W najnowszym numerze...

Krzysztof Bieleń - Błystki wahadłowe

Pierwsze wrażenie było zdecydowanie pozytywne. Umieszczone na pierwszej stronie okładki estetyczne, rozświetlone zdjęcie zachęcało do lektury. Z kolei z ostatniej strony nie dało się wiele wyciągnąć, bo chociaż samo zdjęcie autora było jeszcze wyraźne, nota biograficzna wyraźnie ginęła w tle. „Może to i lepiej” – pomyślałam, kiedy na jednym z jaśniejszych fragmentów mignęło mi słowo „konkurs”. Wciąż jeszcze pełna zapału do pracy po dopiero co zakończonych warsztatach poetyckich, zabrałam się do lektury.

Od razu na wstępie przyznaję, iż Błystki wahadłowe były tomem, który czytało mi się naprawdę ciężko, nie tyle ze względu na poziom tekstów (który, o czym za chwilę napiszę, jest naprawdę dobry), co ze względu na ciężki styl, jakim posługuje się autor. Wiersze Krzysztofa Bielenia, pomijając pojedyncze wyjątki, są zwarte, gęste, pełne sensów i pisane szeroką frazą. Każdy tekst składa się z wielu odrębnych obrazów. Można odnieść wrażenie, że poeta robi zdjęcia poszczególnym elementom otaczającego go świata, a później próbuje zebrać to wszystko w jednym obrazie, tak naprawdę jedynie odwzorowując rzeczywistość, nie interpretując jej. W rezultacie otrzymujemy tomik który zdaje się wręcz pachnieć wiązówką błotną zmieszaną z pokrzywami. Długie, ścisłe i plastyczne teksty nieco męczą, dopiero po kilku stronach udaje się wpaść w specyficzny dla Krzysztofa Bielenia rytm, by ostatecznie zostać pochłoniętym przez kolejne obrazy przez niego tworzone. Ostatecznie lekturę kończy się w lekkimi zawrotami głowy i zmęczeniem, ale też poczuciem „dobrze straconego czasu”.

Jest w tych wierszach bowiem coś magnetyzującego, wciągającego, dziwna plastyczność i talent autora do „przemycania” w wierszach zapachów, odgłosów, kolorów. Kiedy opisuje ruiny zagrody, rzeczywiście widać cienie rzucane przez ciemnozielone gałęzie jarzębin. Kiedy pisze, trochę odchodząc od głównych tematów z wierszy, o mieście Agadez i tym, że syk,/ zmieszany z wiatrem, przypomina mu tutejszy język,/ pełen przydechów, chrząknięć, zwarć krtaniowych, czytelnik musi zobaczyć przysypane żółtym piaskiem i spalone żarem miasto, w którym sam autor czuje się obcy i dostrzega strach, złość, litość w oczach tubylców. Niezwykła zdolność Krzysztofa Bielenia do plastycznego przedstawiania tego, o czym pisze, jest niewątpliwie jednym z najważniejszych atutów tego tomiku, nie tylko dlatego, że skutecznie przyciąga uwagę, ale też – ponieważ pomaga autorowi uniknąć pewnej „zaściankowości”.

Pomijając bowiem pojedyncze przypadki, poeta jest bardzo konsekwentny w poruszanej przez siebie tematyce. Skupia się głównie na swojej „prowincji”, czyli małej miejscowości na Podkarpaciu. Jego uwagę zwracają szczegóły, pozornie mało istotne i specyficzne dla jego okolicy, które w szerszej perspektywie tworzą obraz swoiście uniwersalnego świata. Co prawda wiele tu elementów odrębnych, charakterystycznych tylko dla jego otoczenia, nieco hermetycznych, w istocie jednak są to wiersze bardzo „swojskie”, trafiające do nieomal każdego odbiorcy. Chociaż bowiem nie o każdym piecu można powiedzieć, że został zbudowany dawno/ temu ze staromodnych kafli przez zduna Sychtę, tak jak nie wszędzie są ruiny po zagrodzie Jamrozów, gdzie (…) wierzba/ mandżurska, o giętkich, niby język, gałęziach,/ a tam gdzie był ogród – sterta drewna i gruzu, z tych – zdawałoby się – bardzo specyficznych elementów wyłania się obraz ziemi, która powoli odchodzi w zapomnienie, jest pozostawiona nieco na marginesie normalnego życia. Jednocześnie jednak można zauważyć, że i w tym nieco zapomnianym przez Boga i ludzi świecie pojawiają się już jakieś nowe elementy, które dość bezproblemowo łączą się z tym, co istniało wcześniej. Stąd też w wierszu „Boże Narodzenie przy rodzinnym stole” czytamy: z salonu znów się niesie gromki zaśpiew (z telewizora):/ ‘Bóg się rodzi, moc truchleje’; telewizor jest tu czymś, co przełamuje tradycję, a przecież nadal pamięta się o tych/ stołach (…) w czas obiadów/ jednogarnkowych w nazistowskich Niemczech. Widać tu, że to, co nowe, nie może do końca wyprzeć tradycji, może najwyżej się z nią zasymilować. Czasami tylko można zauważyć jak strasznie się rozrosły te irgi i żywotniki,/ aż mi się samemu nie chce zbytnio wierzyć,/ że to naprawdę te same. Ten właśnie moment nieuchwytnej zmiany pokazuje w swoich wierszach Krzysztof Bieleń i robi to naprawdę dobrze – pomaga nam również zaobserwować niezauważalne.

Mimo, iż niewątpliwie była to jedna z najtrudniejszych dla mnie lektur ostatnimi czasy, nie żałuję, że sięgnęłam po najnowszy zbiór wierszy Krzysztofa Bielenia Błystki wahadłowe. Jest to zbiór charakterystyczny, napisany przez autora świadomego własnego języka i potrafiącego z niego korzystać wbrew obserwowalnym dookoła trendom. O ile nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy ten styl pisania wpasowywałby się w inną tematykę, z tą prezentowaną w przeczytanym przeze mnie tomie współgra naprawdę bardzo dobrze. Stąd też, jeżeli macie kilka wolnych wieczorów i chęć na spokojną lekturę, mogę z czystym sumieniem polecić ten właśnie zbiór wierszy.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

Autor: Krzysztof Bieleń
Tytuł: Błystki wahadłowe
Wydawnictwo: MaMiKo Apolonia Maliszewska
ISBN: 978-83-63906-63-4

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.