W najnowszym numerze...

Maciej Topolski - na koniec idą

O debiucie Macieja Topolskiego z wielkim entuzjazmem pisał Jakub Skurtys, zarówno w poetyckim podsumowaniu roku 2017 opublikowanym na łamach Małego Formatu, jak i w osobnej recenzji w ArtPapierze. W tekście Taka to krytyka. Podsumowanie roku 2017, obliczonym na 78 minut czytelniczej uwagi, Skurtys, oceniając ubiegłoroczne debiuty, zadeklarował: „najwyżej – wciąż i mimo wszystko – cenię sobie na koniec idą Macieja Topolskiego”. Rafał Różewicz w podsumowaniu zatytułowanym „Polska mistrzem Polskim” tom debiutanta ocenił jako „dobry, niepokojący”. Całkiem niedawno ogłoszone zostały wyniki tegorocznego Złotego Środka Poezji, gdzie Topolski doczekał się wyróżnienia. Jak widać tytuł wydany w serii „Biblioteka Arterii” przewija się w różnych zestawieniach, nie idzie na koniec stawki, a niekiedy nawet plasuje się w ewidentnej czołówce. Jestem daleka od niemal bałwochwalczej oceny Skurtysa, za to użyty przez Różewicza przymiotnik „niepokojący” wydaje się idealnie pasować do książki na koniec idą. Ale zanim pójdą na koniec, to muszą skądś wyjść (a w każdym razie byłoby to wskazane), więc poprzedźmy ten Exodus Księgą Genesis.

Nazwy ksiąg biblijnych zaczerpnięte z greki nie zostały użyte przypadkowo. Jakobe Mansztajn napisał w blurbie: „Czytam debiut Topolskiego jako rzecz religijną.” I rzeczywiście jest to jeden z najbardziej wyrazistych motywów (czy też tropów), jakie można dostrzec w wierszach pomieszczonych w tomie. Wierszach – dodajmy – niezwykle skondensowanych i nielicznych (zaledwie dwadzieścia tekstów). Wątek religijny, a może nawet metafizyczny, silnie wiąże się z ciałem i wszelkimi przemianami, jakim to ciało podlega. Prawdopodobnie właściwiej byłoby powiedzieć „figura ciała” lub „znak ciała”, Topolski nie tworzy bytów samych przez się ani samych dla siebie; przedmioty i ludzie pełnią pewne funkcje, nie są gotowym, objawionym znaczeniem. Poszczególne elementy wchodzą we wzajemne relacje lub – ściślej – zależności, gdzie jedna ze stron jest drugiej ewidentnie podległa. Na marginesie i jakby mimochodem jest to tom o hierarchizacji życia społecznego i uwikłaniu w związki w jakiś sposób opresyjne. Dopowiedzmy, że na koniec idą tu znaki, które są: zwymyślane, służone, wyrzeczone, cielesne, nienasycone, widziane, zbierane, przestrzenne, naoczne, mowne, pamiętne, zwrócone, konieczne, nieczyste, ostatnie, zasłonne, upadłe, uchwytne (to tytuły poszczególnych wierszy). Topolski odwrócił niejako relację charakterystyczną dla znaku: to nie znak odsyła do znaczenia, lecz odwrotnie. Ze znaczeń wszystkich możliwych doświadczeń, materialnych i duchowych, czytamy ukrywające się za nimi znaki odsłaniające pustkę. Poeta czyta świat – a szczególnie religię – à rebours, zostawiając czytelnika na koniec ze znakami bez znaczeń. Lektura na koniec idą w duchu semiologii (czy też semiotyki) mogłaby przynieść ciekawe rezultaty.

W poezji Topolskiego najbardziej zastanawia mnie nieustanna potrzeba i dążność podmiotu do integracji, zjednoczenia, ale z samym sobą. Zgodnie z religią, z której czerpie debiutant, ciało jest tu rozdawane (ciało-podmiot służy i obsługuje) oraz rozmnażane (nieco przewrotnie, całkiem dosłownie – ciało wspomina inne ciała, z którymi wchodziło w różne relacje). Choć ciało zyskuje tu pewną autonomiczność, jednocześnie jego wyrzeczenie się czy też właśnie (roz)danie jest pewną rezygnacją z siebie i rezygnacją z jedności na rzecz wielości. Powoduje to dezintegrację i brak poczucia tożsamości. Podmiot Topolskiego jest podmiotem słabym, niewyrazistym, który tak dalece oddaje się znakom-ciałom, że niemal traci możność wykonywania czynności (znamienne tytuły w postaci rzeczowników odczasownikowych, częste użycie elipsy). Jest więc w nim pragnienie ponownego uzyskania statusu znaku pełnego, jednolitego, zachowania ciała (siebie) dla siebie. Rozproszenie to zawsze utrata („jeśli tylko zechcę będę niczym / tam mnie rozniosą czytaj / we wszystko w jedno / podglebie”), zbieranie to zawsze szansa na odzyskanie pełni („jeśli tylko zechcę będę wszystkim / tu zbiorę się czytaj / we wszystko w jedno / pojęcie”). Niekiedy dążenia podmiotu są minimalistyczne i walczy on o zachowanie chociaż jednego, autonomicznego fragmentu siebie na wyłączność („cokolwiek by nie mówić powinno się zadbać o jakąś resztę // ze mnie zostawiłem przecież sporo potu krwi i naskórka / czy moje ciało mniej warte jest pamięci panowie zostawcie mi / choć skrawek […]”). Innym razem maksymalistyczne, kiedy wspomnienie kontaktu z innymi ciałami powoduje nasycenie własnym; wzbogacenie o inne ciała zamiast rozdawania swojego („bo nie ma żadnego innego rodzaju mowy gdzie istniałbym pełniej niż / pośród tych ciał […]”). Największe napięcie pomiędzy rozdawnictwem a zawłaszczaniem związane jest z sytuacją styku ciał, gdzie równoległość obu procesów powoduje dynamiczną walkę ciał o poczucie tożsamości.

Dwadzieścia wierszy, skondensowana fraza, niewyrazisty podmiot, unikanie ostrych deklaracji. Debiutancki tom Topolskiego to taka książką, którą trudno rozgryźć. Dokonywana przez autora demaskacja towarzyszącej nam nieustannie potrzeby sensu wprowadza niepokój, niepewność, jakiegoś rodzaju dyskomfort. Ciało na sam koniec odkrywa znak, który sam nie odkrywa – ani nie ukrywa – niczego. Topolski jest niewątpliwie konsekwentny i przeprowadził znaki z punktu A do punktu B, od początku aż do końca. Kto czytywał jego wiersze na łamach czasopism i w sieci (np. na stronie Biura Literackiego), ten widzi i wie, że autor pracował nad tomem, szlifował teksty, niewątpliwie udanie. Trudno mi o czytelniczą euforię, ale chyba nie takie uczucia ma wywoływać tom na koniec idą. Charakteryzuje go pewien chłód, dystans, minimalizm, wycofanie. Zaciekawienie, niepokój, namysł – tego można się spodziewać po lekturze. Gdzieś z tyłu głowy zostało mi jednak wrażenie, że autor zostawił mnie z niczym. Może o to właśnie chodziło. Na koniec idzie – całkiem dosłownie – język jako system znaków. Teraz „znaki będą iść i mówić same”. Ale czy znaki nie cierpią na afazję?

Anna Mochalska

Autor: Maciej Topolski
Tytuł: na koniec idą
Wydawca: Dom Literatury w Łodzi, SPP Oddział w Łodzi, Łódź 2017
ISBN: 978-83-62733-59-0

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.