W najnowszym numerze...

Życie towarzyskie i uczuciowe

Czesław Markiewicz

Czesław Markiewicz o kulisach życia poetów, poetek a czasem prozaików i prozaiczek

Kategoryczne zdefiniowanie pojęcia „sukces literacki” wydaje się niemożliwe (stąd ten cudzysłów obok). Nie ma sensu odpowiadać na pytania czy to będzie „uznanie krytyki”, „wysoka sprzedaż”, „uznanie środowiskowe”, „wejście na listę lektur szkolnych”, czy wreszcie komplet nagród literackich od Wrocławia po Warszawę zbaczając trochę na północ do Gdańska. A dlaczego nie Paryże, Londyny i Nowe Jorki? Wszak Nike, Angelus i tym podobne, to trofea, jakby nie obracać… prowincjonalne.

Jakoś tak „obok siebie” poumierali Waśkiewicz, Śliwonik i... Pułka. W śmierci starych poetów nie ma nic szczególnego. Zawsze i tak szkoda. Kiedy umiera dwudziestokilkulatek – oprócz krótkiej pamięci, zostają pytania. Jeśli poeta jest porażony potwierdzonym talentem – przerażenie jest tym większe. Ale trochę już minęło i wszystko, co zmieściło się w tych kilku wstępnych zdaniach kurczy się do kruchej notki albo znajomości przywoływanych nazwisk. Minie jeszcze trochę – a już tylko najbliżsi i krewni będą z należnym bólem sięgać głębiej, niż powierzchowna przestrzeń tzw. rzeczywistości literackiej.

Swego czasu, w jednej z bardzo charakterystycznych knajpek łódzkich, uczestniczyłem w rozmowie redefiniującej tzw. dykcję łódzką. Chcąc rozgrzać atmosferę zadeklarowałem, że potrafię obudować teoretycznie tego „stwora”. Propozycję skierowałem pod najlepszy – jak się zdawało – adres (na odległość słuchu: Owczarek, Cieślak, Gawin; na odległość wzroku: Kocot). Nikt z powyższego nawiasu nie zareagował z pożądanym przez mnie entuzjazmem. Przeciwnie, odniosłem wrażenie, że nawet kawiarniana próba „stadnego okonturowania” miejscowego środowiska, jakby inkryminowanych obraża, albo tylko podważa niepodważalność poszczególnych indywidualności. Fakt! Jakoś nagle w ostatniej połówce dekady zaroiło się od „mocnych” łodzian. Na tyle mocnych, że zbędna im się zdaje jakakolwiek… wspólność (to aluzja do legendarnej „Wspólności” z Gdańska, po której ostała się w historii literatury niechby kategoria „nowej prywatności”). Bo do wspólnoty łodzianie się przyznają, a nawet ją… wyznają, przynajmniej w kontekście pozytywnie (pozytywistycznie?)  realizowanych „interesów literackich”. Choćby organizowania (bez podziałów na związki, stowarzyszenia, opcje itp.) wspólnych „pulsów”, „warsztatów”, „konkursów” i zwyczajnie nierzadko nadzwyczajnych promocji i dysput (choćby takiej, poprzedzającej rutynę wręczania laurów Sułkowskiego, o Białoszewskim – trzeba było niektórym przejechać pół tysiąca kilometrów żeby posłuchać tego, co powszechnie niesłyszalne na „Chamowie”; wcześniej „zmiksowano”, ze zrozumiałych względów doszczętnie, Tuwima – a to tylko przykłady wyciągnięte z felietonowo przykrótkiej pamięci).

Nie tak dawno temu zadziwiła mnie informacja, którą wyjątkowo cynicznie albo sarkastycznie przekazał w swojej „Autobiografii. Baltazarze” Sławomir Mrożek, jakoby jego ojciec nie przeczytał w życiu ani jednej książki. Kładę to na karb osobliwego stosunku autora „Tanga” do rzeczywistości w ogóle, w tym również, bez taryfy ulgowej, do najbliższego otoczenia. Fakt takiego obnażenia patriarchalnego zaniechania czytelnictwa w rodzinie światowej klasy pisarza, popchnął mnie do próby odtworzenia dość istotnych epizodów z mojego skromnego życia, a dotyczących sfery tzw. czytelnictwa versus „rynek” alias „egzystencja”.        

Z czasów, kiedy w moim czasie, pewien „poeta przeklęty” określał, jaki powinien być koniec poezji, pamiętam, że nosiliśmy jego podobiznę w klapach obowiązkowych marynarek szkolnych. Konkretnie marynarki były licealne, a w czasowniku „nosiliśmy” ukrywało się nas (konkretnie) dwóch osobników, którzy z powodu braku pieniędzy kradli tomiki poetyckie w księgarniach albo przepisywali te wypożyczone z biblioteki (głównie tzw. klasykę: Cendrars, Baudelaire, Rimbaud, Aragon, Eluard itp. popaprańcy, „dający świadectwo”). Wzmiankowany poeta nazywał się (oczywiście) Rafał Wojaczek. Z jego wizji „końca” najbardziej trafiał do naszej świadomości, której za żadną cholerę nie nazwalibyśmy jeszcze „społeczną”, wyimek: „koniec poezji winien być niegramatyczny”. Pytanie: czy noszenie zdjęcia poety w klapie marynarki, było wyrazem czegokolwiek bardziej zewnętrznego, niż fascynacja „nieprzystosowaniem”, tęsknotą za przeciwstawieniem się ustalonemu raz na zawsze jakiemuś tam „porządkowi” i w ogóle przejęciem się jakimiś „igraszkami” nawet z kompletnie „aspołeczną” śmiercią – odłożyło się w czasie, jakby samo, bo przecież, kiedy ma się naście lat czas jest kategorią całkiem abstrakcyjną.