W najnowszym numerze...

Leszek Żuliński - Totamea

Książek poetyckich jest na świecie wiele, zwłaszcza odkąd zwiększył się dostęp do druku. Wiele z nich, prawem selekcji naturalnej, popada w zapomnienie, inne nawet nie wydostają się poza szuflady, rozdawane rodzinie przy okazji świąt i urodzin. Zdarzają się jednak zbiory, które wyróżniają się na tle innych, nieważne, czy tematyką, warsztatem literackim, czy choćby wyglądem. Jedna z takich właśnie pozycji trafiła ostatnio na moją półkę.

„Totamea” Leszka Żulińskiego przyciągnęła moją uwagę wyjątkowo dopracowaną szatą graficzną. Zbiór wydany w 2013 roku przez Zaułek Wydawniczy Pomyłka urzeka estetyką. Doskonały papier oraz perfekcyjna jakość druku, tak tekstów, jak i ilustracji (co nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę jakość niektórych publikacji) same z siebie sprawiają dobre wrażenie. Jeżeli zaś dodamy do tego fakt, iż wydawcy udało się uniknąć częstego błędu polegającego na swoistym „przekombinowaniu” okładki, oczywistym się zdaje, iż pod względem graficznym tomik sam zachęca do czytania.

Integralną częścią książki jest powstały na jej potrzeby cykl szesnastu grafik autorstwa Teresy Babińskiej oraz broszura ze stworzonymi przez autorkę opisami tych dzieł. Przemyślane obrazy, stanowiące w dużej mierze nawiązania do wielkich dzieł malarskich dodatkowo uatrakcyjniają lekturę stanowiąc przemyślane i eleganckie dopełnienie publikacji. Interesującym zabiegiem jest zamieszczanie w zbiorze kolejnych fragmentów grafiki pt. „Ewa z Autun”, aby dopiero na końcu złączyć je w całość. Doskonale oddaje to istotę całej książki – o ile pojedyncze fragmenty niewiele wnoszą i otwierając zbiór w losowych miejscach dostrzeżemy jedynie piękne ozdobniki, między którymi trudno się dopatrzeć jakichkolwiek powiązań, po zapoznaniu się z całością wszystko nagle nabiera sensu.

Najnowszy zbiór wierszy Leszka Żulińskiego pod niektórymi względami znacząco różni się od ostatnich pozycji literackich tegoż autora. W przeciwieństwie od np. „Dzieci z Hameln” czy „Mefisto”, czytelnik ma tutaj do czynienia z jedną, dość konkretną tematyką utworów. Autor odchodzi też od koncepcji dzielenia zbioru na kilka części, co w tym konkretnie przypadku wyszło zdecydowanie na dobre, gdyż wiersze tu zebrane najlepiej „bronią się” jako całość, a próby segregowania ich czy dzielenia na mniejsze podzbiory mogłyby się tu okazać zbyt pretensjonalne. Największe podobieństwo widać chyba kiedy zestawi się ten zbiór z wydanym w 2008 r. tomem „Ja, Faust”. Wprawdzie tematyka jest diametralnie różna, podobnie zresztą jak rodzaj prezentowanych odniesień kulturowych, jednakże tu także, podobnie jak we wcześniejszym zbiorze, mamy do czynienia ze swoistym teatrem dwojga aktorów: malarza i jego modelki. Można by było rzec, iż przecież temat ten był już przerabiany po setki i tysiące razy – fascynacja pięknem, przenikanie się sfer sztuki i fizyczności. I owszem, jednak w tym konkretnym przypadku dobrze znane i pozornie ryzykowne formy nabierają – mimo pewnych niedoskonałości – nowego blasku.

Pierwszym, co rzuca się w oczy czytelnikowi, jest głęboka intymność prezentowanych w zbiorze utworów. W przeciwieństwie do wierszy zawartych we wspomnianym już tomie „Ja, Faust” – wierszy pełnych erotyzmu i uczuć, ale jakby bardziej „otwartych”, nastawionych na szersze grono odbiorców – wszystkie utwory w „Totamei” równie dobrze mogłyby być prywatnymi listami, wszystkie zwracają się ku jednej, konkretnej osobie, ku kobiecie, którą artysta próbuje zrozumieć, pochwycić. Nie udaje mu się to jednak, z czego coraz wyraźniej zaczyna zdawać sobie sprawę. Mimo to nadal próbuje. Są to próby niejednokrotnie bolesne, budzące w malarzu – podmiocie lirycznym całego tomu – zwątpienie we własny talent, zmysły czy nawet w wiarygodność sztuki jako takiej. Znamienny jest tutaj kończący dany zbiór wiersz, „Most rozwodzony”. Malarz uświadamia tam sobie, iż jego wymarzony obraz zapewne nigdy nie powstanie. Najprawdopodobniej wcale nie z braku talentu. Niewykluczone, iż po prostu właśnie uświadomił on sobie iż przepaść pomiędzy tymi dwiema sferami życia, które próbuje pogodzić, jest zbyt głęboka, aby było to możliwe. Daje o tym do zrozumienia nawet sam tytuł. „Most rozwodzony”, a więc zamykający się, odcinający jakąś drogę…

Inną charakterystyczną dla wielu utworów w tym tomie jest niezwykła ich plastyczność. Nie chodzi tu bynajmniej o używanie fachowej terminologii malarskiej (aczkolwiek warto nadmienić, iż słownictwo tego rodzaju zostało użyte w sposób poprawny i zgoła adekwatny do poruszanych przemyśleń i sytuacji). Mówiąc o plastyczności jednak mam raczej na myśli swoisty sposób pisania, oddziałujący na wszystkie zmysły czytelnika. Widać to chociażby na przykładzie wiersza „Kuszenie”. Na stoliku obok łóżka owoce, syrop klonowy (…)” – pisze poeta, po czym odmalowuje przed odbiorcą obraz rodem z „Baśni z 1001 nocy”, obraz, w którym aromat cytrusów i przypraw miesza się z wszechobecnym zapachem farb, tworząc gęstą, zmysłową atmosferę.

