W najnowszym numerze...

Leszek Żuliński - Mefisto

Od jakiegoś czasu w różnych źródłach (internet, pisma literackie, nawet strzępki rozmów) znajduję pochwały poezji konfesyjnej. Nie wiem, czy takie podziały mają sens, sporo przyzwoitych wierszy bywa wyrzucanych na śmietnik krytyki właśnie ze względu na konfesyjną formułę, a nie ich wartość. A mamy do czynienia z tomikiem tego gatunku. Pojawia się jednak ciekawy problem - empatia. Docenić wiersze konfesyjne można zwłaszcza wtedy, kiedy wejdzie się w skórę ich autora. Nie po to, żeby mu współczuć. Terapeutyczna rola pisarstwa istnieje, ale rozgrywa się w sferze prywatnej - tę opcję można odrzucić, dotyczy autora, a nie czytelnika. Pozostajemy więc na pozycji neutralnej, nie spoufalamy się, ale i tak zrozumieć twórczość osobistą możemy dopiero po spojrzeniu na świat oczami piszącego. To ciekawe doświadczenie. Szukamy go nierzadko. Mężczyźni za wszelką cenę próbują zrozumieć kobiety (podobno rzadko się udaje). Podróżnicy chcą pożyć chwilę jak Maorysi albo Eskimosi. Z łatwością utożsamiamy się np. z Jamesem Bondem, Casanovą, Edith Piaf - każdy wedle gustu. Czy jednak wypada patrzeć na świat oczami Judasza? Czy chcielibyśmy? Czy byśmy umieli? I po co? Czy etyka w ogóle daje prawo przyjmować taki sposób myślenia?

Ten dylemat moralny był rozstrzygany wielokrotnie. Tu i ówdzie pojawia się w literaturze, czy filmie punkt widzenia „złego”. I bywa - są to najciekawsze utwory, z nich dowiadujemy się jak wygląda druga strona nie tylko świata, ale czasem i nas samych. Rzeczywiście, człowiek, który utracił zdolność zaskoczenia samego siebie, utracił też część kolorytu swojego życia. W czarno - białym świecie widzi się tylko kontury. O ile uboższa byłaby literatura bez postaci Fausta, Wolanda czy Konrada Wallenroda, jak ubożsi bylibyśmy sami nie mogąc wejść choć na chwilę w ich skóry i zostać zdrajcami, demonami, straceńcami? I co ważniejsze - zaskakująco często bohater „zły” okazuje się bohaterem tragicznym, jeśli tylko podejmiemy wysiłek zrozumienia go wraz z kontekstem czasów, okoliczności. Wiele wybitnych dzieł kultury stawia sobie właśnie taki cel.

Ten przydługi wstęp jest pewnego rodzaju zachętą do odłożenia uprzedzeń na bok, bo książka Żulińskiego to już nie zabawa w sympatycznego i dowcipnego Korowiowa, który niby jest zły, ale i tak go lubimy. Trafiamy tu na prawdziwy hardcore. Obcowanie z konfesyjnością „Mefista” wymaga pewnego rodzaju odwagi. Pojawiają się co prawda postacie z baśni (Szatan jest figurą na takich samych prawach jak Bazyliszek), ale nie są to baśnie dla dzieci. Nie są to też opowieści dla kaznodziejów operujących gotowymi panelami, wielką płytą na blokowiskach moralności. A pierwszym moim skojarzeniem będzie jednak film - „Na wschód od Edenu”. Tam właśnie rozgrywa się historia analogiczna do wiersza otwierającego tomik:

najstraszliwsza w dzieciństwie
była dla mnie bajka o Bazyliszku

do dziś boję się spojrzeć w lustro

(Bazyliszek)

Z jakiegoś powodu bohater tego wiersza już w dzieciństwie uwierzył, że jest właśnie tym złym. Zostało mu tak na zawsze. Analogia jest chyba dość oczywista, postać z filmu też w to wierzy. Wierzy jednocześnie, że jako zły ma także swoje miejsce na świecie. Próbuje coś zmienić, ale właściwie akceptuje stronę, po której się znalazł. Światu potrzebni są dobrzy i źli, nie może zrozumieć, dlaczego jest karany za swoje przeznaczenie. Trzeba jednak pamiętać, że został niejako zrobiony na złego. Nie z własnego wyboru, zdecydowano za niego. Na ten motyw trafimy w książce Żulińskiego jeszcze wiele razy, to jedynie sygnał.

