W najnowszym numerze...

Jakub Sajkowski – Google Translator

Bywają książki, o których ciężko się pisze, mimo, że uważa się je za naprawdę dobre. Na taką właśnie pozycję trafiłam tym razem. Niezaprzeczalnie, Google Translator Jakuba Sajkowskiego jest tomikiem, który przeczytałam z dużą przyjemnością. Kiedy jednak przyszło do napisania kilku słów o nim, okazało się, że nie jest łatwo powiedzieć, co dokładnie o nim sądzę. Wynika to, jak sądzę, głównie z tego, że chociaż zbiór ów nie jest zbyt obszerny, zawiera w sobie tyle treści, że trudno jest napisać o nim jako o całości. Zacznę więc najprościej – od początku.

Jeśli o jakiejś książce można powiedzieć, że wywarła dobre pierwsze wrażenie, to właśnie o tej. Zbiór przyciągnął moją uwagę przyjemną dla oka, trójkolorową okładką w stonowanych barwach. Dłuższą chwilę zajęło mi rozszyfrowywanie zamieszczonej na niej ilustracji i do tej pory nie jestem pewna, czy na pewno zauważyłam wszystko, co jest tam przedstawione, poczytuję to jednak za plus, zwłaszcza w kontekście zamieszczonych w zbiorze tekstów. Same wiersze wydrukowane są na przyjemnym w dotyku papierze, czytelną czcionką, bez żadnych zbędnych udziwnień. Warto zwrócić uwagę na konsekwencję autora jeżeli chodzi o układ graficzny wierszy czy choćby – co ostatnio, moim zdaniem, zdarza się coraz rzadziej – jednolitą interpunkcję.

Jednakże, nie o szacie graficznej chciałam pisać, przejdę więc do konkretów. Zbiór podzielony jest na trzy, niejednolite pod względem długości oraz stylu wypowiedzi, części: Piosenki, Taśmy i Wstążki. Kiedy jeden z moich (niewiele czytających) znajomych rzucił okiem na ten podział, powiedział: „pierwsza część się rymuje, druga jest o muzyce, a trzecia jest dwa razy dłuższa od reszty”. Można powiedzieć, że miał rację, chociaż to oczywiście ogromne uogólnienie. Mogłabym zacząć pisać o każdej z tych części osobno, później zestawić je ze sobą, a później jeszcze określić, dlaczego się różnią (i wtedy byłyby to już ze trzy wypowiedzi, a nie tylko jedna). Nie zrobię tego jednak, bo moim zdaniem istotniejsze jest to, że mimo znaczących różnic między poszczególnymi częściami, wszystkie one posiadają bardzo wyraźne cechy wspólne.

Tą najbardziej oczywistą jest dla mnie niewątpliwie charakterystyczna „konkretność” wypowiedzi. Nie ma tutaj miejsca na zbędne niedomówienia i ogólniki, każdy wiersz jest wyraźnie zarysowaną historią. Czytelnik nieustannie zarzucany jest cytatami, nie tylko z piosenek (a jak już wspomniałam, tych zwłaszcza przez drugą część przewija się sporo), ale też urywkami codziennych rozmów czy sloganami ujrzanymi w czasie podróży. Znajdziemy tu więc wytarty napis ze ściany pociągu: Nie stawiać na grzejnikach butów i bagażu, otwierający wiersz „Tauryna”, a chwilę później w innym utworze czytamy motto z Toma Waitsa. Dla mnie osobiście bardziej interesujące były właśnie te „codzienne” cytaty, które dopełniały całości wrażenia, że właśnie czytam doskonale skonstruowany poetycki reportaż.

Reportaż tym bardziej niezwykły, że nie zawierający jednego, konkretnego problemu, powstrzymujący się w gruncie rzeczy od krytyki, pozwalający czytelnikowi na samodzielne spojrzenie na coś, co otacza go na co dzień, ale na ogół pozostaje poza obrębem widzenia. Tak naprawdę każdy mógłby powiedzieć: Alicja ze strony ‘Feromony.pl’ / wysyła do mnie automatyczne listy, nie wolno na nie odpowiadać, / żeby nie uwiodły, nie zamknęły ust. Prawdopodobnie też każdy czasami słyszy na ulicy dziecko pytające matki, dlaczego tabliczka przystankowa „Armii Poznań” jest umieszczona tylko po jednej stronie ulicy. A może nie chodzi nawet o tabliczkę, tylko o nagłówek z gazety albo wyjątkowo wyrazisty billboard. Rzecz w tym, że wydarzenia i obrazy opisywane w zbiorze Google Translator nie starają się odkrywać nowych wielkich prawd, nie skupiają się na głębi przeżyć podmiotu lirycznego i nie zmuszają do myślenia o nieskończoności świata. Wręcz przeciwnie, pokazują to, co i tak wszyscy widzimy, udowadniają, że najbardziej poetycka jest umowa o dzieło, a w następnym wierszu wnikliwie i w prostych słowach przedstawiają zachowanie pasażerów zepsutego pociągu. Prawdopodobnie to dlatego tak bardzo zapadają one w pamięć i zmuszają do zatrzymania się: czytelnik widzi w nich siebie i to, co go otacza. Nie widzi wyimaginowanej krainy egzaltowanego, przewrażliwionego człowieka, może nawet – nie bójmy się używać tego słowa – poety. Gdyby ten zbiór dopchnąć kilkoma metaforami, dorzucić kilka westchnień i wyciąć kilku dresów w autobusie, niczym by się on nie różnił od wielu innych. Na szczęście jednak Jakub Sajkowski nie tylko wykazuje się niesamowitym zmysłem obserwacyjnym, ale też zachowuje umiar, nie przekraczając tej cienkiej granicy, za którą wiersze „wyraziste” stają się „przegadane”.

Podobno w czasie oglądania telewizji ludzki mózg zdecydowanie obniża poziom swojej aktywności i jeszcze długo później nie może „dojść ze sobą do ładu”. Przy optymistycznym założeniu, że ludzie oglądają telewizję, by pooglądać sobie świat cudzymi oczyma dochodzę do wniosku, że zdrowszą alternatywą będzie sięgnięcie po Google Translator Jakuba Sajkowskiego. Świat, czy to rzeczywisty czy popkulturowy, zobaczymy tam na pewno. Niewątpliwie też przedstawiony w zupełnie inny sposób niż ten, do którego przywykliśmy. A aktywność mózgu w tym wypadku nie tylko nie opadnie, ale wręcz się podniesie.

Anita Katarzyna Wiśniewska

Autor: Jakub Sajkowski
Tytuł: Google Translator
Wydawnictwo: Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Łódź
ISBN: 978-83-62733-24-8

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.