W najnowszym numerze...

Waldemar Bawołek - Echo słońca

Warszawa Wschodnia, sobota, godz. 7.56. Na peron nr 4 tor 3 wjeżdża pociąg „Hańcza”. Hamując, rysuje po szynach. Przeraźliwy dźwięk nie do zniesienia zupełnie nie przeszkadza mężczyźnie po pięćdziesiątce i matce staruszce studiującym treść trzymanego biletu. Trzeba szybko podjąć decyzję, bo za 2 minuty odjazd. Mijam ich w drodze do drzwi wagonu, gdzie znajduje się moja miejscówka. Syn mówi do matki: „I have no idea, mom”.

Z pojawiających się na przełomie maja i czerwca zapowiedzi książki Waldemara Bawołka Echo słońca wnioskowałam, że będzie ona opowieścią o podobnych sytuacjach. O bezradności starzejącego się tandemu matka – syn, który jest nie tylko wątkiem od dawna obecnym w kulturze, ale też prostym do zaobserwowania obrazem we własnej rodzinie czy kręgu bliskich lub dalszych znajomych. Spodziewałam się książki o sprawie, która – można przypuszczać – będzie dotyczyć każdego z nas, o ile nie umrzemy przed własnymi rodzicami lub oni nie rozstaną się z tym światem, zanim starość obejdzie się z nimi najgorzej, jak to tylko możliwe. Oczekiwałam przytłaczającej, przejmującej fabuły o umęczonych mężczyznach 50+, którym opieka nad matkami, wymuszona koniecznością i okolicznościami, złamała życie, zamienia codzienność i rzeczywistość w pewien rodzaj martwicy, niepełnosprawności, wobec której mogą ogłosić jedynie bezsilność. Tym, czego się spodziewałam, Echo słońca jest tylko w części. Od obrazów takich jak ten nie da się uciec: „Ogród botaniczny zarośnięty byle czym, rośliny ledwie oddychają, drzewa padają ze starości, owoce gniją, my przychodzimy, odchodzimy. Słońce tutaj jest nieobecne, w tym gąszczu ludzkich nieszczęść, dylematów i żalów topionych w najtańszym winie. My, opiekunowie swych matek, stoimy na posterunku, gdy tak pięknie wszystko się rozkłada, zeszłoroczne liście, trawa. W naszym ogrodzie botanicznym jest dużo miejsca dla rzeczy starych i zapomnianych. Dużo wokół pojemniczków, puszek, pudełek, worków, butelek. To nasze odpady, są jak i my sami, którzy jesteśmy na śmietniku zużytych podmiotów. Tylko opieka nad naszymi matkami trzyma nas jeszcze przy życiu”. Siedząc na werandzie lokalnej knajpy, „opiekunowie swych matek” rozprawiają o przeszłości miasta, które jest już do siebie niepodobne, o sąsiadach, losach Polski i pomysłach, jak powinna wyglądać. „A gdy znowu zaczęło siąpić, zdaje się, że to arka Noego, z pasażerami, którzy nigdy już nie będą mieli poczucia celu, nigdy nie odczytają sensu ani nie doświadczą szczęścia”. Panowie, których życie jest „(…) jak sporo innych żyć, tych, co to nie wiedzą, czego szukają na świecie”.

Książka Bawołka jest dla mnie przede wszystkim traktatem o samotności i wewnętrznej emigracji, na którą udał się główny bohater. To obraz pustki, jaka może panować między bliskimi sobie ludźmi mieszkającymi pod jednym dachem, i śladowych ilości życiowej energii, która pomaga czasem uciec – czy to w alkohol i spotkania z kumplami, spędzanie czasu w knajpach, czy to we wspomnienia i fantazje o bezludnej wyspie i bezpiecznym schronieniu między udami dawnej nastoletniej miłości. To opowieść o kryzysie męskości, o śmierci za życia. „Pani doktor przyłożyła mi stetoskop do piersi i powiedziała, że nic nie słyszy, głucho tam we mnie, bezszelestnie”. „Dzisiaj mógłbym już tylko doradzać w warzywniaku, wskazywać drogę, umilać czas w podróży, rozszerzać perspektywę, pomagać w wyrażaniu siebie, służyć jako sztanga, przyrząd do masażu, a nawet szczotka do czyszczenia toalety. Od dawna jestem martwy, co pozwala mi bezboleśnie przebywać pośród różnych mozaik, porozbijanych początków, ukrytych dźwięków, możliwości błądzenia. I ciągłego zapominania”.

