W najnowszym numerze...

Małgorzata Grajewska - Podpalam żyrafę

Po długiej, długiej zimie i nieco „niedorobionym” początku wiosny przyszedł maj a wraz z nim – nowe tomiki do czytania. Jednym z nich był zbór Podpalam żyrafę autorstwa Małgorzaty Grajewskiej, autorki, z której twórczością miałam już okazję się bliżej zapoznać, recenzując jej debiutancki zbiór wierszy blisko bliżej za daleko. Teraz, po czterech latach, trzymałam w rękach jej drugi tomik i, zachęcona pozytywnymi wspomnieniami, z chęcią zabrałam się do czytania.

Pierwszy rzut oka na okładkę nie powiedział mi zbyt wiele – fragment obrazu Salvadora Dali „Płonąca żyrafa” wkomponowany w niebieskie tło, z tyłu podstawowe informacje o autorce oraz fragmenty recenzji, których na razie postanowiłam nie czytać. Moją uwagę przyciągnęła starannie dopracowana szata graficzna. Tomik został wydrukowany na grubym, kredowym papierze, ilustracje nie rozmywają się, a ich kolory zostały zachowane. Jest to tym bardziej istotne, że do ekfraz dołączono obrazy, którymi były one inspirowane, co znacząco wspomaga odbiór tekstów.

W tym momencie warto zaznaczyć, że są to wiersze, które bez najmniejszych problemów obroniłyby się nawet bez tych dołączonych do nich ilustracji. Autorka w swoim najnowszym zbiorze dokonuje sztuki bardzo trudnej – w wyważony, umiejętny sposób łączy ze sobą niezliczone tropy kulturowe oraz głęboką uczuciowość. Udało jej się stworzyć zbiór wierszy wymagający wiedzy kulturowej, a jednocześnie nie tracący nic na emocjonalności.

Niewątpliwie, nie jest to lektura „na jeden raz”, bogactwo tropów literackich i kulturowych zmusza do zatrzymania się, niekiedy do „wygooglowania” sobie nazwiska czy daty. Kilkakrotnie spotkałam się (głównie wśród moich niepiszących znajomych acz nie tylko) z opinią, że pisanie w taki sposób nie ma sensu, że „przeintelektualizowywanie” swojej twórczości nie zachęca, bo czytelnik przychodzi po rozrywkę, a nie – żeby się dokształcić. Całkowicie nie zgadzam się z tą opinią. Owszem, niekiedy zachodzi ryzyko, że autor może popaść w pisanie „poezji słownikowej”, jednak tutaj zdecydowanie nie mamy do czynienia z takim przypadkiem. Nie wątpię, że w wielu przypadkach autorka rzeczywiście musiała szukać dodatkowych informacji, kompletować dane, jednak robi to z pewnego powodu, a nie tylko po to, by przytłoczyć czytelnika bogactwem faktów.

Podczas czytania, nieustannie odnosiłam wrażenie, że każdy wiersz jest osobną opowieścią, z głównymi bohaterami, miejscem akcji i rozwiniętą fabułą. Bez problemu mogłam sobie wyobrazić te teksty jako samodzielne utwory prozatorskie. Autorka podeszła do pisania z precyzją badacza, zadbała o zgodność z realiami historycznymi, oczywiście dorzucając od siebie cały rys psychologiczny postaci. Jednocześnie, są to wiersze pełne liryzmu, emocjonalności, „kobiecości” w jej najlepszym wydaniu. Biorąc pod uwagę, jak ważną rolę w tym zbiorze odgrywają emocje oraz relacje (głównie damsko-męskie), główną jego siłą są właśnie te tropy literackie i kulturowe. Bez nich otrzymalibyśmy kolejny, być może poprawny warsztatowo, ale też najprawdopodobniej wtórny, zbiór wierszy o bardziej lub mniej szczęśliwej miłości i rodzicielstwie.

Tym, co mnie osobiście urzekło w tym zbiorze, jest właśnie fakt, że autorka potrafi w niewielkiej ilości słów zawrzeć obie „połowy” historii – zarówno tę rzeczową, skrupulatną, dziennikarską, jak i związaną z ludzkim życiem i jego dramatami, w taki sposób, że staja się one równorzędne. Jednym z wierszy, w których widać to moim zdaniem najlepiej, jest „Lizzie Siddal przebiera się za Ofelię”, inspirowany najsłynniejszym obrazem Johna Millaisa, „Ofelia”. Małgorzata Grajewska przedstawia w nim moment, w którym tytułowa bohaterka pozuje do obrazu, jednocześnie wplatając w to wątki z jej życia prywatnego. On ma nieśmiertelność, a ona bronchit i kaszel – pisze w pewnym momencie. Jest to przy okazji dobre podsumowanie całego zbioru, w którym sława, nieśmiertelność, sztuka nieuchronnie zderzają się z prozą życia, w której niestety jest też miejsce na choroby, zimno i ból.

Zastanawiałam się, czy oprócz uczuć i fascynacji jest w tym zbiorze jakiś jeden, konkretny motyw przewodni. Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie. Możemy tu spotkać Klimta i Wróblewskiego, od twórczości prerafaelitów płynnie przechodzimy do Nikifora. Grajewska sięga po dzieła znane, które na dobre zapisały się już w kanonie kultury europejskiej, nie ogranicza się jednak do tylko jednej epoki lub choćby stylu malarskiego. W tomie Podpalam żyrafę nie ma „lepszych” i „gorszych” inspiracji. Są tylko obrazy, ludzie z nimi związani, a w tym wszystkim – autorka, która cierpliwie splata ze sobą kolejne historie. Warto zauważyć, że w niektórych przypadkach jeden wiersz może być inspirowany nawet trzema obrazami na raz, jak jest na przykład w przypadku wiersza „Bezruch, furia”, nawiązującego do trzech niezależnych od siebie obrazów Vermeera.

Znając już wcześniej pewien fragment twórczości Małgorzaty Grajewskiej, miałam dość wysokie oczekiwania względem jej najnowszego tomiku. Cieszę się, że nie tylko je spełnił, ale pod wieloma względami nawet przewyższył. Mam nadzieję, że zbiór Podpalam żyrafę zostanie zauważony w środowisku literackim i na stałe zapisze się w tradycji polskiej ekfrazy.

Cóż więcej powiedzieć? Po prostu – polecam.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

Autor: Małgorzata Grajewska
Tytuł: Podpalam żyrafę
Wydawca: Wydawnictwo KORONIS
ISBN: 978-83-65820-00-6

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.