W najnowszym numerze...

Paweł Łęczuk, Krzysztof Mich - One Day in Calisia

Wakacje nie tylko zaczęły się, ale nawet dobijają już do półmetka. Jak zwykle latem, można zaobserwować wzmożoną mobilność ludzi, którzy z jakiegoś powodu tę właśnie porę roku upodobali sobie do podróżowania, a zatem, siłą rzeczy, poznawania nowych miejsc. Nieuchronnie nasuwa to pytanie - czy rzeczywiście w innych krajach lub (podchodząc do tematu w mniejszej skali) w innych miastach naprawdę jest „inaczej”? Jeżeli tak, co warunkuje tę „inność”? W moje wakacyjne rozważania idealnie wkomponował się wydany niedawno tomik autorstwa Krzysztofa Micha i Pawła Łęczuka One day in Calisia. Tomik tym bardziej niezwykły, że ilustracje (zdjęcia wykonane przez Krzysztofa Micha w ciągu jednego dnia i jednego spaceru po Kaliszu) mają w nim równorzędne znaczenie co teksty i są z nimi nierozerwalnie związane. Synteza tych dwóch form przekazu zaś ma na celu dokonanie rzeczy nieomal niemożliwej - uchwycenie w niewielkiej przestrzeni (cały zbiór liczy zaledwie 48 stron) "ulotnego nastroju tego majowego dnia, ale i trwałej urody miejsc, które zakodowały w sobie wielowiekową historię Kalisza", jak pisze we wstępie do zbioru Izabela Fietkiewicz-Paszek. Na ile udało się ten efekt osiągnąć? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć sam czytelnik, jest to bowiem kwestia bardzo subiektywna. Ja jednak chciałabym opowiedzieć o kilku aspektach tego zbioru, które szczególnie przyciągnęły moją  uwagę.

Jako, że jestem wzrokowcem, jako pierwsze moją uwagę zwróciły zdjęcia, zajmujące większość miejsca w tym zbiorze. Już na pierwszy rzut oka mogłam zauważyć, że nie należą one do standardowych ilustracji, które można znaleźć w przewodnikach turystycznych. Podczas całej lektury odnosiłam wrażenie, że mam tu do czynienia z nieustannym przenikaniem się wielu równoległych płaszczyzn. Być może wynikało to po prostu z tego, że wszystkie wykonane przez Krzysztofa Micha zdjęcia są w istocie odbiciami. W witrynach sklepowych, oszklonych drzwiach czy nawet podejrzanych ukradkiem oknach domów mieszkalnych odbijało się wszystko, od zabytkowych budynków poprzez banery reklamowe, aż po przypadkowo (lub nie) zabłąkanych w kadrze przechodniów.

Ta mieszanina haseł, twarzy, pojazdów i dekoracji sprawiała dziwne wrażenie. Trochę jakby oglądało się miejsce, które jednocześnie tętni życiem oraz zatrzymało się w czasie i przestrzeni. Przeszłość zabytkowych kamienic i ozdobnych lamp łączyła się z teraźniejszością reklam i zaparkowanych na kilka minut samochodów; w tło ozdobnego budynku i zniekształconej sylwetki fotografa dziwnie wpasowywała się informacja sklepowa, głosząca iż „tych klientów nie obsługujemy”. Z całego tego pozornego miszmaszu powoli i stopniowo wyłaniał się obraz miasta, które nie tylko ma już swoją historię, która na trwałe wyryła się w jego tożsamości, ale tez nieustannie zmienia się i rozwija. Krzysztofowi Michowi rzeczywiście udało się (i to niejednokrotnie) uchwycić konkretny moment, scenę, która uległa naturalnej dekonstrukcji w kilka sekund po zrobieniu zdjęcia.

Jednocześnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo oglądanie tych ilustracji przypomina rzeczywisty spacer po mieście. Wtedy również nasze spojrzenia na mniej niż mgnienie zatrzymują się na zabłąkanych odbiciach, uchwyconych kątem oka sylwetkach czy przyciągających wzrok banerach reklamowych. Autorowi udało się „po prostu” uchwycić w obiektywie coś, co my rejestrujemy gdzieś na granicy pamięci, ale w istocie nawet tego nie przetwarzamy, Tymczasem, kto wie, być może to właśnie ta nie do końca rozkodowana pamięć pojedynczych scen napawa nas później takim przekonaniem, że w podróży widzieliśmy coś wyjątkowego, czego nie było dane zobaczyć nikomu innemu?

Pisząc o ilustracjach, nie mogę zapomnieć o nierozerwalnie powiązanych z nimi tekstach Pawła Łęczuka, które powstawały na przestrzeni kilku miesięcy od zrobienia zdjęć. Tutaj również tym, co zwróciło moja uwagę jako pierwsze, jeszcze przed lekturą, był układ graficzny tekstów. Są one bardzo krótkie, pozbawione wielkich liter i większości znaków interpunkcyjnych. Ich sposób wkomponowania w stronę na pierwszy rzut oka może wydawać się przypadkowy, nieomal niedbały, jakby zostały wciśnięte tam, gdzie pozostało jeszcze trochę miejsca. Natychmiast wzbudziło to moje skojarzenia z zamieszczanymi w albumach rodzinnych krótkimi podpisami czy opisami do zdjęć, w zamierzeniu pozwalającymi na przypomnienie sobie uczuć towarzyszących pierwotnej podróży. Tutaj również pewna niedbałość zapisu łączyła się z nieodzowną chęcią podzielenia się z innymi własnymi przeżyciami. Połączenie zapisu wizualnego tekstów wraz z nietypowymi zdjęciami dodawało całemu tomikowi prywatności, przypominało, że zawarte w nim treści wynikają z rzeczywistych doświadczeń autorów - rzecz, której niejednokrotnie trudno się dopatrzeć w przewodnikach turystycznych czy „typowych” albumach.