Nie wiem, czy matka jest tu przyczyną tego stanu czy raczej skutkiem, na który wygodnie jest zwalić winę. Nie mam pewności, czy spotykający się w „ogrodzie botanicznym” mężczyźni rozmawiający o zasiłkach, wieszających się kolegach i matczynych paznokciach do obcięcia pokierowaliby swoim życiem inaczej, w tym „mieście o umiarkowanym klimacie”, gdyby nie matki, którymi muszą się zajmować. Wbrew pozorom to podobieństwo losów nie sprawia, że można realnie się przyjaźnić, stworzyć sobie chałupniczą grupę wsparcia. Odwiedziny w domu budzą podejrzenia o wspólne przepijanie zasiłków, odwiedziny w szpitalach nie sprzyjają rozmowom – mimo rozpoczynających się mistrzostw Europy w piłce nożnej brakuje tematów i trzeba oddychać przez usta, bo zapach jest nie do zniesienia. Domyślam się, że główny bohater nie za bardzo ma z kim dzielić swój wewnętrzny świat muzycznej pasji, znaleźć rozmówcę, który podobnie jak on, czytałby U nas w Auschwitzu. W tym „mieście o umiarkowanym klimacie” jego niepełnosprawność, intelektualna i emocjonalna samotność staje się jeszcze bardziej wyrazista. Postawa rodzicielki dalece odbiega od legendarnego „serca matki”, które wszystko wyczuwa, wie, chce dla dziecka jak najlepiej itp. Jest raczej przykładem kastracji, której ona dokonuje na swoim synu. Wydaje polecenia, nieustannie oczekuje, wymaga, biadoli, krytykuje i deprecjonuje, a on cierpliwie to znosi i jedynie raz wybucha gniewem w rozmowie. Jeden raz na 189 stron. Poza tym, chcąc mieć święty spokój, ulega.

Czytając Echo słońca, zastanawiałam się nad tym, jak właściwie mogłaby wyglądać dobra relacja syna z matką, kiedy on przekroczył już pięćdziesiątkę, a ona jest stosownie starsza. Jak miałaby wyglądać okazywana sobie wzajemnie czułość i wsparcie? Jak mogłaby przebiegać rozmowa budująca więź, by nikt nie czuł się jak przegrany albo niepotrzebny? By treści nie sprowadzały się do wątku leków i pogody za oknem, a puentą nie było hasło „A co ty mnie będziesz uczył, dobrze wiem, jak ma być (…) po swojemu robisz i mnie nie słuchasz, a ja już mam swoje lata, trochę pożyłam na tym świecie”. Lub znane z autopsji „Ty masz teorię, ja mam praktykę”. I o czym innym, niż rozmawiają u Bawołka, mogliby mówić mężczyźni czujący się jak życiowi rozbitkowie, wyrzuceni poza nawias życia, które jest gdzie indziej. Może porywa swoją intensywnością i ciekawi, ale ich jakby nie dotyczy. „Gdy był dzieckiem, a matka jeszcze nie bała się dotyku, nauczyła go, jak można rozmawiać bez słów; trzymać się za ręce, przytulać, głaskać. Jak cieszyć się życiem poprzez skupianie się na tym, czego doświadczamy (…)”. Czy jeśli nie jest się już dzieckiem, taka bliskość nie przystoi? I co tak naprawdę jest właściwe?

Echo słońca odbiło się we mnie wspomnieniami z rodzinnego miasta, gdzie na pasażu handlowym przy głównej ulicy codziennie można było zobaczyć zgromadzenie mężczyzn dokładnie takich jak opisani w tej książce. Zaczepiali przechodniów prośbami o 2 złote, o papierosa, najrzadziej pytali o ogień. Mijałam ich w drodze do szkoły, nie zajmowali mojej uwagi ani nie byli treścią egzystencjalnych refleksji. Później, gdy na większą skalę doświadczyłam obecności skupisk takich osób, wpisanych w obraz stolicy, już częściej zadawałam sobie pytanie, jak to się dzieje, że człowiek ląduje na bruku. Nigdy jednak nie przeszło mi przez myśl, że matka i konieczność opieki nad nią może mieć z tym jakikolwiek związek.

