W najnowszym numerze...

Ostatnio znów toczyłam dyskusję na ten temat. Wiem, że to pytanie, na które zapewne nigdy nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Zawsze będą ci na „tak” i na „nie”, ale może warto sprawę przemyśleć. Nie ukrywam, że należę do tych, którzy w konkursach startują. Dlaczego? Powodów znalazłoby się kilka. Pierwszym, choć może dla mnie akurat nie najważniejszym, jest swego rodzaju istnienie w świecie literackim. Nie da się ukryć, że życie literackie kulawe jest strasznie, ale żyjemy w takim a nie innym czasie i może nie warto się na ten czas i ten świat obrażać i próbować robić swoje. Za konkursowymi laurami częstokroć idą takie korzyści jak publikacje w prasie lub almanachach. Oczywiście nie zawsze okazuje się, że są to publikacje istotne, ale może warto zaryzykować. Po drugie – są takie konkursy w których nagrodą jest wydanie tomiku. Brzmi kusząco, nieprawdaż? I bywa. Ale nie zawsze. Bo czasami może się okazać, że wydano nam tomik niechlujnie, ze wstępem który woła o pomstę do nieba i w serii pomiędzy lokalnymi grafomanami. No i oczywiście dostajemy cały nakład, z którym możemy sobie zrobić co chcemy. Bywa i tak.

Kolejnym powodem może być sprawdzanie tekstów, zwłaszcza jeśli zmieniamy poetykę, formę, treść. Ale pamiętajmy o pewnej, nieuniknionej, loteryjności konkursów. Proszę sobie wyobrazić – juror dostaje kilkaset zestawów i musi podjąć decyzję, co jest dobre, co złe, a z tych dobrych, których często jest naprawdę dużo, wybrać 3 najlepsze. Myślę, że nikt, kto nie próbował, nie jest w stanie poczuć, jakie to trudne. Ja próbowałam... A przecież w jury jest kilka osób i werdykt to wypadkowa gustów, preferencji. Tak, właśnie gustów i preferencji, bo przecież, tak naprawdę, nie istnieją czysto obiektywne kryteria oceny. Może przy selekcji dobry - zły, ale jeśli trzeba wybrać spośród tych dobrych najlepsze... Tak więc jeśli nie wygrywamy może to oznaczać równie dobrze, że piszemy źle, jak i że piszemy dobrze, ale według tego akurat gremium nie najlepiej (nie wiemy przecież jak blisko lub daleko byliśmy poprzeczki). I oczywiście, możemy obrażać się na jurorów, kwestionować ich profesjonalizm, ale możemy też wybierać takie konkursy, w których oceniają ci, których zdanie jest dla nas istotne. Coraz częściej takie informacje są znane już w momencie ogłaszania konkursu. No a przy okazji, to uczy dystansu. Nie pamiętam kto powiedział, że „artysta musi mieć wrażliwość motyla i skórę nosorożca”, ale sporo racji miał.

No i powód ostatni, a dla mnie nie wiem czy nie najważniejszy. Otóż dla mnie konkursy to możliwość spotkania z ludźmi. Ciekawymi, niezwykłymi, takimi, którym się chce. Dotyczy to zarówno uczestników, jak i organizatorów, jurorów. Możliwość dialogu. Z takich spotkań czasami zostaje niewiele, ot, chwila, ulotność, ale zostają i kontakty trwałe, przyjaźnie, coś ważnego.

I jeszcze miejsca – należę do osób, które „nosi”, a czyż może być lepszy powód, żeby pojechać na drugi koniec Polski niż odbiór nagrody? W ten sposób poznałam kilka pięknych kawałków naszego kraju. Kiedyś, pamiętam na jednym z „porządnych” konkursów (czyli takich, na których organizatorzy dbają o laureata – zapewniają nocleg, zwrot kosztów podróży i strawę nie tylko duchową) żartowaliśmy w gronie nagrodzonych, że to najlepsze biuro podróży, takie konkursy.

Jeszcze jedna myśl – a gdybyśmy uprawiali nie poezję, ale np. kręcili filmy? Wtedy naturalnym byłoby startowanie w festiwalach i przeglądach filmowych. Może równie naturalne jest branie udziału w konkursach literackich?

Reasumując – ja jestem za. Ale z dużym dystansem. Do konkursów i do siebie...

Dorota Ryst

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.