W najnowszym numerze...

Życie towarzyskie i uczuciowe

Czesław Markiewicz

Czesław Markiewicz o kulisach życia poetów, poetek a czasem prozaików i prozaiczek

Używając maksymalnego skrótu myślowego można ogłosić, że spektakularną (pierwszą?) ofiarą „dobrej zmiany” jest Olga Tokarczuk – pisarka. Autorka głośnej (wśród ułamka obcujących ze słowem pisanym narodu) Ksiąg Jakubowych. Nie Księgi jednak sprowadziły na dubeltową laureatkę Nike jednobarwne „ideowo” groźby (w większości zwyczajnie karalne). W tym kontekście Tokarczuk jest w o wiele mniej komfortowej sytuacji… artystycznej, niż choćby Salman Rushdie ze swoimi Szatańskimi wersetami. Rushdie popadł w niełaskę (sic!) „treściwie” – bo całe „zło” wyszło ze świata przedstawionego. Tokarczuk „skazano” poza literaturą – za jej „niepoprawne politycznie wypowiedzi”. Sądzę, że to dopiero pierwszy klaps (w obu tego słowa znaczeniach). Za chwilę, KTOŚ (niepokorny) odkryje to „antynarodowe” pytanie z Ksiąg: Czy ktoś tu mówi po polsku, zadane przez jednego z bohaterów w topograficznie rdzennych (tradycyjnie?) „polskich okolicznościach”. Inny KTOŚ (frondalny) skojarzy niejakiego Jakuba Lejbowicza Franka z „chrztem” (przechrzczeniem?) Barbary Majewskiej (bo „sakrament” odbył się w maju?) – późniejszej matki Adama Mickiewicza. W prostej (prostackiej) konkluzji wychodzi, że wieszcz był zwyczajnie Żydem, a nawet więcej, bo zwyczajowo (patrz: matriarchat judaistyczny). Sam ów „40 i 4” powiadał o sobie Wskrzesiciel narodu. Z matki obcej; a całe to „poplątanie” przez tego oszusta Jakuba! – jakbym cytował z nasłuchu z dna Internetu. No i na końcu – to całe „multikulti” wylewające się z opasłego tomiska całymi cebrzykami.

Należę do ekskluzywnego grona, które żerując w świecie literatury nie ma imperatywu tzw. zawodowego/permanentnego/obligatoryjnego pisania o literaturze (w tym, tym bardziej, o poezji). Wiersze czytam na co dzień – dla funu, żeby mieć flow i w ogóle żeby było beauty. Jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o człowieku/ludzkości – czytam tzw. klasyków (z wyłączeniem en bloc Romantyków). Jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o sobie – czytam wiersze autorów, których mogę dotknąć, wziąć od nich papierosa, ewentualnie poczytać im coś „swojego”. Miewam, jak każda żywa istota, osobliwe periody... nieomal fizjologiczne – co znaczy, że w danych okresach „używam” wymiennie tekstów określonej/wyselekcjonowanej grupy poetów. W ostatniej trzylatce (lubię na trzy, za Heglem) ustaliłem taki oto, również triumwirat, moich poetyckich emocji/fascynacji: Gajda, Krause i Kawczyńska. Wybór nie jest przypadkowy: z każdym tym nazwiskiem, poza lekturą, związana jest jakaś osobista, interpersonalna chwila. 

Nie ma przekonujących dowodów na bezpośredni związek klęski konkursowej Andrzeja Bursy z jego śmiercią, ale faktem jest, że zmarł nagle, zaraz po powrocie z Poznania, gdzie wbrew oczekiwaniom „poległ” w konkursie poetyckim. Wprawdzie cierpiał na wrodzoną wadę serca, ale tylko nieco ze szczyptą kazuistyki można oba fakty powiązać. Nie wydał za życia ani jednego tomiku; już po „spektakularnej” śmierci szybko się uklasycznił. Gdyby jednak po debiucie prasowym (1954 Głos w dyskusji o młodzieży w „Życiu Literackim”) znalazł się jakiś redaktor/krytyk i doprowadził Bursę do książki (jak Karpowicz Wojaczka, Wyka Baczyńskiego, czy – idąc na skróty – Miłosz Dehnela) być może autor Luizy nie przeżyłby choroby, ale zmarłby mniej sfrustrowany, pozostawiając po sobie choćby jeden tomik z autorską korektą. Wniosek? Juwenilia literackie być może nie ratują poetom życia, ale poszerzają i tak wąską perspektywę twórczą, jak witamina C przy przeziębieniu.

