W najnowszym numerze...

Marcin Tomczak - Weno wej!

Jeśli ktoś nie domyśla się po samym tytule, kogo/czego dotyczyć będzie niniejsza recenzja, spieszę z wyjaśnieniem: otóż podejmuję się nowej roli, nowego wyzwania i od dziś zajmę się krytyką kulinarną. Na pierwszy ogień (ha!) idzie (czy też raczej biegnie) prosiak z nożem w plecach, któremu towarzyszą liczne okrzyki, śmiechy, trochę łez. Marcin Tomczak prowadzi go na postronku, z rany wydobywa się aureola złocistych promieni, a zgromadzona gawiedź woła weno wej! Tytuł recenzji jest fragmentem dedykacji, którą laureat nagrody specjalnej XXI edycji konkursu Bierezina umieścił dla mnie w swojej książce. Pragnę jednak podkreślić, że powstanie niniejszego tekstu nie było okupione cierpieniem żadnego zwierzęcia. Co nie znaczy, że tomczakowa wieś nie zna cierpienia. Zna. I to bardzo dobrze.

Weno wej! to na pierwszy rzut oka całkiem pokaźny zbiór (ostatni wiersz znajduje się na siedemdziesiątej dziewiątej stronie); tym bardziej pokaźny, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest on poetyckim debiutem Tomczaka (wcześniej wydał prozę Wróżda). Nic się tu jednak nie dłuży, świat kreowany przez poetę wciąga na dobre i po lekturze zostawia raczej z niedosytem i pytaniem: to już koniec? U Tomczaka-poety daje o sobie znać również Tomczak-pisarz (notabene tom jest poprzedzony fragmentem niepoetyckim, właściwie krótkim opowiadaniem). Widać tu wyraźnie zacięcie prozatorskie: umiejętność budowania opowieści, unikanie nadmiernej ilości środków stylistycznych, dążenie do jasności i prostoty przekazu, skupienie na akcji, nie na opisie oraz swoiste fabularyzowanie świata. Być może działa to też w drugą stronę i Tomczak-poeta objawia się w prozie, ale trudno orzec bez lektury Wróżdy, a ta na razie czeka na mojej półce na swoją kolej. Ta prozatorskość debiutanta zdecydowanie działa na korzyść Weno wej!. Istotą jest tu bowiem działanie i dzianie się. Rytm natury, który determinuje większość obowiązków i prac mieszkańców wsi, organizuje również kompozycję tej książki. To chwyt znany i częsty, ale przez Tomczaka dobrze rozegrany. Jest w tym bowiem przede wszystkim prawda, tak jak i w całym tomiku. Ktoś, kto spędził ćwierć wieku w Glebie, wie o czym mówi i pisze, jest wiarygodny i szczery. Nie sili się na arkadyjskość, ba! – nie w głowie mu nawet koloryzowanie. Nawet jeśli jest to świadoma gra, Tomczak jest w niej mistrzem, choć wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że to jest Tomczak jak najbardziej autentyczny. Nawet znak w postaci zdjęcia przedstawiającego autora z kartoflem w zębach.

W wierszach Tomczaka przewija się wiele postaci. Bohaterami są tu członkowie jego rodziny, przyjaciele, ale także zwierzęta. Miesza się perspektywa podmiotu-dziecka i podmiotu-dorosłego. To chwyt dobrze znany, ale znów – świetnie się sprawdza, a jego wykonanie jest absolutnie bez zarzutu. Dochodzi do weryfikacji pewnych zdarzeń czy uczuć, ale jest to na ogół weryfikacja pozytywna, chociaż odbywa się „pomimo”. Ten zgrzyt czy nawet jakiś rodzaj rozdarcia dotyczył już niejednokrotnie podmiotu-dziecka (już wtedy w paru książkach / spotkałem słowo zabobon / i chociaż wiedziałem że to wszystko na nic / powróz trzymałem wszystkimi siłami). Tym bardziej widoczny jest u podmiotu-dorosłego, którzy przeniósł się do miasta, jest bogatszy o doświadczenia, ma oczywiście większe zaplecze intelektualne. Podmiot mówi wprost: to nie jest żadna arkadia, raczy nas niezwykle realnymi opisami działań takich jak świniobicie czy zarzynanie cielaków (to również tytuły wierszy). I nie jest to prowokacja, a co najwyżej ewokacja. To zwykła szczerość i uczciwość w relacji nadawca-odbiorca. To akceptacja sposobu funkcjonowania wsi, zgoda na konieczność pewnych działań, choć niepozbawiona niekiedy wyrzutów czy pewnego „uwierania”. Jest w tym swoiste piękno i to nie piękno turpizmu ani groteski. Raczej piękno świata takiego, jaki był w dzieciństwie, gdzie pewne rzeczy i zachowania po prostu były, a ich ocena może przyjść dopiero z czasem.

