W najnowszym numerze...

Pocztówki z Legnicy

Grzegorz Tomicki

Grzegorz Tomicki obserwuje, filozofuje i opisuje

Przyjechał do mnie w odwiedziny Andrzej Sosnowski. Nie tyle też do mnie ani w odwiedziny, ile w poszukiwaniu noclegu. Tajemnicza sprawa, skoro Port z Legnicy już definitywnie odpłynął i buja się gdzieś po dalekich morzach i oceanach, tj. po wodach, kanałach i kałużach Wrocławia (bodajby został zburzony), a napis sprayem na wiadukcie – bramie wiodącej ku mrokom, tfu, ku urokom mojego osiedla – zmienił się tej zimy z „Witamy w krainie latających siekier” na „Miejsce dla obłąkanych”. Niedobrze. Sprawę cokolwiek ratuje widniejąca obok skromniejsza i dużo starsza inskrypcja: „Sowa bez oka działa nie legalnie” (sic!), świadcząca o tym, iż mieszkają czy też raczej bywają tu jednak ludzie z wyobraźnią, aczkolwiek na bakier z ortografią. Ale dlaczego Andrzej? A do tego Sosnowski? Zdaje się, że też w końcu nocował, skoro rano pakując się oświadczył, że już tu nie wróci, co wydało mi się do niego podobne („wychodzi z domu i nigdy nie wraca”). Odtąd sypiam spokojniej.

„To jest po prostu zajebista sytuacja, gdy możesz to robić”, rozbrajająco i wyzywająco, a nawet zajebiście odważnie wyznaje wcale nie Doda, nie Mandaryna, nie Michał Witkowski nawet, a sam Szymon Hołownia, „pan od religii”, jak go w czytanych przeze mnie rozmówkach nazywają – może i słusznie.

Życie jest jak jazda busikiem z Legnicy do Wrocławia i z powrotem. O wszystkim decydują pierwsze chwile: szybka ocena sytuacji (czy są wolne siedziska), uwzględnienie czynnika ludzkiego (obok kogo, przed kim, za kim) i zajęcie korzystnej pozycji (nie dać się starcom, kobietom i dzieciom). Krótka piłka. Właściwe wyznaczenie celu i błyskawiczna jego realizacja. A potem jedziemy długie godziny– wygodnie rozparci w zagarniętej przestrzeni busowo-życiowej albo niewygodnie zgoła tłamszeni przez bliźnich i los. Siedzimy obok pachnącej fiołkami blondynki albo zalewa nas pot smarkającego w rękaw grubasa. Albo stoimy z głową w szyberdachu i chce nam się sikać. Taka karma.

Wybór Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego na laureata Nagrody Nike 2009 był „niespodziewany, ale jak najbardziej trafny”, jako rzekłem we wcześniejszym felietonie i znęcać się nad tym dictum po raz wtóry nie zamierzam.

W „Tygodniku z Dolnego Śląska” (dodatek do „Gazety Wyborczej”) w rubryce Dzieje się na Dolnym Śląsku – którą czytam, aby się dowiedzieć, co też tam u nas na Dolnym Śląsku, a więc i w Legnicy, słychać nowego na odcinku kultury – znajduję wieści z różnych miast: Głogowa (koncert Głogowskiej Rewii Graffiti „Jesień to nie pora na doła”), Jeleniej Góry (recital muzyki gitarowej „Hommage á Chopin”), Karpacza (Przegląd Twórczości Artystycznej Mieszkańców Karpacza i Jilemnic), Kłodzka (XVIII Międzynarodowy Festiwal „Zderzenie”), Szklarskiej Poręby (uroczyste zakopanie „kapsuły czasu”) oraz Wałbrzycha (Dzień Kultury Łemkowskiej).