W najnowszym numerze...

W „Tygodniku z Dolnego Śląska” (dodatek do „Gazety Wyborczej”) w rubryce Dzieje się na Dolnym Śląsku – którą czytam, aby się dowiedzieć, co też tam u nas na Dolnym Śląsku, a więc i w Legnicy, słychać nowego na odcinku kultury – znajduję wieści z różnych miast: Głogowa (koncert Głogowskiej Rewii Graffiti „Jesień to nie pora na doła”), Jeleniej Góry (recital muzyki gitarowej „Hommage á Chopin”), Karpacza (Przegląd Twórczości Artystycznej Mieszkańców Karpacza i Jilemnic), Kłodzka (XVIII Międzynarodowy Festiwal „Zderzenie”), Szklarskiej Poręby (uroczyste zakopanie „kapsuły czasu”) oraz Wałbrzycha (Dzień Kultury Łemkowskiej).

Jak widać z powyższego zestawu, brak w nim jakichkolwiek wieści z Legnicy. Żadnego koncertu, żadnego recitalu ani przeglądu, ani uroczystości w naszym mieście nie odnotowano. Żadnego Festiwalu Orkiestr Dętych ani Turnieju Kowali, jakie bywają w moim pięknym mieście od wielkiego dzwonu (ach, gdzież są ci niegdysiejsi kowale, gdzież ci dęciarze!).

Ku zaprzeczeniu złych przeczuć wertuję również „Tygodnik z Dolnego Śląska” (dodatek do „Gazety Wyborczej”) z następnego tygodnia. Tym razem w rubryce Dzieje się na Dolnym Śląsku oprócz wymienionych poprzednio znajduję takie piękne kulturalne zakątki jak: Świebodzice („Święto piernika”), Bystrzyca Kłodzka (polsko-czeski turniej piłki nożnej oldbojów), Ząbkowice Śląskie („Podwieczorek pod zegarem”), Duszniki-Zdrój („Brunetki, Blondynki”, czyli arie, pieśni i piosenki z repertuaru Jana Kiepury), Lądek-Zdrój (Spotkanie z Mikołajem), a nawet Długopole-Zdrój, o którego istnieniu dowiaduję się właśnie z rubryki Dzieje się na Dolnym Śląsku, a gdzie podczas Jarmarku Adwentowego częstować będą bigosem, pierogami, barszczem, świątecznymi wypiekami, a także miodem, bakaliami i grzanym winem.

A niech mi się stolec wypsnie! A w Legnicy znów nic? Ani bigosu, ani pierogów, ani nawet cienkiego barszczu? Ani wina patykiem pisanego?

Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że powodów tego stanu rzeczy może być kilka:

  1. Legnica nie leży na Dolnym Śląsku.
  2. Redakcja „Tygodnika z Dolnego Śląska” nie wie, że Legnica leży na Dolnym Śląsku.
  3. Wieści z Legnicy nie napływają do redakcji „Tygodnika z Dolnego Śląska”, bo legniczanie nie wiedzą o jego istnieniu.
  4. Legniczanie nie lubią się chwalić.
  5. W Legnicy dzieje się tyle, że brakłoby rubryki Dzieje się na Dolnym Śląsku, aby to dzianie się opisać.
  6. W Legnicy nic się kulturalnego nie dzieje.
  7. Nikogo to nie obchodzi.

Zakładając – wyłącznie teoretycznie – że może tu jednak zachodzić sytuacja nr 6, należy odnotować, że o ile kulturalnego dzieje się u nas może i niewiele, albo i zgoła nic, o tyle niekulturalnego całkiem sporo. Wystarczy przewrócić „Tygodnik z Dolnego Śląska” na następną stronę, gdzie stoi jak wół: „Sukcesy Legnicy w pozyskiwaniu funduszy w ramach RPOWD (Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Dolnośląskiego) na lata 2007-2013”.

Cała też, wprawdzie ostatnia, stronica ta wypełniona jest opisami sukcesów: budowami ścieżek rowerowych, przebudowami ulic, odnawianiu „zdegradowanych obszarów miejskich” itp.

Sprawa kultury cokolwiek się zatem przy okazji wyjaśnia. Legniczanie to ludek pragmatyczny w starym, dobrym stylu: najpierw baza, potem – ewentualnie – nadbudowa. Czyli – ujmując rzecz w terminach medycznych – najpierw operacja plastyczna, a potem zajmiemy się organami wewnętrznymi. Tak to w każdym razie wygląda z perspektywy stolicy Dolnego Śląska Wrocławia.

Do rozważenia pozostaje jeszcze jedna ewentualność. Taka mianowicie, żem w ciemię bity i nic się na ekonomii – a nawet, co gorsza, oikonomii – kultury nie rozumiem.

Jakże miałbym się zresztą na tejże kulturalnej ekonomii, tudzież oikonomii, rozumieć, skoro ja się nawet na prostej ekonomii niekulturalnej nie rozumiem ni dudu. Oto Polska systematycznie notuje wcale niezły wzrost gospodarczy, co chyba dobrze, a wraz z nim równie systematycznie rośnie narodowy dług, co już gorzej. A nawet na tyle źle, że ze stanu finansów publicznych całkiem się zrobił klops i powidło.

Nie upadam jednak na duchu i nie ustaję w wysiłkach. „Do czytania Krzyżaków trzeba dorosnąć”, jak się była wyraziła ostatnio pewna rockowa wokalistka przy okazji montowania rock-opery dla dzieci pt. Krzyżacy. Może więc i ja w końcu dorosnę do ekomomii i oikonomii razem wziętych i daj Bóg na emeryturze wreszcie zrozumiem, dlaczego ona, ta emeryturka, taka śmieszna, ja natomiast smutny i biedny?

Kto wie, może dorosnę nawet i do Sienkiewicza!

A zatem – nie traćmy nadziei! Dum spiro, spermo, jak mawiali starożytni.

Grzegorz Tomicki

P.S.
A co do emerytur, to uważam, że – jako relikt przeszłości i źródło narodowej niezgody – powinny zostać w ogóle zniesione.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.