W najnowszym numerze...

Pocztówki z Legnicy

Grzegorz Tomicki

Grzegorz Tomicki obserwuje, filozofuje i opisuje

Nieocenione doprawdy pożytki wypływać mogą z wertowanie starych, kurzem obrosłych czasopism z zeszłego wieku. Biorę sobie na przykład do ręki „Czas Kultury” (1/1997) i czytam godny wnikliwego roztrząsania tekst Krzysztofa Koehlera, w którym rozważane są najwyższego rzędu i uroku zagadnienia:

„Stosunek seksualny nie istnieje”, twierdzi Slavoj Žižek. Albo Jacques Lacan. Dziś już trudno jednego od drugiego odróżnić. Dziś Jacques Lacan i Slavoj Žižek są jak Sokrates i Platon. Pierwszy bez drugiego nie istnieje. Podobnie jak ów stosunek.

Jadę sobie busikiem z Legnicy do Wrocławia – co ma tę przewagę nad drogą powrotną, że jeszcze jest jasno na świecie – i podziwiam cudowne albo i niecudowne zgoła rozmnożenie rzeczywistości vel jej znamiennej dla naszych czasów fragmentacji, dyferencjacji oraz parcelacji, o ile to wciąż nie ta sama para kaloszy.

„Wszystkiego się w życiu spodziewałam, ale tego, że będę stara, to nigdy!”, lamentowała (ironizowała?) przed laty Zofia Nałkowska. Albo też Maria Dąbrowska, nie jestem pewien. Jedna z dwóch. Jedna starsza od drugiej – trudno też, aby było inaczej. (Trzecią możliwość, jakoby miała to być Zofia Dąbrowska, jak się był wyraził jeden polonus w Hagen – słyszałem na własne uszy – odrzucam jako niewiarygodną).

Jadę sobie autobusem z Legnicy do Wrocławia, albowiem firma przewozowa „Zawisza” kwitnie i kursy odbywane w strategicznych godzinach obsługują już nie poczciwe busiki, lecz busy co się zowią, zaopatrzone w wc, klimatyzację, monitory (wprawdzie niepodłączone do prądu, ale zawsze) i rozkładane mini-stoliczki do mini-notatek, mini-wierszy albo i do mini-felietonów – a wszystko to w wersji mini, albowiem każdy, kto próbuje na czymś takim do niczego niepodobnym pisać (trzeba umieć wykrzesać z siebie odrobinę heroizmu), musi z konieczności zostać minimalistą, wie bowiem, że zapiski na pudełku od zapałek udać się mogą Umbertowi Eco, a przecież nie z każdego jest zaraz taki Umberto, jakim sam siebie widzi – jadę sobie zatem owym klimatyzowanym (niezła powietrzna kondycja) autobusem, co mi cokolwiek zaburza rytm zdania oraz burzy miły sercu klimat – „jadę sobie autobusem” to wszak nie to samo co „jadę sobie busikiem” – i jak to mam w zwyczaju zatrudniam się obmyślaniem strategii przetrwania.