W najnowszym numerze...

Mniemam, że fetysz „małych ojczyzn” nieco wyblakł, skarlał albo zwyczajnie stracił urok, tak, jak „Sto lat samotności” Marqueza zostało uznane przez co wybredniejszych czytaczy Anno XXI za cokolwiek obciachową wersję bardziej magmy niż magii werystycznej. Coś jest na rzeczy z tymi „miejscami urodzenia”: realnymi i wyimaginowanymi (podretuszowanymi?). Herbert – na przykład – z charakterystyczną dla siebie skłonnością do masochizmu, zabrał do grobu tajemnicę, dlaczego nigdy po wojnie nie wrócił, choćby na kawę, do rodzinnego (rdzennego!) Lwowa? Coś tam z próby tłumaczenia znajdziemy w jego wierszach (W mieście kresowym do którego nie wrócę/ jest taki skrzydlaty kamień lekki i ogromny); ale to przecież „mowa” JA lirycznego, której to mowie i zaimkowi nie musimy ufać. Gombrowicz nigdy (po wyjeździe tuż przed wrześniem 1939) nie wrócił, choćby na jeden wywiad dla „Pegaza”, w ogóle do Polski (bo po jaką cholerę miał wracać w kieleckie do Małoszyc?).  To nie dawało spokoju nawet Kunderze. Kunderze, który emigrując nie tylko „z terytorium”, ale i języka (swoje eseje pisuje po francusku) – do rdzenności chętnie i fizycznie wraca, lecz (sic!) incognito. A w ojczyźnie (jak to w ojczyźnie) i tylko w ojczyźnie wygrzebano trupa współpracy Kundery z bezpieką. Więc dlaczego nie rozumiał Gombrowicza, który jakoby „uciekł przed służbą wojskową” do Argentyny? Różewicza wizyt w Radomsku też nie można uznać za oficjalne (jeżeli takie były po 1945); a już powroty (incydentalne) jego brata relacjonowała nawet PAP.

Nie wiem, czy Masłowska odwiedza Wejherowo, ale wiem, że chyba jej tam „nie lubią”; tym bardziej, że „podwórko” Silnego żywcem przypomina jakieś zadupiaste przedmieście Małego Trójmiasta. W rodzinnym Lesznie Grochowiaka, nienawidzą Warszawy (jak się okazało „polskiego Monaco” dla niektórych) za to, że rozpiła i zabiła ich dość nawet zdolnego zioma. A Grochowiak? Być może „kochał” swoją rdzenność, ale… jej nie zapamiętał, rozpuszczony w spiritus varsoviensis. Górale w Zakopanem nie odwzajemniają miłości Witkacego – w pewnym nonsensie bardziej „zakopiańczyka”, niż niejeden zakopiańczyk z metryki. Skoro Witkacy chrzcił Zakopane niezbyt pochlebnym określeniem: appendix? A każdy Góral wie, gdzie ma ślepą kiszkę (i w której części ciała, Witkacego – tego nieudanego syna udanego ojca). I co najważniejsze: Herbert, Gombrowicz, Różewicz, Grochowiak i na końcu Masłowska mogli (i może) nawiedzać swoją rdzenność, kiedy i ile razy chcieli (chce).

I zupełnie odwrotnie: Czesław Miłosz. Ten „ostatni poeta Rzeczpospolitej Obojga Narodów” chciał obsłużyć cały świat „swoim Wilnem” (chociaż jego świat zaczął się w Szetejniach przecież). Nie tylko wracał do Wilna, ale robił z tego stosowny show (niby literacki –  oczywiście). Chociaż chciał dużo więcej: żeby Wilno „funkcjonowało” w świadomości powszechnej, jako to miejsce na ziemi, które wypuściło w świat… noblistę. Lecz skarży się Miłosz w „Rodzinnej Europie”, że to trudne, bardzo trudne, wręcz niemożliwe – nie tak, jak z Paryżem, że wystarczy szepnąć Mont coś tam, coś tam, i wszystko jasne: wiadomo, co, kto i kiedy. Paradoks: prawdziwe Wilno Miłosza – nie chwyciło, ale już nieco „podrasowana” (beletrystycznie?) Dolina Issy kojarzy się właściwie i w wielu językach. Tak jak wszyscy kojarzą „imaginacyjną prawdę” z Macondo, Anatewką, Budziejowicami, czy Combray (z Marquezem, Steinem, Haszkiem, Proustem). A myśląc: Chagall – widzimy: Witebsk; chociaż ten malarz nie „wysłowił” tego miasta w żadnej fabularnej fikcji. Więc: rdzenność przedstawiona? Chyba już wiem, dlaczego Herbert i Gombrowicz – nie wracali; a inni adoptowali sobie „stajenki”.