Tomczak ludzi i świat traktuje z szacunkiem. To, co powinno być pisane wielką literą, jest nią pisane. Jest też tu miejsce na sacrum, choć nierozpoznane. Jest to jakiś „Ktoś”, o kim podmiot mówi: nie moją rzeczą / było Go znać, lecz jednocześnie deklaruje: boską cząstkę nosiłem w kieszeni. Ten Ktoś jest zdecydowanie blisko. Temu Bogu (bo jednak w którymś wcieleniu udało mi się spotkać Boga) nic, co ludzkie, nie jest obce. Może się objawić w chlewie i na drzwiach wychodka. Można mu podziękować za śmieszne małe cuda (zobacz jak to Ktoś wszystko zmyślnie urządził / że polucje zawsze trafiają się nad ranem / i człowiekowi nic w gaciach nie zdąży skrzepnąć). Sacrum jest czymś pod ręką, zawsze w kieszeni.

Podmiot Weno wej! jawi się jednocześnie jako ktoś głęboko osadzony w glebie i Glebie, a jednocześnie jako wieczny outsider. Niewątpliwie jednak z historią obchodzi się z uczuciem. Te wiersze – jak podmiot wdzięcznością – kipią emocjami. Jest tu niewymuszony humor, minimalny dystans, przemycone zostają elementy folkloru. Powrót do lat dzieciństwa to próba zrozumienia samego siebie, bo są takie elementy, które się nie zgadzają i które niezwykle trudno ze sobą pogodzić. Bo z jednej strony czytamy: dzisiaj już wiem to na pewno / jestem woskiem lanym nad głową / wrzeszczącego brata / solą w oku schorowanej krowy (jeden z pierwszych wierszy), a z drugiej słyszymy: nie każcie mi / czerpać z Nietzschego (ostatni wiersz). Jest więc w tym jakaś rozpacz, ale już ujarzmiona, uspokojona. A tę rozpacz i olśnienie, że musi być na nią zgoda – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – symbolizuje świnia. To dzień jej zabicia stał się dla podmiotu w jakiś sposób przełomowy (Tamtego poranka obudziłem się w innym, obcym świecie, po którym błąkałem się długi czas.) To dostrzeżenie jej u Bruegla przywiodło poecie myśl, że każda kraina szczęśliwości ma swoje prosiaki, które biegają z nożem w grzbiecie i czekają, aż je pokroisz. Mówiąc inaczej: zawsze jest jakiś element, który nie pasuje do układanki, psuje ją, choć w ostatecznym rozrachunku jest konieczny i nieunikniony. Idąc dalej: życie każdemu podkłada świnię, daje jego własną porcję smutku i bólu, cierpienia i zła, ale trzeba się na to zgodzić, a nawet umieć w tym rozsmakować.

Humor Tomczaka rozładowuje wszelkie napięcia i wszelkie potencjalnie makabryczne opisy. Czytanie Weno wej! jest bardzo przyjemnym zajęciem (pomimo). Poeta udziela nam wielokrotnie już udzielonej lekcji, ale w sposób tak zgrabny i świeży (Świeżyzny nie zjesz?), że ma się ochotę na większą porcję. Co tu dużo mówić – smakowało. A w następnej kryzysowej sytuacji – zamiast zagryźć zęby – zagryzę w nich kartofla. Albo pyrę.

Anna Mochalska

 

Autor: Marcin Tomczak
Tytuł: Weno wej!
Wydawca: Dom Literatury w Łodzi, Łódź / Kadzidło 2016
ISBN: 978-83-62733-44-6

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.