W najnowszym numerze...

×

Ostrzeżenie

JFile::read: Nie można otworzyć pliku: http://spacery.salonliteracki.pl/wydarzenia/feed/.
×

Wiadomość

Failed loading XML...
Rezydencja surykatek - Marta Podgórnik

Są dwie teorie dotyczące telenoweli. Pierwsza – że są tak popularne, gdyż nie mają nic wspólnego z życiem i jako rodzaj protezy wymarzonego świata odrywają od niewymarzonego, czyli prawdziwego. Druga – że są tak popularne, gdyż pokazują życie właśnie takie, jakim jest, tyle że cudze. Za drugą teorią przemawiałby fakt wysokiej oglądalności różnych reality show, w których nic się nie dzieje, a ludzie oglądają godzinami. I tam nie ma fabuły, tam się filmuje życie.

Marta Podgórnik też jest chyba zwolenniczką drugiej teorii, gdyż napisała telenowelę i to „twórczo przekształcającą” nic innego, jak życie w jego najbardziej realnej postaci. Można wręcz przypuszczać, że życie autorki i podmiotu lirycznego jest celowo utożsamione, gdyż i osadzenie, reporterski niemal opis zdarzeń (Naród czeka), i jej nazwisko w utworach (w przedziale) są silną sugestią. Zaadaptowała na użytek tej opowieści kilka postaci historycznych, mających zbieżne ze sobą punkty życiorysu. Jednak autobiograficzne sugestie są bardzo wyraźnym sygnałem w stronę czytelnika.

Historia rozwija się dość zagadkowo i intrygująco. Podczas czytania narasta oczekiwanie na cokolwiek więcej, na sumę, syntezę, synergię elementów, przejście od szczegółu do ogółu, wyjaśnienie sensu przypowieści. Dopiero przy Latynoskich Odcinkach pojawia się upiorna konstatacja – nie będzie niczego więcej. To ma być telenowela, każdy kolejny utwór potwierdza owo przeczucie i kończący zbiór wiersz Rytualna kąpiel dobija ten wniosek jak osikowym kołkiem dobija się ponadludzką witalność. Kolejny taki sam wiersz o tym samym, bez znaczenia – jeden więcej czy mniej.

Nie jest tajemnicą, że dłuższe przebywanie z bohaterami telenowel prowadzi do przywiązania się do nich. U niektórych to przywiązanie miewa patologiczną skalę, inni po prostu „kodują” sobie daną postać. Czytałem o przypadku kobiety, która przyłapała się na tym, że modli się o zdrowie „chorej” bohaterki serialu. Być może w ten sposób ma brzmieć ten zbiór tekstów kwestionujących realną stronę życia, sprowadzających je do zestawu ról.

W tomiku Podgórnik postacie mają często jakieś cechy wspólne, są jak gdyby różnymi wcieleniami tej samej pisarki i tego samego gwiazdora rocka. Czytanie zajmuje parę chwil i muszę powiedzieć, że ten czas, plus skupienie na lekturze, wywołały u mnie właśnie ten rodzaj przywiązania do bohatera. Myślę, że gdybym oglądał Modę na sukces, też bym się przywiązał i nie ma to nic wspólnego z wartością serialu. Cóż, to takie ludzkie – polubić bohatera opowieści.

Nie mając innego wyjścia – przywiązałem się więc do postaci z opowiadania Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta (choć puenty nie ma), odczułem nawet pewien żal, kiedy musiałem ich pożegnać z końcem lektury książki, w której na różne sposoby, co pewien czas powracają, bywa – w skórach innych bohaterów. Został mi też specyficzny nastrój i jakieś mgliste wspomnienia, remisje myśli. Co nie zmienia mojego zdania, że wspomniane opowiadanie jest fatalnym kawałkiem prozy i nie usprawiedliwia go ani parodystyczny zamysł, ani umiejscowienie – jest to bowiem opowieść pomyślana jako ogniwo całej książki, a nie osobno funkcjonujący utwór. Jednak kontekst go nie ratuje. Jak na krzywe zwierciadło mdłej obyczajówki jest zbyt serio. Jak na ogniwo całej opowieści – jest za słabe i pęka, podobnie jak kilka innych ogniw. Jak na poważny kawałek prozy, jest zbyt niepoważny i zwyczajnie za banalny. Nie ma tam ani jednego zdania, które nie byłoby prawieniem oczywistości. Nie pomaga mu także reszta książki, bo lepsze utwory (np. bardzo dobra proza Umowna wiązanka nad „Gastonem Lagaffe”) są na tyle lepsze, że słabość tych słabych jeszcze bardziej przytłacza. Utwór założycielski, tak go sobie pozwolę nazwać, okazuje się więc złą wróżbą na cały ciąg dalszy i rzeczywiście – mierne fragmenty przeważają.