Bohater (jest to pewnego rodzaju opowieść z zaczątkami fabuły, bohaterem bardziej niż podmiotem lirycznym) próbuje różnych postaw i prawdopodobnie jest to efektem emocji, a nie chłodnego eksperymentu. Bywa skruszony, wręcz irytująco przepraszający. Ale bywa też zadziorny, zrezygnowany, filozofujący, w końcu zbroi się w godność swojej misji. Mogą się w tym szkicu pojawić pewne niekonsekwencje, wynikają one z niejednoznacznej treści tomu. Jednak od początku do końca jesteśmy po stronie zła. Oglądamy je z różnych stron, czasem usprawiedliwiając, czasem chłodno opisując, czasem lamentując nad jego wszechmocą, niekiedy odnajdując jego zaskakujące cechy, czy kierunki oddziaływania. Spoufaleni z nim (Mefisto to „Mefisiu”, zdrobnienie - efekt wielu lat bliskiej współpracy, może niejednej opróżnionej butelki, może nawet zażyłości). Bohater na początku przygląda się piekłu z zaciekawieniem. Nie ocenia, przeżywa rodzaj fascynacji. Dylematy, na które natrafia są nierozwiązane przez filozofię i teologię od wieków. Są więc nadal frapujące, zwłaszcza kiedy widzi się z bliska całe rekwizytorium Szatana, do którego zwraca się:

nie mam już gdzie mieszkać, może tutaj, kątem?
będziemy prowadzić dysputy o wyższości Dobra nad Złem,

to zawsze cię bawiło

(Piekło)

A więc rzeczy wyłącznie , nie można ich wartościować. Ich nieuniknioność jednocześnie je usprawiedliwia. Można je opisać, nie oceniać. Można z nich korzystać, ale nie jesteśmy w stanie ich zmienić, czy naruszyć proporcji w trwały sposób.

Dobro i zło są nie tylko poza oceną, ale są też sobie niezbędne. To nie jest nowa myśl, wierzyli w to gnostycy, zoroastryści, konfucjanie. Wchodzą w konflikt wypalający ich nosiciela (któż dobrowolnie się odważy) jak wojna atomowa - Ziemię. Na końcu zostaje zobojętnienie, jak można przeczytać w ciekawej próbie opisu starości Mister Hyde'a i dr Jekylla („Jest nas dwóch”). Zło jest określane zwykle jednoznacznie. Poza wyjątkami nie trafiają się próby dowodzenia, że zło może być dobrem. Herod, Judasz, Hitler czy wreszcie Szatan - podlegają ogólnie przyjętym kryteriom moralnym, inne są tylko konsekwencje i wnioski, inne są przyczyny. W ten sposób konsekwentnie rozwijany jest dylemat z „Bazyliszka”.

wybieramy je, czy ono nas
naznacza do swojej posługi?

(Wybrani, naznaczeni)

nocami wypełza na żer; pod osłoną ciemności
dołączamy do niego, wchodzimy do plemiennej
wspólnoty naszych wyklętych wiosek

(Tabu)

To wszystko są rozważania natury ogólnej, osadzone w bogatym kontekście kulturowym, historycznym. Żuliński wpisuje się w konkretny nurt, sprawy, którymi się zajmuje to jedne z najważniejszych dylematów, podejmowane przez teologów, filozofów i artystów. Na tym tle pojawia się konkret. Nie można nie zauważyć, że tematyka „Mefista” jest współczesna i aktualna. Wykracza poza oczywiste, płaskie i przeideologizowane spory społeczne, dotyka spraw obecnych w mediach, polityce, gospodarce i stosunkach międzyludzkich. Odwołanie do mitu Fausta ma na celu między innymi odświeżenie, odarcie z fałszu idei romantycznych. Porzucając anachronizmy, Żuliński przeskakuje sto pięćdziesiąt lat historii, ląduje we współczesności, usiłuje albo odczarować romantyczne mity, albo nadać im aktualne znaczenie. Jawnie protestuje przeciwko dziewiętnastowiecznemu myśleniu o realiach, zarówno geopolitycznych, jak i prywatnych:

potopiły się wandy i ofelie,
goplany, emilie, grażyny,
narodowe strzygi i oldyny

Wisła śmierdzi fenolem i gównem,
z narodowego kontusza wychyla się truchło,
z peruki sypie się talk stęchlizny
(…)

machnij na to wszystko ręką,
szukaj innej drogi, innego języka,
innej zasady

sarkazmuj, gombrowiczuj, witkacuj (…)