Warto posłużyć się już na wstępie dość trywialną „prawdą”, iż gwarantem/imperatywem rozwoju literatury (kultury?) jest tzw. ciągłość. Co to znaczy w praktyce – ano tyle, że pewne „formuły i modele” powinny z zasady obowiązywać od starożytności po współczesność (jakkolwiek tę współczesność będziemy kwalifikować w kontekście uniwersalnego „tu i teraz”). Tak, zdaje się, należy traktować „funkcjonowanie” wyborów/zbiorów/almanachów – słowem publikacji „grupujących” w jednym miejscu reprezentację określonych poetyk, zbiorowisk twórczych, wreszcie „tematyki” literackiej i około literackiej. Tak też można traktować konkursy literackie. Być może w bieżącym życiu literackim taki stan rzeczy istnieje. Z łatwością trafiamy na wpływowych portalach w zakładki „autorzy”, gdzie publikowane są wybrane teksty w jakiś tam sposób „kwalifikowanych” poetów. Z grubsza można takie „zakładki”/prezentacje ponazywać „antologiami” (godząc się z opinią, „że to tylko zmiana technologii/propagacji”). Konkursy możemy sobie podarować w każdej dyskusji. Bo są. Od tych starożytnych te „nasze” niczym się nie różnią, budząc te same niezdrowe/zdrowe/fałszywe/prawdzie etc emocje; pełnią te same funkcje urozmaicając przede wszystkim tzw. życie literackie, dość rzadko albo wcale nie wzbogacając literatury o nowe wartości. I tyle.

Mniemam, że fetysz „małych ojczyzn” nieco wyblakł, skarlał albo zwyczajnie stracił urok, tak, jak „Sto lat samotności” Marqueza zostało uznane przez co wybredniejszych czytaczy Anno XXI za cokolwiek obciachową wersję bardziej magmy niż magii werystycznej. Coś jest na rzeczy z tymi „miejscami urodzenia”: realnymi i wyimaginowanymi (podretuszowanymi?). Herbert – na przykład – z charakterystyczną dla siebie skłonnością do masochizmu, zabrał do grobu tajemnicę, dlaczego nigdy po wojnie nie wrócił, choćby na kawę, do rodzinnego (rdzennego!) Lwowa? Coś tam z próby tłumaczenia znajdziemy w jego wierszach (W mieście kresowym do którego nie wrócę/ jest taki skrzydlaty kamień lekki i ogromny); ale to przecież „mowa” JA lirycznego, której to mowie i zaimkowi nie musimy ufać. Gombrowicz nigdy (po wyjeździe tuż przed wrześniem 1939) nie wrócił, choćby na jeden wywiad dla „Pegaza”, w ogóle do Polski (bo po jaką cholerę miał wracać w kieleckie do Małoszyc?).  To nie dawało spokoju nawet Kunderze. Kunderze, który emigrując nie tylko „z terytorium”, ale i języka (swoje eseje pisuje po francusku) – do rdzenności chętnie i fizycznie wraca, lecz (sic!) incognito. A w ojczyźnie (jak to w ojczyźnie) i tylko w ojczyźnie wygrzebano trupa współpracy Kundery z bezpieką. Więc dlaczego nie rozumiał Gombrowicza, który jakoby „uciekł przed służbą wojskową” do Argentyny? Różewicza wizyt w Radomsku też nie można uznać za oficjalne (jeżeli takie były po 1945); a już powroty (incydentalne) jego brata relacjonowała nawet PAP.