W najnowszym numerze...

Monika Sznajderman - Fałszerze pieprzu

Pięknie napisana i wydana, poruszająca. Trudna i ważna zarazem. Mam wrażenie, że przymiotniki mogłabym jeszcze mnożyć, ale nie zastąpi to najważniejszego – by czytelnik osobiście spotkał się z tą książką. Czyta się ją jak list do bliskiej osoby, przy czym motyw główny jest w pewien sposób wspólny nam wszystkim. Każdy miał lub wciąż ma ojca, tak jak każdy wyszedł z jakiejś rodziny. W swój osobisty świat i tę właśnie relację książką Fałszerze pieprzu wprowadza odbiorcę Monika Sznajderman. Podtytuł „historia rodzinna” może sugerować, że jest to genealogiczny traktat złożony z suchych faktów. Nic bardziej mylnego. Przywołane postacie nie zaistniały w tej opowieści tylko jako imiona i nazwiska opatrzone datami. Każda z nich ma swoją aparycję, temperament, drogę zmagań i wybory, jakie stawia przed nią życie, lub właśnie – w pewnym momencie – ich brak. Linia matki i linia ojca oraz wszystko, co zawiera się w ich przeszłości, są jak dwie rzeki, które nie wypływają z tego samego źródła i przez całą opowieść się nie spotykają. Kolejne pokolenia tych rodów żyją ze sobą – w tym samym kraju, okolicznościach politycznych, społecznych, ale obok siebie. Czasem to „sąsiedztwo” odczuwalne jest w mniej dotkliwy sposób, innym razem nie da się nie zauważyć przepaści, jaka ich dzieli. Dwie różne historie, o których niewiele byłoby wiadomo, gdyby nie decyzja łączącej je w sobie autorki, by przodkom na chwilę przywrócić życie, opowiedzieć o nich, a potem – jak to sama ujęła – odprowadzić do grobu.

Nie umiałam Fałszerzy pieprzu przeczytać za jednym podejściem, bo wiele fragmentów po prostu potrzebowałam „przeżyć”. Jak np. moment śmierci wiekowej prababci – z całym kontekstem, obrazem domu i bliskich. Czytając, zastanawiałam się, czy ktoś gdzieś jeszcze tak umiera. O tym, że normą jest raczej telefon ze szpitala, wiem. Inne obrazy, które mnie zatrzymywały, to np. uwiecznione na zdjęciach rodzeństwo – ojciec (Marek Sznajderman) z bratem, więź, która trwała tak krótko, czy opuszczenie wszystkiego, co składało się na żydowską tożsamość dziadka Ignacego przed przyjazdem do Warszawy. Jego samotność po rozwodzie z piękną i silną babcią. A także współczesne powroty autorki w miejsca, które  zachowały się tylko w przybliżonym do tego z fotografii kształcie, po ich dawnym mieszkańcach nie ma śladu. Jej próba dialogu z tamtym światem jest czymś, co doskonale rozumiem. Mój zachwyt nie zmienia jednak faktu, że Fałszerzy pieprzu nazwałabym również książką trudną. Są tu pytania, które dotyczą każdego człowieka, niezależnie od czasów, w jakich się urodził i żyje – o wiedzę i odpowiedzialność, działanie lub jego brak. O ile do nich mogę się jakoś odnieść i zająć stanowisko, o tyle inne na zawsze pozostaną bez jednoznacznej odpowiedzi.

Bywam zwolenniczką hasła, że z rodziną najlepiej na zdjęciu. Znam też wiele osób z podobnym podejściem. Tutaj to ironiczne powiedzenie traci swoją moc, postacie z zeskanowanych dokumentów przestają być ustawionymi w dwóch rzędach anonimami. I chce się iść dalej – zadawać pytania o to, co było z moją prababcią i pradziadkiem z każdej ze stron w tym czasie. Może mogę pomóc sobie i im chwilą zainteresowania? Może to zbliży mnie na nowo do osób, które będę w związku z tym musiała zapytać, a czasem odnaleźć? Monika Sznajderman wykonała ogromną pracę, studiując dokumenty, książki (w tym rodzinne pamiętniki), archiwalną prasę (z lektury dowiemy się np., jaka była pogoda opisywanego dnia w latach 30.).  Oprócz publikacji pochodzących z bardziej lub mniej osobistych zbiorów jest też wiele odniesień i nawiązań do prac autorów, jak sama pisze w podziękowaniach, z których wiedzy korzystała. „Starałam się oddać im sprawiedliwość, wyliczając ich dorobek książkowy w bibliografii”. W licznych przypadkach są to publikacje wydane przez Wydawnictwo Czarne, które Monika Sznajderman z sukcesem prowadzi od 20 lat. Przez taki czas można stać się nie tylko „niewiarygodnie kompetentnym wydawcą”, ale też „dobrym przyjacielem, najlepszym, jakiego autor mógłby sobie życzyć”, jak pisze we wstępie Martin Pollack. Tę przyjaźń i wdzięczność płynącą z wzajemnej inspiracji oraz szansy uzupełniania i pogłębiania wiedzy dzięki książkom, czuć podczas lektury Fałszerzy pieprzu. Ożywiając osoby ze starych fotografii, autorka podzieliła się z nimi swoją wrażliwością i czułą uwagą. Choć może nie tyle podzieliła się z nimi, co z czytelnikiem, przodkom oddając w ten sposób to, co od nich dostała.

Słuchając jej opowieści podczas spotkania autorskiego, zastanawiałam się jeszcze, co jest potrzebne, by napisać taką książkę. Czy jej unikatowość w tym przypadku polega na pełnej uczciwości wobec siebie i czytelników. Czasem zdarza się tak, że pisarz wydaje hit, a potem rynek zalewa fala marnych kopii. Gdyby ta publikacja zapoczątkowała podobną modę, spodziewałabym się za jakiś czas na półkach księgarni sfałszowanego pieprzu w okładkach z reprodukcjami przedwojennych fotografii. Monika na zadane pytanie oczywiście odpowiedziała, że nie ma reguły ani wytycznych, bo każda rodzina to inna historia. Wspomniała o narzędziach, takich jak czas, dystans, emocjonalna gotowość, by temat nas nie przerósł. Myślę, że w tym wszystkim niemałą rolę odegrał również jej literacki talent, pomysł oraz wsparcie ważnych osób wokół. Przede wszystkim jednak szczera wewnętrzna odpowiedź, po co to robię. Dzięki niej te historie żyją w czytelniku jeszcze długo po lekturze. W trakcie czasem pojawia się pytanie: „Kiedy wybierasz się w nasze strony?”. Takie zaproszenie nie zdarza się co dzień, bo i nie każdego wpuszczamy do domu.

Aleksandra Nizioł

Autor: Monika Sznajderman
Tytuł: Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna
Wydawca: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016
ISBN: 978-83-8049-406-0

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.