W najnowszym numerze...

Poezja mojego czasu - Leszek Żulinski

Ukazała się zapowiadana od jakiegoś czasu książka krytycznoliteracka Leszka Żulińskiego. Jest to zbiór esejów i felietonów, pisany, jak sam autor to określa, językiem często gorącym, subiektywnym. Podsumowuje obserwacje polskiego życia literackiego (przede wszystkim mowa jest o poezji) od lat 70. do dziś, czyli z okresu aktywnej działalności krytycznej jej autora. Sięga jednak czasem do zjawisk wcześniejszych, aby wyjaśnić niektóre mechanizmy. Szczegółowe analizy kończą się na pierwszych latach XXI w.

Żuliński deklaruje, zarówno w swojej książce, jak i przy innych okazjach, że stopniowo oddala się od zjawisk zupełnie nowych. Rzeczywiście, kiedy wypowiada się o poezji, której był krytykiem towarzyszącym, mówi swobodniej, obszerniej i pewniej. Jego opinie o nowinkach są jednak wciąż interesujące. Raz – z powodu „backgroundu”, który rzuca nowe zdarzenia na szerokie tło krytycznego doświadczenia. Dwa – owo „nienadążanie” nie jest jeszcze tak daleko posunięte, żeby odbierało wartość opiniom Żulińskiego. Kiedy wypowiada się o debiutach np. Krausego czy Domagały-Jakucia, są to opinie świeże i warte uwagi. Do tego „bycia na bieżąco” jeszcze wrócę.

Rzadką zaletą na tle współczesnej krytyki jest spojrzenie na poezję lat 90. z perspektywy wcześniejszych dekad, a nie – najczęściej tak bywa – na wcześniejsze dekady jako wprowadzenie do lat 90. Wynikiem tego drugiego punktu widzenia jest „brulionocentryzm”, przeświadczenie, że powojenna polska poezja „wystrzelała się” na Wielkiej Czwórce i kilku „lingwistach”, a wszystkie drogi i tak prowadziły do Sosnowskiego i Honeta. Żuliński traktuje Brulion i Nowy nurt, a także wpływ Szkoły Nowojorskiej jako jedne z wielu zjawisk na równi ze wszystkimi innymi. O tych innych łatwo nie pamiętać, pamięta się najczęściej własny okres „burzy i naporu”, łatwo myśleć, że największy przełom to ten, który dokonał się na naszych oczach. Żuliński studzi te opinie, był świadkiem wielu przełomów, ekspansja „ashberyzmu” nie jest dla niego ani większą, ani lepszą rewolucją od np. ruchu „Nowej Prywatności” (zresztą z opracowania wynika, że ta ostatnia odkryła w latach 70. większość tego, co 20 lat później „odkrywali” kolejni debiutanci). Niezależnie, czy z powyższymi tezami należy, czy nie należy się zgodzić – ten chłodny i całościowy przegląd zjawisk zdecydowanie wyróżnia pozytywnie książkę.

