W najnowszym numerze...

Katarzyna Zając - Pęknięcia

Pęknięcia Katarzyny Zając (Nagroda w kategorii debiut poetycki w IV Międzynarodowym Konkursie Poetyckim Liberum Arbitrium „O laur lipowego wzgórza) to świat magiczny, pełen zaklęć, tajemnic, przeczuć, niedopowiedzeń, pulsujący tuż pod skórą. Naszą i ziemi, bo przecież my i natura to jedno. Ta książka wpisuje się w mocno utrwaloną już w literaturze (sztuce w ogóle) tradycję poszukiwania prawd żywych, koniecznych do doświadczenia cudu. Dość wspomnieć bohaterów Mickiewiczowskich ballad, wiersze Leśmiana, Nowaka, a współcześnie Radziewicz, Miniaka, Kulbacką, Buliżańską, Tokarczuk czy Jana Jakuba Kolskiego. Zając wpisuje się w tę poetykę. To ten sam poziom wrażliwości, to samo oglądanie/podglądanie świata. Bohaterowie jej wierszy, podobnie, jak bohaterowie filmów Kolskiego, Sonia Teresy Radziewicz czy Kłoska Olgi Tokarczuk, naznaczeni są wirusem inności. Może dlatego albo właśnie dlatego patrzą dalej, widzą więcej, czują mocniej. Jak Natalia z wiersza oczekiwanie, która podnosi po kolei oślizgłe kamienie znad rzeki i wrzuca je w nurt. Tak długo, aż znajdzie kiełkujące pod nimi ziarno fasoli. Wtedy stawia kropkę.

Zaczynamy się od imienia, litery złączone ze sobą w określony sposób, mają nas wyodrębnić, wyróżnić. Natalia wie, że trzeba robić to powoli, uważnie, żeby nie przeoczyć niczego.

Pęknięcia najpierw powstają w nas. Stamtąd rozpoczyna się wędrówka przez pętle, labirynty, korytarze pełne cieni i znaków. Kto po nich podróżuje? Kobieta czy dziewczynka? A może obie razem zagubione i niepewne. Bo co tak naprawdę znaczy dorosnąć? Wrócić po śladach do tamtych dźwięków, obrazów, twarzy. Do dawnych baśni. „Dziewczynko, ja tobie mówię wstań” - parafrazuje Zając ewangeliczną opowieść, by dodać – „ weź patyk i rysuj. przecinające się kreski tworzą dom,/ falista linia niech będzie dymem.” (dziewczynko, wstań)

Faluje zwiewna lekka sukienka w grochy, która „pamięta tamto lato”, pulsuje krew pod skórą. Za chwilę obudzi się kobieta z duszą dziecka, naturalna jak ziemia i liść. Złączy się w jedno, tożsama, ale świadoma własnej odrębności. Będzie poznawać świat po dziecięcemu zmysłowo w nieustannym zdziwieniu jego zmiennością, pięknem, grozą. Jak w wierszu letnisko:

rano powietrze przypomina watę cukrową.
wbijam zęby, wyjadam zamiast pożywnych bakłażanów
i przepisanych witamin. czuję zawrót głowy
jak w lunaparku, o niczym więcej nie chcę pamiętać (…)

(…) dopiero gdy czerwień barwi jezioro, nadchodzą
niepokoje w snach: podwodne groty, mdlący zapach fiołków
i łupinka na falach. czarne bociany lecą, gubiąc pióra.
mów, że będzie dobrze, nie przestawaj.

Świat zewnętrzny nie jest w wierszach Zając oswojony i bliski. Budzi lęk, niepokoi. W zwykłe codzienne czynności na pozór przyjemne, jak choćby pieczenie szarlotki, wkrada się strach. Pióra ptaków zbierane z trawy „lśnią czernią. na przekór szepczę, że to na szczęście.” (szarlotka)

Niezwykły jest wiersz przeczucie, w którym sielska wyprawa nad wodę zapowiada śmierć. To dzieje się powoli – „mrużę oczy. prześwity wśród drzew wyglądają/ jak cętki na sierści zwierząt wędrujących do wodopoju./ przez chwilę myślę, że samochód jest wielkim kotem,/ który kołysze nas w brzuchu i skrada się ich śladem./”

Potem burza, powrót i ciało łani leżące przy drodze. „Śnię aż do/ listopada, że ją przejechaliśmy. widzę, jak koziołkuje,/ odbija się od maski. śmiejesz się,// mimo to za każdym razem, gdy wiatr uderza w szyby,/ słyszę płacz jej młodych, stukot racic.”

Niezwykle sugestywny język wierszy Katarzyny Zając zatrzymuje klisza po kliszy uchwycone drżenia, poruszenia, przeczucia. Podmiot liryczny jest jakby poza czasem. Stoi obok i obserwuje uważnie, potem ostrożnie dobiera światło, by jak najlepiej i najpełniej wydobyć głębię, wyjść z czasu, patrzeć, wnikać, rozumieć, chłonąć.

Czy łatwiej o słowa, kiedy pozornie stoi się z boku? Czy może właśnie wtedy bolą, kaleczą jeszcze bardziej? „Są miejsca, których nie sposób wymazać,/ zasłonić jak brzydkie znamię” (po śladach), kiedy brak dotyka braku, odczuwalnego boleśnie, wyśnionego znamienia na skórze.

Podmiot liryczny, dotkliwie osobny, bierze, ale nie zawłaszcza, patrzy, ale nie zniekształca, pozwala czasowi płynąć, jak chce i dokąd chce. Słowa nie zdołają zamknąć, uchwycić w kadrze kartki, wahań, rozterek, rozdwojeń i wielowcieleń. Nawet modlitwy i uparcie powtarzanie zaklęcia nie zlepią pęknięć. Nie scalą.

Katarzyna Zając w swojej debiutanckiej książce tworzy półrealne, półmagiczne miejsce, swoiste uniwersum, w którym mieszkańcy żyją w zgodzie z naturą i z Bogiem, jako jej częścią. Takie są Popielawy, Prawiek, miasteczko z ballady Romantyczność. Żyją pełnią człowieczeństwa z jego nieodłącznymi atrybutami – niespełnieniem, tęsknotą, cierpieniem, lękiem i śmiercią. Ale jest w tych wierszach także nadzieja, miłość i wiara, że „ptaki wędrują prosto do nieba. ku światłu”. (metamorfozy (sny i przebudzenia))

Bohaterki wierszy Zając wchodzą bocznymi drzwiami, cicho, bezszelestnie. Zostawiają je uchylone, zapraszają do baśniowego świata, w którym, jak napisała sama autorka, podpisując mi książkę „zawsze pachnie szarlotką, dojrzałymi czereśniami i wilgotną trawą.

Teresa Rudowicz

 

Autor: Katarzyna Zając
Tytuł: Pęknięcia
Wydawnictwo: Dom Kultury w Tuchowie, Tuchów 2011
ISBN: 978-83-7631-276-7

 


Publikujemy jednocześnie dwie recenzje tej samej książki. Wzbudziła ona sporo emocji, spróbujemy więc pokazać dwa różne punkty widzenia. Druga recenzja jest tutaj.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.