Zastanawiam się nad tym, czy „moi” panowie z pasażu również rozliczali swoje życie, tak jak robi to Skrytek. Na wewnętrznej emigracji konfrontuje się z rzeczami ostatecznymi – śmiercią i ciszą, odchodzeniem znajomych. Czasem pomagają mu w tym fantazja i wyobraźnia. „Unosząc się w powietrzu, będę mógł zmierzyć się z czterema kwestiami: odpowiedzialnością, samotnością, sensem i śmiercią. Bo tak na co dzień moja niedołężność na niewiele mi pozwala”. Szuka odpowiedzi na pytania, których matka mu nie udzieli – ma dla niego głównie morały i krytykę. Nie chce wspominać i wracać do przeszłości, choć syn potrzebuje poznać rodzinne historie. Jedna z nich – o długim marszu w zamienionych butach – staje się metaforą jego życia. „Nie jest łatwo trzymać wyprostowaną postawę, jeśli nie ma się dobrze wzutego obuwia”. Żadna wiedza jednak nie zmieni przekonania, że jest już za późno na zmiany. „Nie mam jak uciec od matki, nie potrafię jej nienawidzić w jej starzeniu się, niedołężności, w jej jaskrawej nagości. Ona wie, że nie będzie już ze mnie odkrywcy, króla, przywódcy, zawodnika, rycerza, lwa salonowego i oblubieńca”. Słowa, które od niej słyszy, i inne głosy utwierdzają go w tym, że „Jesteś już tylko starzejącym się, bezbronnym, byłym mężczyzną”. Poddanie się to jedyne, na co Skrytek może się zdecydować. „Wolę niczego nie wybierać, niż czuć się przegranym”. A za tą całkowitą uległością kryje się już tylko jedna myśl – o śmierci. „Strach przed nieoswojoną śmiercią staje się często strachem przed życiem, które toczy się utartą koleiną, choć wszystko w nas krzyczy, że nie tędy droga. Nie potrafię powiedzieć, kiedy ani jak to się stanie. Czuję, jak uciekają sekundy, i nie mogę przemóc ogarniającej mnie bezwładności. Czuję nieodparty lęk przed tą jedną krótką chwilą”.

Myśli, sytuacje, wspomnienia, fantazje, dialogi składające się na książkę Bawołka zestawiane są obok siebie w poszarpany, nierówny sposób, tak samo jak tekst na każdej ze stron. Zanim dowiem się, że to jeden z nowszych trendów w łamaniu, zauważam, że drażni mnie i wprowadza jakiś dodatkowy niepokój podczas lektury. Zmienna, raz pierwszo-, raz trzecioosobowa, narracja niezauważenie przechodzi z jednej w drugą. Przypomina mi to kolejną nowość – nie znane dotychczas selfie, ale belfie, czyli jednoczesne zdjęcie fotografa i osoby fotografowanej. Dochodzę do wniosku, że choć nie jestem ani nie będę mężczyzną po pięćdziesiątce, któremu przyjdzie kiedyś zająć się własną matką, a w związku z konstrukcją psychiczną także rozliczyć się z własnym życiem, „Echo słońca” jest dla mnie trochę takim belfie. Odkładam je po skończonej lekturze na półkę z nazwą „Na później, może nigdy”. Nie jest to fotka, którą publikuje się na Facebooku i chętnie dzieli nią z innymi, nawet bliskimi.

Mężczyzna po pięćdziesiątce i jego matka ostatecznie weszli do tego samego wagonu co ja. Widzę ich, siedząc już w przedziale. Idą gęsiego wąskim korytarzem, ona przodem, on za nią. Ciągnie ogromną walizkę i powtarza: „Keep going, keep going, mom”. Czyli już chyba wie, dokąd zmierzają.

Aleksandra Nizioł

 

Tytuł: Echo słońca
Autor: Waldemar Bawołek
Wydawca: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017
ISBN: 978-83-8049-539-5

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.