W tym kontekście, i z pamięcią o podejściu autora, należy czytać fragmenty opisujące współczesność poetycką. W jednym z akapitów Żuliński podaje na przykład zestaw nazwisk, o których, jego zdaniem, być może będzie się w przyszłości pisać szeroko lub dość szeroko. Dla kogoś, kto z zaangażowaniem śledzi bieżące życie poetyckie, ta grupa autorów może wydawać się dziwnie skomponowana. Spisanie jednym ciągiem Justyny Bargielskiej i Macieja Woźniaka obok np. Małgorzaty Południak i Piotra Prokopiaka może zaskoczyć. Możliwe, że to zestawienie wynika właśnie z przytoczonej wcześniej deklaracji – o powolnym oddalaniu się krytyka od bieżących zjawisk. Może jednak chodzić o coś więcej. Na tle całego opracowania ten zestaw nazwisk (nota bene pada tam również moje) bardzo przypomina inne fragmenty książki. W kilkunastu miejscach pojawiają się całe „pęczki” przykładowych autorów – reprezentantów określonego zjawiska, czasu, mody, języka literackiego, z całego okresu powojennego. Czas osądza ich raz bardziej, raz mniej sprawiedliwie. Większość z nich miała swoje pięć minut, niekiedy – w owym czasie – bardzo spektakularne. Po dwudziestu lub trzydziestu latach, nawet nieźle oczytani dziwią się, że w ogóle był ktoś taki jak poeta X lub Y. Zrównanie w przytoczonym zestawieniu Justyny Bargielskiej i Agnieszki Marek jest, z punktu widzenia upływu czasu i doświadczenia, w pełni uprawnione. Czas bowiem także równa lub wywraca na lewą stronę nie takie „potęgi” jak choćby Marta Podgórnik. Żuliński widział niejedną woltę koniunktury i patrzy (to moje przypuszczenie) trochę inaczej niż rozgorączkowany kibic czy obserwator bieżących nominacji do Silesiusa. Może więc jest to diagnoza z pozoru oburzająca, ale w istocie mądrzejsza niż się wydaje.

Od siebie dodam, że też nie wierzę w sukces niektórych przez niego wymienionych, ale bynajmniej nie wynika to z ich nieobecności w tymczasowym obiegu nagród i pism. Jest to raczej kwestia  innej niż u Żulińskiego oceny jakości ich twórczości.

Teorie „hamulcowych polskiej poezji” blakną na tym tle. Podobnie się dzieje z szukaniem utraconego raju w odkryciach Wirpszy, Karpowicza i Białoszewskiego (do lingwistów Żuliński zalicza też Edwarda Balcerzana). Na równi z Nową Falą czy grupą Tylicz, są to wszystko robotnicy literatury, którzy dołożyli swoje do obrazu całości. Taki pejzaż rysuje się podczas lektury. Wielość zjawisk, polifoniczność, przenikanie. Chwilowe mody tracą na znaczeniu wobec gigantycznej maszyny historii, programującej się według niepojętych dla nas algorytmów.

Nie dziwi na tym tle osobny rozdział poświęcony mechanizmom przetrwania. Który pisarz ma szansę być zapamiętany i który ma szansę wpłynąć na bieg trendów? Jak się przechodzi do historii? Nie pada jedna prosta recepta, raczej szeregi pytań. Ale są to znakomicie postawione pytania i wnikliwe spostrzeżenia. W przeciwieństwie do młodych zdobywców światków poetyckich, doświadczony krytyk jest raczej pesymistą.

Żuliński sypie dziesiątkami nazwisk autorów, o których niekoniecznie pisze się w ważnych opracowaniach i dyskutuje w ważnych dyskusjach. O wielu z nich nie mówi się i nie pisze w ogóle. To właśnie jedna z głównych zalet książki – nieakademickie podejście. Autor zna od podszewki ten światek. Z większością wspomnianych pisarzy znał się osobiście, z żyjącymi zna się do dziś. Tło jest więc ogromne i różnorodne, wszystkie opinie, jakie pojawiają się w kolejnych rozdziałach, są opiniami z pierwszej ręki. Żuliński często nie potrzebuje sięgać do źródeł, sam jest źródłem.

Nie ma w tym opracowaniu recenzji. Jest poświęcone zjawiskom, a nie autorom. Część tekstu to opracowania o niemal naukowym charakterze, choć większość utrzymana jest w tonie felietonu. Są też fragmenty takie, jak rozdział II (Przekraczanie granic), skierowane raczej nie do specjalistów – literaturoznawców, a do mniej doświadczonych czytelników. Znajdziemy tam trochę podstawowej wiedzy przydatnej komuś, kto niewiele wie o polskiej poezji powojennej. Nie zmienia to faktu, że są to fragmenty warte przeczytania, oprócz znanych powszechnie informacji pojawiają się tam bowiem także te mniej znane i – co ważniejsze – ich interpretacja, a ta w przypadku Żulińskiego jest zawsze interesująca.