Jest jeszcze inny powód, żeby nie umierać tam, gdzie się urodziło. Ale nie uprzedzajmy pointy. Powód parciany, partykularny i mało rozpoznawalny: czyli w stu procentach lokalny, powiatowy, wręcz gminny. Oto w Gorzowie (zwanym przez tamtejszego „guru życiopiśmienniczego” – już św. pamięci – Kazia Furmana, Gorzałkowem) od jakiegoś czasu dwie poetki (Kopaczyńska-Moskaluk i Klary) organizują tzw. Furmanki (coś na kształt dość wypasionego spędu literackiego). Przeciętny skądinąd, zmarły poeta, który niczego nie wydał poza opłotkami Gorzowa, nawygrywał trochę konkursów, „zmieścił” w swojej poetyckiej narracji niemal wszystko, „co się w poezji rusza” (od Leśmiana po Wojaczka) i nawyzywał kogo się dało (i nie dało: choćby Różewicza, po którego wierszach kurwią się metafory – jak mówił św. pamięci Furman) – nagle wyrósł na „postać”, nad którego twórczością do pochylenia nakłonieni zostali goście Furmanek, a to Karol Maliszewski, a to Maciej Melecki itp. krytycy, debiutujący w lekturze twórczości Furmana. To jeszcze nie wszystko: w Gorzowie ma stanąć… pomnik Furmana! Oby nie w stylu świebodzińskiego Chrystusa – jako „lubuska specjalność”. Z gruntu nie mam nic przeciw. Niech będzie Furmanka, niech będzie pomnik, ulica, przedszkole i dom opieki. Ale dlaczego dopiero musiał umrzeć Furman, żeby stać się nagle „wielkim”, „godnym” itd. Za życia doznał w tym samym „środowisku” wielu upokorzeń, objawów pogardy; zwyczajnie wegetował – niekoniecznie na własne życzenie. Więc: niech szlag trafi poetów, a wejdą na salony i cokoły. Śmierć jest lepsza niż przyjaźń pośmiertna, choćby najserdeczniejsza, dwóch pań z Gorzowa, o których z powodu Furmanek więcej się chyba mówi niż o samym Furmanie. Najważniejsze, że na swoje szczęście/nieszczęście Furman urodził się i umarł w tym samym miejscu. No i jest PATRONEM (z którego to powodu pęka teraz ze śmiechu, gdziekolwiek przebywa). 

Bywały też, dosłownie „papierowe  patronaty”. W Słupsku organizowano (nie wiem, czy jedną, czy kilka edycji) konkursy imienna Krupowiesa (?). Zaręczam, że poza osiedlem, gdzie z łaski miejscowego środowiska mógł pod koniec życia zameldować swoją bezdomność, nikt, nawet w Słupsku nie wie, kto zacz ten „zasłużony” outsider. Ale niech mu było! Pozostający przy życiu, chyba w taki sposób („preparowania patronatów”), balansują być może jakieś wyrzuty sumienia. W Zielonej Górze udało się dopiąć kilka edycji konkursu im. Marka Garbali. Zasłużonego przede wszystkim, jako klasycznego onegdaj moderatora tzw. warsztatów poetyckich. Słynął z „cięć”, z mocy których z kiepskich nawet wierszy „wychodziły” (wprawdzie… krótsze), ale choćby drukowalne… utwory. Z ilu grafomanów Garbala zrobił „poetów” – wiedzą tylko organizatorzy owych warsztatów. Protagonistką zielonogórskich Garbanaliów była piśmienna Marzena Więcek (zielonogórzanka), której Marek Garbala mocno zredagował debiutancki tomik – i to był jedyny „rdzenny” związek poety z Zieloną Górą.

I zupełnie odwrotnie: są „patronackie” konkursy całkowicie sensowne (z fundamentalnym zastrzeżeniem). Choćby dwa, oba organizowane na „wschodniej ścianie”. Pierwszy w Lublinie, imienia Józefa Łobodowskiego – poety emigracyjnego, niemal kompletnie zapoznanego (a wydał blisko dwa razy więcej tomików, niż choćby pierwsza z brzegu Szymborska; chociaż znam jednego stolarza spod Zielonej Góry, który wydał „własnym sumptem” trzy razy więcej niż Miłosz i Szymborska razem wzięci); a niektórzy, najpoważniejsi krytycy starej daty stawiają Łobodowskiego wyżej, niż również „wschodniego” Czechowicza. Drugi konkurs, imienia Iwaniuka, kojarzony z Chełmem, ale finalizowany w Siedliszczach (dokładnie: miejsce urodzenia poety), ma identyczny walor: przybliża postać uznanego w środowiskach emigracyjnych autora. Słowem: bingo! Ale, co z tego, kiedy ani konkursy (same w sobie) ani organizatorzy (sami z siebie) nie przybliżają (znaczy upowszechniają) twórczości patronów. Na nic na-gminne recytowanie, prezentowanie podczas gal konkursowych twórczości patronów, bo nie wydaje się, aby w Chełmie, czy Lublinie, a nawet w Lesznie powstały systemowe wydania dzieł zebranych Iwaniuka, Łobodowskiego, Grochowiaka. I to jest to fundamentalne zastrzeżenie.