Z takim rodzajem pogardy może patrzeć na Ciebie tylko ktoś, kto Cię kiedyś kochał naprawdę. Czy jednak gardzi Tobą naprawdę? Tobą z tamtego czasu? Tym, czym się teraz stajesz? A może gardzi sobą, bo nagle przetrzeźwiał i w pełnym świetle zobaczył te i owe sprawy nieco inaczej i obiekt, i przebieg, swojej afirmacji?

(Archiwum rodzinne: występy gościnne, karaoke w Kielcach)

To się nie broni ani jako stylizacja, ani jako literacka gra z banałem. To jest po prostu słaby kawałek z pensjonarskiego pamiętnika.

Życie według Podgórnik okazuje się ciągiem czynności absolutnie schematycznych i żadne próby nadania im głębszego znaczenia, większego ciężaru, a zwłaszcza użycia ich jako klucza do tzw. sensu nie przynoszą skutku. Można otrzeć się, przejść blisko tego sensu i tych znaczeń, ale zawsze ląduje się w beznadziei i klęsce. Bohaterka z opowiadania Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta jest więc innym wcieleniem królowej życia Kazika Staszewskiego, ale poniekąd i Bridget Jones, jest wręcz kopią dziesiątków innych bohaterów literackich (podobnych lub identycznych) na czele z panią Bovary i milionów (jeśli nie więcej) autentycznych życiorysów. Pytanie – czy warto o tym pisać. Skoro kręci się o tym seriale, w których akcja jest filmowana w takim samym tempie, z takimi samymi zmianami ujęć i – co gorsza – z takim samym dołującym przesłaniem, czy warto? Tym bardziej, że od samego początku do samego końca mamy do czynienia ze stylizacją na język gazet, seriali, tekstów piosenek. Drukowanych, wyświetlanych, śpiewanych miliony razy i miliony razy stylizowanych na siebie nawzajem. Nie wnoszą nic specjalnego intertekstualne gry ze współczesnymi poetami, bo te także są stylizacją. Kpina z konwencji nie prowadzi tu do przełamania konwencji, tkwi w miejscu, odbija się od ścian wewnątrz.

A jeśli funkcją, wymową całego zbioru jest nie tyle osobista skarga, co przyjęcie „na klatę” tych wszystkich beznadziejnych życiorysów, należy zapytać, w jakiej kondycji obecnie jest idea cierpienia poety za miliony.

Książka to nie człowiek, ale mówi. Czasem, można powiedzieć – wyraża się. W najlepszych momentach, jak np. Międzynarodowy Dzień Bez Nas, widać dążenie do rozprawienia się z rzeczywistością przy pomocy języka („lód w strzępkach ostatniego prawdziwego zdania”) – to momenty, w których Podgórnik sięga do strategii pisania i istnienia jako wchodzenia w interakcję z aktem mowy lub myślenia językiem. I są to momenty rzadkie. W wizycie strasznej pani nie ma już tego polotu, choć utwór jest poświęcony krytyce poezji i poetów współczesnych. Częściej słowo odzywa się jak papuga z drugorzędnych dowcipów. Czytam więc o „ochujałej handlowej galerii”, konstatację „Chuj z tym”, o tym, że bohaterka „ma cipkę, a nie chuja”, z całej książki dosłownie lub niedosłownie przebija rozglądanie się po świecie w poszukiwaniu czegoś „chujowego” i notowanie skrzętnie każdego znaleziska.

Kochani debiutanci, autorzy redagowanych przeze mnie książek, studenci warsztatów twórczego pisania, pracodawcy, taksówkarze, komornicy, prawnicy, ekspedientki, kolejarze, itd. Co Wam szkodzi być miłymi dla mnie?