(Brednie polskie)

Celnie konstatuje, że krzyk wokół tragedii narodowych sięga genetycznie do archetypu marzeń o podbiciu Rosji i o wielkiej Rzeczpospolitej:

znany polityk miota się w swoim szaleństwie
jak król Eryk, Smoleńsk znowu okupują Polacy

(Uciekają dni)

Spośród konkretów dotykających najnowszej historii szczególnie istotne są relacje z władzą socjalistyczną. Był to ustrój masowo produkujący patologie, to zjawisko nie jest wciąż do końca wyjaśnione, więc tym bardziej potrzebny jest filozoficzny wkład, jaki „Mefisto” wnosi do dyskusji. Wiarygodny zwłaszcza ze względu na osobiste powiązania autora, których nie ukrywa. W maju tego roku słuchałem, jak Reiner Kunze opowiadał o swoich starych wierszach (powstałych tuż po wojnie), że nie zgadza się obecnie z ich treścią. Mówił o tym, że zło i niedorzeczność obozów koncentracyjnych były wówczas jasne dla wszystkich. Jednak o łagrach nikt nie wiedział. Komunizm wyglądał pięknie, dopiero z czasem okazało się, że nie jest to właściwa opcja. Faktycznie, w Polsce również wielu (w tym znani poeci) dało się uwieść i w jak najlepszych intencjach, całkowicie nieświadomie podjęli współpracę. To proste i prawdziwe wyjaśnienie nie skusiło jednak bohatera „Mefista”. Jak wspomniałem, penetrujemy zło do dna. W wierszu „Wybór” stykamy się z jednym z ciekawszych, nierozwiązanych dylematów w całym zbiorze:

owszem, miałem wybór,
byłem wtedy świadomy i pełnoletni,
przeczytałem już sporo książek
i widziałem co się dzieje

(Wybór)

Ta deklaracja, pomimo wyjaśnień w dalszej części wiersza zalicza się do najodważniejszych punktów książki i najbardziej intrygujących. Jeśli bowiem, jak czytamy dalej, „zawiodła busola”, to musiała się ustawić otwarcie na zło. Pojawiają się wyjaśnienia - młodość, szaleństwo, przypadek („Postać tragiczna”). Nikomu nie należy się ani chwała, ani potępienie. Są tam, gdzie rzuci ich los, każda epoka sądzi poprzednią. Nikt nie wie, z czego wynikają decyzje, ale konsekwencji nie da się odwołać:

statki na uspokojonej wodzie podnoszą żagle,
karawany ruszają dalej

i ja próbuję,
ale już o kulach

(Wybór)

Są to jak wspomniałem odważne deklaracje. Podobne myśli znajdujemy np. w „Rozmowie Jezusa z Judaszem”:

nie umyłeś rąk; wziąłeś winę na siebie,
nie kierowałeś się racją stanu, wyższością,
pychą ani siłą.

W końcu w utworze „Mój patriotyzm”:

popierałem stan wojenny,
drukowałem lewicujące felietony w „Trybunie” (…)
znaczna część rodaków to dla mnie kołtuneria

