W najnowszym numerze...

Recenzje

Czego się można spodziewać po książce reportera, wykładowcy uniwersyteckiego, człowieka prowadzącego telewizyjny talk show? Nie musiałam tego rozważać, bowiem po książkę sięgnęłam, kiedy już było o niej głośno. Jednak jako czytelnik ostrożny i przekorny z dystansem podeszłam do pozycji, która najpierw mocno wyczekiwana przez czytelników pojawiła się na rynku z wielkim szumem, a zaraz potem została oblepiona niezliczoną ilością peanów pochwalnych. „Zrób sobie raj” Mariusza Szczygła, poprzedzona owianym sukcesem czytelniczym „Gottlandem”, okazała się być godną uwagi.

Jest rok 1962 – Maciej Bordowicz wydaje w Instytucie Wydawniczym „Pax” debiutancki tom wierszy, zatytułowany Galaad. Jego eksperymenty z formą sonetu konsternują polskich czytelników, a zarazem frapują nowe pokolenie poetów ideowych – do tego stopnia, że Mirosław Malcharek decyduje się opublikować w tym samym roku we „Współczesności” słynny rysunek ośmiornicy rozbijającej masztowiec o nazwie „Poezja”. Sześć ramion przerażającej morskiej istoty współtworzą kolejno: Leszin, Hybrydy, Jerzyna, Gąsiorowski, Żernicki i Bordowicz. Dopisek Janusza Żernickiego pod rysunkiem jest o tyle swoistą deklaracją, co obietnicą przełomu literackiego: Sympozjon wykazał zdumiewającą prężność środowiska młodych poetów Warszawy, uwypuklił ich dążenia artystyczne, był nieustającą manifestacją nowej, odkrywczej formalnie, zaangażowanej ideowo poezji nowego, jeśli już trzymać się tego określenia – wstępującego pokolenia. Na czym jednak miałoby polegać zaangażowanie ideowe i formalne sonetów Bordowicza, utrzymującego większość tego rodzaju utworów w duchu retoryki intymnej? Te same pytania, które kierowano do Bordowicza, dziś powinny wybrzmieć wobec Izabeli Fietkiewicz-Paszek i jej Prób wyjścia.

Place zabaw ostatecznych Przemysława Dakowicza to swoisty traktat filozoficzny, w którym misternie ułożone – niczym w bizantyjskich mozaikach – różne wierzenia, religie, kultury, zjawiska paranormalne i elementy popkultury dają niezwykle sugestywną, głęboką i mądrą opowieść. O życiu, śmierci, kondycji współczesnego człowieka, kosmicznym porządku, w który wpisane są nasze losy.  Motyw koła, boska wieczność jako okrąg o nieskończonym obwodzie.

Grzegorz Kwiatkowski jest dla mnie jednym z najbardziej konsekwentnych poetów spośród debiutujących w ostatnich latach. Jego trzy tomiki Przeprawa (2008), Eine Kleine Todesmusik (2009) oraz Osłabić (2010) stanowią logiczny wywód pewnej wizji świata. Nie jest to świat łatwo uchwytny, a sprawy, które są jego najstabilniejszymi elementami, nie są łatwe i przyjemne. Na szczęście jego demiurg - autor - wie czego szuka, wie na co patrzy i wie jak o tym chce opowiedzieć.Ja postaram się z kolei pokrótce opowiedzieć co mi się w poezji Kwiatkowskiego spodobało.

Podobno nie ma przypadków. Zapewne dlatego czytałem tę niedużą książeczkę jadąc koleją z Łodzi Fabrycznej do Warszawy Centralnej. Tym samym pociągiem w tym samym kierunku i czasie jechał też Darek Foks, jednak dowiedziałem się o tym dopiero w okolicach Placu Defilad. Cóż za przypadek. Od Foksa się wiele zaczęło. Z Makowskim i Foksem spędziliśmy dwa tygodnie w Świnoujściu zeszłego lata podczas trwania festiwalu FAMA. Dużo się wtedy działo. Wtedy usłyszałem pierwsze „kawałki” z powstającego jeszcze „Soundtrack’u”.