(Gorzkie żale)

Jest jeszcze jeden „walor”, który uważam za istotny. Czytając, choćbym bardzo próbował przenieść się w świat wierszy, w każdej chwili niepokojąco łatwo mogę wrócić do „realu”. A w realu unikam podobnych komunikatów. Przygnębiają mnie, irytują, męczą. W normalnych warunkach przeczytałbym pierwszych 5–6 tekstów, potem na wyrywki 5–6 innych – i odłożył. Życie jest za krótkie, żeby rozmawiać o tym jak bardzo jest „chujowe” i za mało „chujowe”, żeby je sobie skracać czytaniem książek o tym, że życie jest „chujowe”. A więc tak bym zrobił w normalnych warunkach, ale nie są normalne, bowiem autorka jest według krytyków „w pierwszej dziesiątce swojej generacji” (wciąż mówiąc cytatami z Rezydencji), a książka w pierwszej trójce poezji nagradzanej w 2012.

„Podmiejskie hotele” (raz nawet pada nazwa Chelsea) wracające w różnych miejscach tomu, razem z salami balowymi, koncertowymi, statkami wycieczkowymi i innymi rekwizytami życia w drodze, to nie Chelsea Hotel z Cohena, to nie zblazowane, a przecież gęste od wrażeń hotele Bukowskiego czy Kerouaca. To nie są nawet wściekłe z samotności hotelowe sceny Świetlickiego. To są małe, brudne hotele z Herberta – w których świtają tapety, a kochankowie płaczą. Ta subtelna różnica między jednymi a drugimi przybytkami nie polega na „zainstalowaniu” prywatności w poezji, a na jej degradacji do zwykłego defetyzmu. jeśli tematem sztuki/ będzie dzbanek rozbity/ mała rozbita dusza/ z wielkim żalem nad sobą// to co po nas zostanie/ będzie jak...

Jak poezja Marty Podgórnik.

Czy więc jest to może permanentna demitologizacja? Nawet jeśli – to nie ma już szans spełnić swojej funkcji, bo nie istnieje mit, do którego się odnosi. Na pytanie, czy poezja ocala, Podgórnik nie odpowiada ani „tak”, ani „nie”. Idzie dalej – poezja niszczy, przyspiesza rozkład, odbiera godność i sens. I taki, jak się zdaje ma wydźwięk utwór Kiedy łączniczka kocha, chłopcy idą za nią w dym. To ostateczne doprowadzenie do formy komiksowej (popkultura w miejsce mitologii). Nie ma ani akcji, ani postaci, ani symboli, ani znaczeń. Są artefakty, ikony, slogany – towarzysz broni, kobiety wroga, miłość do łączniczki itd. To są naklejki, „gotowce”, klocki. Życiopisanie w którym nie może zdarzyć się nic (ani w tym życiu, ani w tym pisaniu), co nie byłoby automatycznym i zupełnie bezsensownym powtórzeniem.

Zmęczyła mnie Rezydencja surykatek. Książka jest typem wampira energetycznego, wcieleniem zblazowanej depresyjności. Mógłby ją napisać smerf Maruda z kreskówki, ale ten był bardziej zwięzły. Mówił „eee nie uda się...” i to wystarczało. Podgórnik musiała napisać obszerny i raczej przegadany zbiór tekstów, żeby to wyartykułować, choć, jak wspomniałem, kolejne utwory są właściwie powtórzeniami. Wystarczą trzy – cztery. Bo kiedy musiałem (chcąc napisać recenzję) przeczytać z uwagą kilkadziesiąt, zaczęło mi się wydawać, że świat jest (mówiąc w konwencji książki) „chujowy”. Jeśli więc wydawca ma rację, mówiąc że „polska poezja ma na imię Marta”, to mamy powody do pesymizmu. Jest „chujowo”.

 

Sławomir Płatek

 

Autor: Marta Podgórnik
Tytuł: Rezydencja Surykatek
Wydawnictwo: Biuro Literackie, Wrocław 2011

Recenzja nagrodzona w Konkursie Krytycznoliterackim, Łódź 2012

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.