Ta zadziorność jest doprawdy imponująca, dobrze, że książka nie kończy się tonem przepraszającym, błagalnym czy patetycznym. Wspomniałem o rolach. Inkwizytorzy brukujący piekło swoimi dobrymi chęciami grają do końca - ubrudzeni spalenizną, wdychając dym nadal oskarżają. Bohater też gra do końca. Dylematy pozostawia sobie wewnątrz, tworzy z nich dobro - miłość i poezję. Wszystkie inne rzeczy nazywane „dobrem” muszą przegrać z Mefistem. Kto nie był w jego „ładnie urządzonym” domu, nie wie tego. Kto chciałby choć zajrzeć - wystarczy, że otworzy ostatni tomik Leszka Żulińskiego. Ostatecznie winny trafia więc do piekła, gdzie spotyka swoich sędziów. Dochodzi do najsilniejszego paradoksu - oskarżyciele potrzebują wyrazistych przykładów zła, żeby się od niego odróżnić, jednocześnie pozostając w jego granicach. Okazują się zaledwie statystami prawdziwej rozgrywki. Ich „odwaga i niezłomność” rodzą się w łatwych okolicznościach, walczą z pozornymi wrogami, bez których byliby nikim. Żadna sztuka pokonać słabego w czasach, gdy nie ma prawdziwych wrogów.

witajcie w piekle! (…)

nie wahajcie się - jestem tu po to, byście byli lepsi

(Inkwizytorom)

Tam właśnie dokonuje się sąd nad moralistami. I to sąd wieloraki - najpierw nad moralnością:

to oni zstępują w piekło pychy,
podnoszą nowy miecz, rzucają kamieniem

(Rozmowa Jezusa z Judaszem)

(Nie trudno zgadnąć, że obaj - Jezus i Judasz - siedzą w tym samym bohaterze).

A więc wbrew przykazaniu „zło dobrem zwyciężaj” wprowadza się nowy dogmat - zło zwyciężać złem. Z tego właśnie powodu „inkwizytorzy” lądują w tym samym piekle, co ich ofiara. Następnie sąd nad głupotą:

jest nas teraz wielu; minęły stulecia, a wciąż nie wiemy,
jak byśmy postąpili na jego miejscu; ci, którym się zdaje,
że wiedzą, to zwykli głupcy; rzeka Meander aż kipi,
żeby ich pochłonąć

(Judasz)

Rzeczywiście. To prawda z gatunku życiowych, znanych i oczywistych - łatwo jest sądzić, trudno zrozumieć. Nikt nie wie, jak zachowałby się w danych okolicznościach, a podobieństwo okoliczności jest złudne.

Jednak właśnie oni są najbardziej chętni do sądzenia:

najgorsi są ci,
którym nie wyrządziłem krzywdy;
oni wydają wyroki bezapelacyjne

(Boję się wyjść z domu)

Podobny motyw znakomicie jest przeprowadzony w wierszu „Zbawienie Fausta”. Spotykamy jednak też zazdrość wobec ludzi myślących prosto, nie posiadających dylematów. To cecha charakterystyczna wielu postaci tragicznych - chcieliby żyć w świecie oczywistości, bez dylematów. Można powiedzieć - chcieliby być zwyczajni. („Szlam”, „Pan Cogito”). To także rodzaj sądu.

Trzy ostatnie tomiki Żulińskiego, wydane w dość krótkim czasie, jeśli wziąć pod uwagę tempo ukazywania się wcześniejszych - mają pewną logikę. „Chandra” to zbiór utworów, które nie zmieściły się tematycznie w „Fauście”. Są poświęcone w dużej części kulturze, w szczególności literaturze. Jest to sfera szczególnie bliska autorowi, jego naturalne środowisko. „Faust” wyczerpująco i wielopłaszczyznowo mówi o miłości. To także rodzaj naturalnego dobra, sfera do której autor lgnie chętnie, niemal bez reszty, pomimo wszystkich komplikacji z tego wynikających. „Mefisto” jest w innej konwencji. Odczuwalny jest dystans, impuls do pisania nie pochodził widocznie z wewnątrz, musiał być sprowokowany czynnikami zewnętrznymi, niezależnymi. Jest to moim zdaniem najlepszy z trzech wymienionych zbiór. Poruszanie się w obcym środowisku, przymus przekonstruowania nawyków myślowych, zmiana estetyki - to zwykle wymusza wzniesienie się na wyżyny kunsztu. Euforia może przesłaniać błędy i niedoróbki, które w większości znikają, gdy pisze się w zniechęceniu lub przezwycięża autentyczny opór materii literackiej i pozaliterackiej.