Mylne jednak będzie założenie, iż tylko takie obrazy można będzie zaobserwować w niniejszym zbiorze. Malarz, nasz przewodnik, wyprowadza nas ze swojego skromnego atelier i wiedzie przez pienińską dolinę. Tam zbuduj szałas i czekaj na mnie z gorącą herbatą/ zaraz zejdę z gór – mówi podmiot liryczny i znów widać ten przewijający się przez cały zbiór konflikt między pięciem się na szczyt, gdzie sen miesza się z jawą, a spokojnym życiem w dolinie. Podmiot liryczny przez cały czas jest świadomy, że nawet w chwilach pozornej stagnacji żyje na krawędzi dwóch światów. Zanim jednak zdążymy zakotwiczyć się w jakimkolwiek miejscu, już jesteśmy rzucani w następne, tak więc już kilkanaście stron dalej znajdujemy się we Francji, gdzie wraz z malarzem błądzimy po paryskich zaułkach.

Można się zastanawiać, czy ta mnogość motywów i miejsc, przemieszanie teraźniejszości, wspomnień i nadziei na przyszłość, jest rzeczywiście niezbędna. Niewątpliwie, ma to pewien urok i nadaje książce swoisty klimat. Jest też doskonałym pretekstem do snucia rozmaitych dygresji odnośnie malarstwa czy poezji. Z drugiej strony jednak, w połączeniu z charakterystycznym językiem danego zbioru, momentami sprawia przytłaczające wrażenie. Niestety bowiem, podczas gdy niektóre teksty doskonale się uzupełniają czy korespondują ze sobą, inne są na tyle odległe, by nie wiadomo było – dlaczego akurat taka kolejność, jaki jest w tym cel?

Jedno tylko jest niezmienne – towarzysząca nam przez wszystkie wiersze muza, modelka, kobieta. Zmęczona i rozdrażniona zbyt długim pozowaniem, chlipiąca w rękaw – by w chwilę później leniwie leżeć przed lustrem, a jeszcze później – chodzić nago po pokoju. Totamea. Niedościgniona i nieopisana, mimo że malarz wciąż próbuje wyrazić chociaż część jej istoty. Z pewnością jest piękna – to powtarza się nie raz i nie dwa – jednak właściwa jej natura zdaje się być nieuchwytna dla wszystkich, a już na pewno dla samego malarza, który staje w obliczu faktu, iż nie posiada wystarczających środków wyrazu. To, co zapewne sprawdzało się w przypadku wielu innych osób, nagle okazuje się wybrakowane, niezdatne do uchwycenia czegoś, co zdaje się być nie do wyrażenia językiem sztuki. W tym momencie warto zauważyć, iż mimo jakże znaczącego tytułu zbioru, mimo, że na podstawie wierszy wiele można wnioskować, nie jest nam powiedziane wprost, co łączy malarza i jego modelkę. Możemy się jedynie domyślać, iż być może podmiot liryczny stanął w obliczu czegoś, co poddaje w wątpliwość jego możliwości, tak jako artysty, jak i jako człowieka.

Z cała pewnością nie jest to pozycja książkowa, którą można przeczytać w jeden wieczór – tom jest napisany charakterystyczną szeroką frazą, która pojawia się także i w innych tomach Leszka Żulińskiego. Duża ilość słów na pierwszy rzut oka może wręcz wydać się przytłaczająca, więc dłuższa lektura każe czytelnikowi zastanawiać się nad formą zaprezentowanych w „Totamei” utworów. Jest to zagadnienie dość kontrowersyjne. Faktem jest bowiem, iż niektóre wiersze mogą sprawiać wrażenie nieco „przegadanych” – trochę jakby autor wiedział, kiedy postawić kropkę, ale nie mógł się powstrzymać przed dopisaniem post scriptum. Czasami jest to zabieg udany, jednak w niektórych przypadkach dopowiedzenia zdają się zbytnio już wskazywać czytelnikowi, na co ma patrzeć. To już nie jest dyskretne oznaczanie szlaków, a raczej – wskazywanie palcem, w którą stronę należy iść. Z drugiej strony jednak można się zastanawiać, czy nie jest to jeden z tych zbiorów, którym uproszczenie formy odebrałoby ich blask. Niewątpliwie, jest to interesująca odmiana, zwłaszcza gdy zestawi się ów tom z niejednokrotnie bardzo oszczędną w formie, minimalistyczną wręcz, poezją części publikujących w tym samym czasie autorów.

O czym właściwie mówi nam „Totamea”? O sztuce? Dramacie artysty, który nie może stworzyć wymarzonego dzieła? A może po prostu o relacji kobiety i mężczyzny? Mówi się, że w sztuce można odnaleźć wszystkie barwy. I dlatego właśnie uważam, że zbiór ten można zaliczyć do udanych pod względem warsztatowym pozycji – każdy może tu odnaleźć coś dla siebie.

Anita Katarzyna Wiśniewska

Autor: Leszek Żuliński
Tytuł: Totamea
Wydawnictwo: Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2013

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.