ochrzcił statku, nie złożył przysięgi małżeńskiej zmieniając samym tylko wypowiedzeniem status ontologiczny urządzenia transportowego czy narzeczonych, ale tak zadziałał słowami, że stworzył światło, wody, roślinność, stworzenia wodne, latające i człowieka, a wszystko to umieścił w Raju. Wydawałoby się, że akt werbalny należałoby uznać co najmniej za udany, ma on jednak to do siebie, że działa równocześnie na kilku poziomach - powołuje do istnienia, rozkazuje, zakazuje, informuje ale i wywołuje pewne skutki u słuchacza. Illokucje (te pierwsze) powiodły się Panu Bogu bez zastrzeżeń, natomiast perlokucje (te drugie) nie zadziałały tak jak powinny. Mimo wyraźnego zakazu słuchacz wykazał się nieposłuszeństwem i rajski owoc został zjedzony. Człowiek zyskał tym samym współudział w wiedzy i od teraz na zawołanie Stwórcy „Gdzie jesteś?” może odpowiedzieć na przykład tak, jak w piosence Lauri Anderson: Are you talking to me?

1.

„Między” jest słowem, które nadaje sens sztuce, ale może zachwiać istnieniem. Co dla „ja” tak naprawdę znaczy, że jest między punktem A i B, w międzyczasie i między innymi? Pomimo, że przyimek teoretycznie wprowadza granice, rozsmarowuje „ja” warstwą tak cienką, że w końcu więcej prześwieca, niż zostaje zakryte. Być może zgodzimy się przyznać, że taka „podroż” jest uzdrawiająca dla chorującego czasami na rozdęcie ego, ale zupełnie dezorientująca. Nie dość, że nie posiadamy jednego tonu stając się gamą rozpiętą między najmocniejszym a najdelikatniejszym przyciśnięciem ołówka, milczeniem a krzykiem, urodzeniem a śmiercią to zamiast „ja” sami o sobie powinniśmy powiedzieć „ty”, lub „ona”, „on”. Nie sposób się w tej sytuacji jednoznacznie określić. Stajemy się obszarem, którego tu i teraz - nie ma.