Z kształtującym się już jednoznacznie pozytywnym pierwszym wrażeniem, przystąpiłam do bardziej szczegółowej lektury. Tutaj również wiersze zawarte w tomie One day in Calisia zdecydowanie mnie nie zawiodły. Są to krótkie teksty i mimo, ze wiem, że powstawały w ciągu kilku miesięcy, nieodmiennie odnosiłam wrażenie, że Pawłowi Łęczukowi udało się w nich zawrzeć tę wspomnianą już przeze mnie „chwilowość” miasta, uczucia, które towarzyszyły mu w czasie tamtego jednodniowego spaceru, o którym wspomina Izabela Fietkiewicz-Paszek we wstępie do zbioru. Kilkuzdaniowe wypowiedzi, zapisane frazą o bardzo różnej szerokości, wkomponowane w pustą przestrzeń pod zdjęciami formą zapisu nadal przypominały podpisy do albumów, jednak budziły we mnie coraz więcej skojarzeń z opisami do zdjęć zamieszczanych na portalach społecznościowych, gdzie wszystko wydaje się być tworzone pod wpływem impulsu i również wydaje się mieć na celu głównie przekazanie odbiorcom uczuć, które autorowi towarzyszą teraz, w tej sekundzie, w tym miejscu i czasie. Stanowiły dla mnie luźne (co nie oznacza, ze bezrefleksyjnie zapisywane) ciągi myślowe, w których subiektywne skojarzenia i wspomnienia autora łączyły się z ustalonymi zdecydowanie wcześniej elementami historii i kultury miasta. To również, tak samo jak oglądane przeze mnie zawarte w zbiorze zdjęcia, nosi wrażenie pewnej wielowarstwowości, kilkupoziomowego przekazu, w którym złapana na chwilę myśl, nawet niekoniecznie związana z samą podróżą, sprawia, że samo oglądane miejsce wydaje się wyjątkowe, budzi emocje, zapada w pamięć.

Po zakończonej lekturze doszłam do wniosku, że zbiór One day in Calisia spełnił stawiane przed nim oczekiwania na więcej niż jeden sposób. Przede wszystkim, zarówno ze zdjęć, jak i z tekstów, rzeczywiście wyłania się klimat Kalisza, jednego konkretnego miejsca na mapie, z jego historią ale i codziennością. Obu autorom udało się ten efekt osiągnąć w tak zgrabny sposób, że nawet czytelnik, który wspomnianego miasta nie zna (ja sama w Kaliszu byłam tylko raz i bynajmniej nie mogę powiedzieć, że wiem o nim dużo), nie da rady pomylić go z Krakowem, Warszawą, Londynem czy jakąkolwiek metropolią. Pawłowi Łęczukowi i Krzysztofowi Michowi udało się stworzyć swoisty dziennik z podróży w taki sposób, by rzeczywiście przelać na niego towarzyszący jej klimat. Lektura ta definitywnie odpowiedziała na moje postawione we wstępie pytanie: czy gdziekolwiek jest inaczej? Jednocześnie bardzo wyraźnie uświadomiłam sobie, jak dobrze ten zbiór wpasowuje się w naszą wakacyjną codzienność. Oglądając tablice na Facebooku, programy podróżnicze, cudze zdjęcia z wakacji, nieustannie widzę takie same stare miasta, powykręcane rzeźby, turystów w okularach przeciwsłonecznych i szortach, którzy uparcie wbijają się w kadr. A jednak z relacji samych podróżników wynika, że właśnie zobaczyli coś wyjątkowego, nieporównywalnego z żadnym innym miejscem. Być może dzieje się tak dlatego, że nie każdy z nich widział to, co udało się obu autorom zawrzeć w tym zbiorze - nie tylko powtarzalne zjawiska architektoniczne czy banery reklamowe, ale też ulotne wydarzenia, dostrzeżone kątem oka odbicia w witrynach, ludzi, którzy pojawili się raz i natychmiast zniknęli. Na zakończenie tego tekstu chciałabym Wam życzyć, aby każda Wasza wakacyjna (i nie tylko) podróż miała w sobie tę samą świadomość chwili i dostarczała tylu spostrzeżeń i wspomnień, ile udało się znaleźć autorom tomiku One day in Calisia w czasie tamtego jednego majowego spaceru, od którego zaczęła się cała książka.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

Autor: Paweł Łęczuk, Krzysztof Mich
Tytuł: One day in Calisia
Wydawca: ALTER Paweł Wójcik
ISBN: 978-83-941100-0-0

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.