Rzuca się w oczy jeszcze jedna reguła, którą zdaje się wyznawać Żuliński. Raz po raz wraca podany wprost lub wprowadzony po cichu wniosek – jak wtórne i przewidywalne są działania wszelkich „awangardystów”, którzy przyszli po rewolucji „Zwrotnicy”. Żuliński przytacza, owszem, kilka autentycznych przełomów, ale definiuje je jako sytuacje zupełnie wyjątkowe. Tłem dla tych zjawisk są marzenia o wielkości setek, jeśli nie tysięcy poetów, do szpiku przekonanych o tym, że tworzą nową jakość i otwierają nowe kierunki, że są awangardą. Przejrzenie tej „marzącej masy” w przekroju niemal stu lat, każe stać się co najmniej podejrzliwym wobec podobnych deklaracji.

Temat „poezji zaangażowanej” pojawia się, choć nie tak, jak niektórzy być może by oczekiwali. Nie ma bowiem ani słowa o takich publicystach poetyckich jak Szczepan Kopyt czy Konrad Góra. Jest za to kilka obszernych fragmentów poświęconych historii „poezji zaangażowanej”, jako metodzie mającej wielowątkowe dzieje. Na tym tle nowsze zjawiska mogą się wydać raczej zużyte i mieć więcej wspólnego z pojęciem mody niż z pojęciem nurtu lub „szkoły”. Czytając, miałem wrażenie, że powiedziano wszystko o bieżących „poetach zaangażowanych”, chociaż Żuliński nawet nie tknął tematu. Przyjął ramy od lat 40. (socrealizm) do późnych 80. („poezja stanu wojennego”) i – jakby – nie zauważył jakiegoś nowego trendu. Opisał go mimochodem. Ważna w tym kontekście jest konstatacja o znaczeniu polityki dla narodzin kolejnych pokoleń poetyckich w Polsce.

Polityka jest obecna także w inny sposób. Osobna część opracowania, to socjologia środowisk literackich i ich uwikłania polityczne. Tutaj w miejsce raczej chłodnej analizy, dominującej w innych rozdziałach, pozwala sobie autor na szarże retoryczne. Są mocne i błyskotliwe, Żuliński używa nie tylko posiadanej wiedzy, czerpanej w znacznym stopniu z obserwacji na żywo. Pokazuje też swoje przygotowanie poetyckie i pomysły tkwiące zapewne korzeniami w napisanych wcześniej zbiorach wierszy. Niezależnie od zgody lub niezgody na przytoczoną argumentację, nie można jej odmówić polotu i siły przebicia.

To umacnia moje wcześniejsze spostrzeżenie. Na tle innych pism Żulińskiego potwierdza się – jest poetą pisząc eseje i, często, eseistą pisząc wiersze. Eseje bez wątpienia korzystają na tym. Z poezją – już różnie bywa. Co jednak istotne – Poezja mojego czasu nie ogranicza się do przytoczenia faktów, znacznie bardziej interesująca jest ich interpretacja. Dlatego pozycję można śmiało polecić także tym, którzy owe fakty mogą już znać.

Podsumowując – pojawiła się warta polecenia książka, która wbrew „wysokiej temperaturze” wielu fragmentów, jest w przekroju całości zdystansowana, stoicka. Ten dystans wart jest uwagi. Ogromna ilość informacji i przede wszystkim – specyficzny punkt widzenia – to kolejne zalety. A jeśli nie ze wszystkim, co tam napisano można się zgodzić – tym lepiej, otwiera się pole do rozmowy. Pole niezbyt często spotykane we współczesnym świecie (i światku) literackim.

Sławomir Płatek

 

Autor: Leszek Żuliński
Tytuł: Poezja mojego czasu
Wydawnictwo: Adam Marszałek, Toruń 2014

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.