Obok dość anonimowych „patronatów” (Stryjewski, Bryliński, Kozarzewski, Kopiec, Burzyńska itp., itd.) tylko dwa konkursy noszą imiona wieszczów (ale tych „z drugiego szeregu”), Krasińskiego w Opinogórze i Norwida w Pruszkowie; nie ma w Polsce konkursów imienia Słowackiego i Mickiewicza! Może dlatego, że ich rdzenność jest dziś „zagraniczna”? Aczkolwiek choćby Krasiński urodził się w Paryżu. Są też dość osobliwe (ale pozytywnie) formy powoływania  patronatu – w celu choćby co dopiero wylansowania lokalnego twórcy. Oto w Nowej Rudzie ogłoszono po raz pierwszy konkurs im. Zygmunta Krukowskiego. Poety, którego tomik ukazał się pośmiertnie już jakiś czas temu. „Chodził” koło tego sam Karol Maliszewski. Osobista rekomendacja Maliszewskiego (któremu bezgranicznie ufam) spowodowała, że spędziłem nad tomikiem Krukowskiego całą noc. To naprawdę odkrycie poetyckie! Krukowski w skondensowanej formule (używając w pojedynczych wierszach tylko jednej majuskuły, rezygnując całkowicie z jakichkolwiek interpunkcji, nie dzieląc wierszy „klocków” na strofy, nie rozpieszczając czytelnika rozbudowanymi metaforami, nie popisując się choćby przerzutniami) stworzył z rzeczywistych postaci i miejsc swojego otoczenia całkiem oryginalny, egzotyczny na swój sposób świat, pełen „nierzeczywistych” – a więc uniwersalnych – osobistości poetyckich i miejsc zwyczajnych, które objawiają się nagle jako wręcz niespotykane. Wróżę Krukowskiemu i temu Konkursowi co najmniej jakieś dziesięciolecie.

I na koniec, nieuprzedzona wcześniej pointa: zmarł w tych dniach w Zielonej Górze prowincjonalny poeta Mieczysław Warszawski. Porównywany z Furmanem. Aczkolwiek przy Furmanie, Warszawski to profesor – chociaż szkół za wiele nie skończył. Porównania powinny zaczynać się i kończyć na takich samych gatunkach alkoholi, jakich obaj poeci nadużywali. Warszawski był poetą naprawdę wybitnym: wydawał prestiżowo (choćby w Ossolineum), publikował podobnie (choćby w „Twórczości”), ponadto systematycznie. Stworzył w swojej poezji „syndrom nadodrzańskiego splinu”, związanego niewyłącznie z wtórną emigracją, czyli rodzinnymi resentymentami przesiedlenia. Jednak nie przygnębiła mnie śmierć Warszawskiego (bo śmierć dla poetów jest najlepszym wyjściem), tak jak kompletnie mnie złamało „in memoriam” prezesa zielonogórskiego oddziału ZLP, którego czynnym członkiem – do końca – był Mieczysław Warszawski; na szczęście „słowo pośmiertne” pomieszczono w gminnym periodyku o nazwie „Pegaz Lubuski”. Prezes pisze tam: Czasami wpadał do mnie Mietek. – Pożycz 10 zł. rzucał. – Oddam – dodawał. I rzeczywiście oddawał. (…) Dopiero na jego pogrzebie dowiedziałem się, że było czterech braci Warszawskich i siostra. (…) Jakiś czas temu wydawałem pismo, i mogłem płacić autorom. Dlatego Mietek przynosił swoje wiersze, opowiadanka. (…) Żałuję, że nie wiedziałem o jego chorobie i że umiera w hospicjum, gdzie mogłem go przecież odwiedzić. Żałuje prezes, który w życiu nie napisał choćby ćwierci „opowiadanka”, takiego, jakich dziesiątki napisał Warszawski. I pewnie za jakąś chwilę ktoś zawnioskuje gdzie trzeba, co by jakąś uliczkę w mieście „rdzennym” nazwać imieniem zmarłego. A może jakiś konkursik imienia; najlepiej pomniczek – szybszy niż ten Furmana w Gorzowie, wszak Zielona Góra od lat konkuruje z bliźniaczką stolicą.

A ja wiem (z eschatologiczną pewnością) że zrobię wszystko, żeby nie umrzeć w rodzinnej Zielonej Górze. Z nieśmiertelnością włącznie.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.