W najnowszym numerze...

Czasami ktoś zadaje mi pytanie - co to jest „dobry” konkurs poetycki. Pytanie trudne, bo pewnie może być wiele odpowiedzi, choćby w zależności od perspektywy z jakiej będziemy patrzeć. Dziś może z punktu widzenia uczestnika – laureata. Wróciłam właśnie ze Szczecinka, z finału XVII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Malowanie słowem” im. Mieczysława Czychowskiego i przyznaję, że jako laureatka będę na pewno dobrze go wspominać. Powie ktoś – dostała nagrodę, więc wiadomo, że zadowolona... To wcale nie takie oczywiste. Tak, miło mi, że znalazłam się w niewielkim gronie dostrzeżonych – przy ponad 400 zestawach to naprawdę nieźle. Jednak elementów, które powodują, że jako uczestnik finału jestem usatysfakcjonowana jest wiele. Przede wszystkim ogólne poczucie, że byłam tam (i myślę, że potwierdzą moje zdanie pozostali laureaci) oczekiwanym gościem – ktoś zadbał o to, żebyśmy dotarli z dworca na miejsce, nie byli głodni po długiej podróży i po całej imprezie mogli wygodnie przenocować. To niby bardzo prozaiczne drobiazgi, ale bardzo ważne, kiedy jedzie się przez pół Polski na takie spotkanie. Kolejny ważny czynnik – starannie wydany almanach, z numerem ISBN, bez błędów, z ciekawymi zdjęciami.

No i sama impreza finałowa – w dużej sali kina „Wolność”, zapełnionej do ostatniego miejsca. To duża satysfakcja dla autora móc się zaprezentować przed tak liczną publicznością choćby jednym wierszem. Nawet mając świadomość, że przyciągnął ich tutaj przede wszystkim koncert. A koncert był naprawdę wart posłuchania. To właściwie więcej niż koncert. Spektakl przygotowany przez Jerzego Satanowskiego (muzyka, reżyseria, scenariusz) „Stachura, czyli list do pozostałych” w wykonaniu Wojciecha Brzezińskiego, Jana Jangi Tomaszewskiego, Mirka Czyżykiewicza i Andrzeja Perkmana. Jeszcze dziś brzmią mi w uszach te teksty, ta muzyka. Mogłoby się wydawać, że Stachura był już prezentowany na tyle sposobów, że trudno o „dreszczyk”, że wszystko to już znam, a jednak po raz kolejny dałam się ponieść. Może przesądził fakt, że jest w tym prawda – Jerzy Satanowski opowiada spektaklem o kimś kogo znał, o swoim przyjacielu. Wykonawcy też doskonale wpisują się w klimat stachurowego „życiopisania”. Przyznam, że najbardziej zaskoczył mnie z tego grona, nieznany mi wcześniej, Wojciech Brzeziński. Mówił teksty Steda, śpiewał, grał na kilku instrumentach, a we wszystkim tym nie czuć było ani grama aktorskiej rutyny.

Po koncercie, niosąc jeszcze w uszach gwizd „białej lokomotywy” poszliśmy na część mniej oficjalną - spotkanie w pubie. Najpierw turniej jednego wiersza, a po nim czas na długie rozmowy. Bo przecież tak naprawdę to jest najważniejsze. Ten poetycki „kantor wymiany myśli i wrażeń” (że tak pozwolę sobie użyć tytułu audycji Andrzeja Garczarka nadawanej przed laty w radiowej „Trójce”). Poznawanie nowych ludzi i spotkania z tymi dawno niewidzianymi. I rozmowy, rozmowy, rozmowy…

Tak się szczęśliwie złożyło, że rano miałam jeszcze czas na spacer po Szczecinku – piękna pogoda, kapitalnie położone nad jeziorem Trzesiecko miasto – aż żal było wyjeżdżać. Ale za to na dworzec zawiozła mnie zabytkowa taksówka – prawdziwy polski fiat 125 p.

Dorota Ryst
(tekst i zdjęcia)

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.