W najnowszym numerze...

Oliwia Betcher - Poza

Kierując się zasadą przywołaną w tytule – tyle razy przeczytałam debiutancki tomik Oliwii Betcher, zanim zaczęłam go recenzować. Oczywiście chciałam jak najlepiej odczytać zamieszczone w nim wiersze, możliwie jak najmniej pominąć, ale przyczyna tych powrotów miała też dużo bardziej prozaiczne, wręcz techniczne podłoże. Ale po kolei.

Lektura pierwsza

Chyba dawno żadna książka mnie tak nie zdenerwowała. Czytając po raz pierwszy, złośliwie myślałam o tomiku Betcher jako u sztuce robienia czytelnikowi pod górkę. Sztuce opanowanej przez wydawców i autorkę do perfekcji. Czcionka tekstów nie jest jednakowa, przy czym – jakby nie dość było tego redakcyjnego błędu – jeśli już pojawia się większa, to raczej w krótszych wierszach. Ta mniejsza jest moim zdaniem za mała. Co prawda dzięki niej każdy utwór mieści się na jednej stronie, ale przy tak długiej frazie, jaką stosuje Betcher, przy częstym rezygnowaniu ze znaków interpunkcyjnych (zwłaszcza w długich tekstach), przy nagminnym użyciu przerzutni – ja, przyznaję się bez bicia, całkowicie straciłam orientację i obawiam się, że może to dotyczyć także innych czytelników, a byłaby to spora strata. Jeśli zniechęcenie było nie tylko moim udziałem, mogę zawołać – nie traćcie nadziei, nie poddawajcie się! Ten tomik jest wart następnej próby.

Lektura druga

Tym razem postanowiłam czytać zupełnie inaczej. O ile pierwszy raz proces ten był powolny, zwłaszcza w tekstach pozbawionych znaków interpunkcyjnych (połączcie to z długimi wersami i przerzutniami, niezła harówa), o tyle tym razem była to lektura ekspresowa. Nie zatrzymywałam się nawet na moment; uznałam, że mój mózg sam dokona właściwych cięć. Zaczęłam czytać Betcher jak Joyce’a. I muszę przyznać, że dało to niezłe efekty. Poza jest tomikiem bardzo mocno konstruowanym przez język. Język niesie autorkę i powinien też ponieść czytelnika. Często świat wierszy organizują skojarzenia brzmieniowe czy wręcz literowe. Czasami dochodzi do pewnych przejaskrawień i można odnieść wrażenie, iż dany utwór funduje na przykład literka „p”, jak choćby w big love: powtarzam przetworzone. przetestowałam/wszelkie przejścia, przesterowałam podopiecznych. czy synergii w synestezji: póki pozwalasz, przycupnęła w promieniach, przecież pewnego poranka przerażenie/przestanie być siłą, pora przestać zaprzeczać (…). Takie zlepki rażą przy spokojnej lekturze, ale w lekturze niesionej przez język tomiku już nie. Akceptuje się je jako niezbędny element tego języka. Zatem za drugim razem skoncentrowałam się na języku tego tomiku, który jest płynny, dość specyficzny (autorka sięga nawet po neologizmy, ale tu raczej z marnym skutkiem), mocno asocjacyjny i – przede wszystkim – bardzo przyjemny w odbiorze.

Lektura trzecia

Czytanie spokojne, pozbawione już tarć, dużo bardziej refleksyjne. Wiedziałam już, czego się spodziewać, na co przymknąć oko i mogłam po prostu cieszyć się książką. Debiut Betcher zaliczyłabym do kategorii udanych. Ten tomik jest jednocześnie bardzo osobisty i dobrze zagrany. Jest przemyślany (dzieli się na trzy spójne części), dobrze skomponowany, opowiada jakąś historię. Jeśli ten personalizm jest pozą – to jest to poza dobrze przyjęta. A jeśli „poza” oznacza sens niesiony przez sam język, sens, który konstruuje się poza słowami – jak być może sugeruje autorka w wierszu napraw: (…) wszystko jest kwestią tworzoną na bieżąco/frazą siarczystą jak salwy śmiechu którymi/się obrzucaliśmy (sens jest poza i tak nie/zapamiętujesz słów) (…) – to on rzeczywiście tam jest, bez dwóch zdań. Również kiedy poza oznacza rodzaj postawy, patrzenie na coś z zewnątrz, z pozycji obserwatora – to tego również broni tekst. Autorka patrzy na świat swojego dzieciństwa i świat jej współczesny rzeczywiście nieco z boku. Czasem nawet powołuje do istnienia „bohatera”, aby samej nie ingerować bezpośrednio – (…) być w środku niczego emigrantką z północy, co uciekła nocą. Wiersze Betcher są poruszające i dramatyczne, bardzo prawdziwe. Podmiot tych tekstów jest wrażliwy, mocno odbiera świat, który go rani, ale od którego – mimo wszystko – nie umie się odciąć: (…) nikt nie zauważa/że wieczorami zamykasz książki chowasz/się w zaułkach gdzie odpoczywają cienie/i umierasz z empatii. Te wiersze mają charakter zdecydowanie emocjonalny, ale te emocje nie są nachalne, nie są wynurzeniami. Przyjmijmy, że Betcher w koligacjach mówi tak o sobie: przekazuję innym to czego sami nigdy/nie poczuli. Przyjmijmy – bo ten tomik dopasuje się do wielu interpretacji, autorka żadnej nie narzuca. Wręcz przeciwnie – daje prawo wyboru: jestem/polką malkontentką jestem tym co chcesz widzieć (…)/(…) a lusterko odbija tylko kolejne lusterko.

Lektura czwarta

Tej jeszcze nie było. Ale do trzech razy sztuka, a za czwartym nauka, więc zapewne wrócę do Pozy, żeby się przekonać, jaka jest w kolejnej odsłonie. Jeśli każda lektura daje coś nowego, to samo to już dobrze o książce świadczy. Tomik Oliwii Betcher nie jest pozbawiony wad, jest nierówny (naprawdę obyłby się bez niektórych wierszy), ale przyjmuję go w całości takim, jakim jest. A jest naprawdę niezłą propozycją i jako debiut rokuje autorce dobrze na przyszłość.

Anna Mochalska

 

Autor: Oliwia Betcher
Tytuł: Poza
Wydawnictwo: Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2015
ISBN: 978-83-64346-17-0

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.