Drugą różnicą między „Mefistem” a poprzednimi książkami jest zwrot wektora moralnego. W tej poetyckiej triadzie jako jedyne dobro świata są ukazywane miłość i tekst. Tak, tekst, słowo pisane. Samych wierszy poświęconych wierszom znajdujemy kilkadziesiąt. Pisanie nabiera jakichś walorów magicznych, ponadludzkich, ponadhistorycznych. Miłość traktowana jest jako najbardziej naturalne z praw i bez względu na jej konsekwencje - jako dobro. Zło pojawia się incydentalnie we wcześniejszych książkach, ale dopiero ostatnia jest mu poświęcona w większej części. Nie znosi to wymowy poprzednich - utwory takie jak „Miłość”, „Na niby”, „Koniec świata”, „Wspólna księga” - mimo wszystko sprawiają wrażenie najbardziej osobistych. To jednak nie one decydują o wymowie tomiku. W „Mefiście” człowiek jest postawiony wobec zła i do niego ma się ustosunkować, wejść w relację, przestudiować do szpiku i niemal naukowo opisać. Co jednak ważne - dobra nie ma tam, gdzie się go szuka.

Odświeżenie i przeszczepienie na polski grunt mitu Fausta nie jest proste. To mit niepasujący do naszych doświadczeń. Przez ostatnich dwieście lat dobro i zło nabrały całkowitej jednoznaczności. Pisał i mówił o tym głośno choćby Miłosz - odróżniał w ten sposób kulturę bloku wschodniego od zachodniego, polską od europejskiej. Był za. Za jednoznacznością moralną, jednoznacznością osądów i decyzji. Może tu tkwi problem - od jakiegoś czasu nie ma już „złej komuny” i tego wszystkiego, co nią nie było - i było już przez to dobrem. Można odnieść wrażenie, że nie bardzo potrafimy się odnaleźć w świecie wielu wartości, przenikania się idei, w realiach, gdzie do podjęcia decyzji albo dokonania oceny trzeba brać pod uwagę wiele różnych czynników, nieraz skrajnych i drastycznych, a i to nie gwarantuje uzyskania wyraźnego konturu. Książka Żulińskiego wnosi tę wartość, że tkwi w obu światach - nowym i starym. Jednoznacznym i wieloznacznym. W tych światach tkwi też jej bohater i prawdę mówiąc nie bardzo wie, co zrobić.

Czym jest dla mnie „Mefisto”? Przede wszystkim jest to zbiór w większości znakomicie zrobionych wierszy. Pomijając kilka uproszczeń, niepotrzebnych dopowiedzeń, jest doskonale napisana, zdecydowanie najlepiej spośród wszystkiego, co miałem okazję czytać, a co wyszło w postaci wierszy spod pióra tego autora. Z założenia (i z wykonania) zbiór jest świetną obroną, przykładem błyskotliwej retoryki. Widać nastawienie nie tyle na przedstawianie gotowych tez i wyroków (to pozostawia się sądowi), co raczej na rozbijanie skostniałych argumentów oskarżenia opartych na komunałach i zgubnym pokrewieństwie pojęć. Pozostawia sędziego - czytelnika z rozebraną na części pierwsze konstrukcją etyki poruszanych sfer i koniecznością złożenia jej od nowa. Wynik tej operacji zależy od każdego indywidualnie, ale niezależnie od decyzji sądu, nie można odebrać wartości znakomitej mowie obrończej. Widać też doświadczoną rękę, erudycję, swobodę w rozwiązywaniu złożonych problemów kompozycyjnych. Tu i ówdzie nawet gry wewnętrzne (jak między wierszami „Nolens volens” i „Mech”, ten drugi jest niezależnie od autoironii niezwykle poruszającym tekstem, jednym z najsilniejszych punktów tomu). Wyróżnia się także odwaga w stawianiu spraw jasno.

To próba przywrócenia poezji głosu w sprawach powszechnych, życiowych, a nawet narodowych. Poezja osadzona w ogromnym kontekście kulturowym, sprawnie łącząca dziesiątki wątków, mówiąca tonem wysokim, choć językiem często potocznym. A więc jednak romantyzm? Jednak romantyzm.

Sławomir Płatek

Tytuł recenzji pochodzi z wiersza „Radovan Karadźić” z tomu „Mefisto”

 

Autor: Leszek Żuliński
Tytuł: Mefisto
Wydawca: Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011
ISBN: 978-83-7611-943-4

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.