W najnowszym numerze...

×

Wiadomość

Failed loading XML...

Recenzje

1.

„Plus – Que Parfait” Ireny Barbier (publikującej także pod pseudonimem Arena Solweig) to trzeci w jej dorobku (po „Zwariowałam” i dwutomowym „Słowobraniu”) zbiór wierszy, z których większość powstała w języku polskim i została przetłumaczona na język francuski, część zaś została napisana po francusku, a następnie przełożona przez autorkę na język polski; niezależnie od kolejności, w jakiej wiersze zaistniały – każdy utwór jest tu w obu wersjach językowych.

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy zostać poetą (nie tak po prostu pisać wiersze, ale poetą być!) to po lekturze „separatum” zapewne przemyśli sprawę jeszcze raz. Tomik jest bowiem krótkim, wierszem pisanym traktatem o tym, że być poetą jest fatalnie, aczkolwiek jak się zacznie, to trudno przestać. Nie jest to jednak zwykłe biadolenie nad swoim losem, raczej coś bardziej uniwersalnego. Autor zauważa, że ani czasy („requiem dla poezji współczesnej”), ani czytelnicy („antybohater”), ani nawet sam poeta („autoportret niecharakterny”) nie mogą spełnić tego, co zwykle było dane piszącym wiersze. A jeśli spróbuje - ląduje na marginesie w pozie wartej kpiny („i zstąpił duch”). Nie tylko poeta ma problem z dotarciem do świata, ale i świat nie potrzebuje tego rodzaju komunikacji: ikony pękają,/ jak słone gałki oczne, tej która zawsze się odwróci, bo nie nawykłam wierzyć na słowo. zwłaszcza twoje. („żona Lota”).

Cezary Sikorski i jego drugi tomik wierszy „Monadologia stosowana” - pochłonął mnie ten zbiór wrażeń poetyckich. Monadologia, a więc opowieść o odrębności, o gospodarowaniu tylko własnym światem. O cegiełce w piramidzie, którą twórca monad powołuje do życia i niszczy. Zewnętrznie podobne do siebie, wewnętrznie – niepowtarzalne. Jeśli taką monadą jest świat poezji Sikorskiego, to tym bardziej cenię sobie fakt, że do tego świata zaglądam.

Proszę nie płakać – żadnych łez czystych, rzęsistych…

Cóż za przekorny tytuł… Bo przecież podmiot liryczny wielu z tych wierszy płacze, ale nie tym płaczem romantycznym, mickiewiczowskim

Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie

1.

Lekturę najnowszej książki Karola Graczyka, „Łowy” (2009), poprzedziłam powrotem do jego poprzednich zbiorów poezji, debiutanckiego „oko i oko” (2007) i „osiemdziesiąt cztery” (2009) - powrotem, który przy okazji uświadomił mi, jak płodnym i „wydawniczo skutecznym” autorem jest Graczyk: 3 lata - 3 książki. Ale nie statystykom służyła lektura na wstecznym, a raczej przyjemności ponownego wejścia w znane mi teksty, by na ich gruncie zapoznać się z najnowszą propozycją gorzowskiego poety. Coś jeszcze jednak zwróciło moją uwagę. Otóż: pierwszy tom był dedykowany rodzicom, opatrzony zachęcającym blurbem Ewy Sonnenberg, wstępem Arkadiusza Frani, posłowiem Leszka Nowary, krótko mówiąc – solidnie przygotowana i z powagą potraktowana książka. Podobnie kolejna. Aż tu nagle: „Łowy”, pozbawione podpórki blurbowo-posłownej, dedykowane białej czekoladzie spod łóżka, opatrzone prowokacyjnym mottem Leszka Bakuły: zdychanie nie jest sztuką, / a to wielka szkoda, z następującym wersem „pierwszego kontaktu”: nie będziemy czekać na gwiazdy, inne gówna [w: Chmury na trawiastych kortach Wimbledonu].