W najnowszym numerze...

Nie tak dawno temu zadziwiła mnie informacja, którą wyjątkowo cynicznie albo sarkastycznie przekazał w swojej „Autobiografii. Baltazarze” Sławomir Mrożek, jakoby jego ojciec nie przeczytał w życiu ani jednej książki. Kładę to na karb osobliwego stosunku autora „Tanga” do rzeczywistości w ogóle, w tym również, bez taryfy ulgowej, do najbliższego otoczenia. Fakt takiego obnażenia patriarchalnego zaniechania czytelnictwa w rodzinie światowej klasy pisarza, popchnął mnie do próby odtworzenia dość istotnych epizodów z mojego skromnego życia, a dotyczących sfery tzw. czytelnictwa versus „rynek” alias „egzystencja”.        

Wcześniej jednak, poraziła mnie publiczna enuncjacja (na spotkaniu w Ciechanowie) pewnego polskiego poety, tworzącego od lat we Francji, iż to bez uszczerbku na inteligencji można pozbyć się z literatury światowej (czyli nie czytać najzwyczajniej) takich „komuchów” jak: Eluard, Aragon, Cortazar, Breton, czy Marlaux. Ów poeta wymienił te nazwiska na jednym oddechu. Idąc tym tropem dorzuciłbym cynicznie ze swojej strony Broniewskiego, Iwaszkiewicza i Baumana. Uzupełniając listę „komuchów” „Żydami” i osobnikami o niezdecydowanym stosunku do heteroseksualności listę powyższą można uzupełnić Gombrowiczem, Leśmianem, Schulzem i Czechowiczem. Pogłębiając tę personalną incydentalność, grzebiąc do literackiej podszewki ostałby się na dobre chyba tylko Henryk Sienkiewicz. Ale, jak się okazuje, nie czytanie nawet Sienkiewicza nie pozbawia nas możliwości spłodzenia geniusza na miarę Sławomira Mrożka.

Ale, opresja polskiego poety tworzącego we Francji zaowocowała natychmiast reakcją bardzo młodego poety (maturzysty-anarchisty), który siedząc obok mnie szepnął do ucha prośbę o tytuły zakwestionowanych przez ów polsko-francuski autorytet dzieł. Również na jednym oddechu wymieniłem „Wielki tydzień”, „Grę w klasy”, „Płynne życie”, „Czaszkę z czarnego obsydianu” itd. Teoretycznie więc, został jakiś „pożytek” z obstrukcji intelektualnej owego „autorytetu”

Traktując sprawę jednak poważnie można byłoby się zastanowić na ile „konsumpcja” literatury” jest konieczna do egzystencji, i czym się różni egzystencja od egzystowania. Pytania te zostawiam bez odpowiedzi, niemniej obnażając je z retoryczności pragnę podzielić się aluzyjnie „życiowymi przygodami książkowymi”.

Otóż późną zimą 1982, po 13 grudnia poprzedniego roku - podjąłem ważką decyzję. Z powodów egzystencjalnych postanowiłem pozbyć się ciułanego od 15 roku życia księgozbioru. Nie było to postanowienie wynikiem jakiejś bibliofilskiej ekscentryczności. W pamiętny poniedziałek zostałem poddany dziejowej opresji, czyli zwyczajnie wywalony z roboty. Jakoś z tym musiałem żyć. I żyłem. A przeżyłem dzięki książkom właśnie. Najpierw klientów wybrałem z grona najbliższych współpracowników – dziennikarzy. Prominentny członek Zarządu firmy medialnej nabył „Utwory zebrane” Andrzeja Bursy. Koleżanka reportażystka nabyła „Regiony wielkiej herezji” – rzecz Jerzego Ficowskiego o Schulzu. Płacili słono. Bo wtedy za „reglamentowane” książki płaciło się słono. Przypuszczam złośliwie, z perspektywy czasowej, że kolega od Bursy wszedł w posiadanie tegoż, żeby nauczyć się porządnie na pamięć wiersza „Socjalistyczne daleko”. Natomiast koleżanka od Schulza, która miała problem ideowy z rzucaniem i przyjmowaniem z powrotem legitymacji partyjnej (dylemat różnic „estetycznych” między PZPR a SLD), jakby do dzisiaj szuka na mapie Drohobycza nieistniejącej ulicy Krokodyli. Trzeciemu koledze próbowałem wcisnąć „Dzień powszedni wyobraźni” Jana Kurowickiego, ale kolega nie dał się nabrać nawet na to, że Kurowicki przypieprzał byłym młodym marksistom (Barańczakowi i tym podobnym) za to, że nie znali Marksa. Książka Kurowickiego tylko z pozoru mogła okazać się wywrotowa, tym bardziej, że Barańczak i jemu podobni wybrali przecież zaraz po ukazaniu się „Świata nie przedstawionego” opcję dysydencką. Na Barańczaku zarobiłem znacznie więcej za jego tłumaczenie wierszy Edwarda Estlina Cummingsa. Skromną książkę, która wyszła bez debitu jeszcze w epoce Gierka, sprzedałem osobnikowi, który dziś zajmuje się profesjonalnie marketingiem politycznym. Mój egzemplarz nie mieścił się w żadnym systemie wartości, ponieważ wyposażony był w autograf Barańczaka. Zdobyłem ten wpis w toalecie Ośrodka Szkoleniowo-Wypoczynkowego w Błażejewku pod Poznaniem. Sugerowano mi później, że był to „jawnie-tajny” ośrodek MSW. Tam to odbyła się sesja naukowa, przeniesiona z powodów politycznych z pierwotnie przewidzianego nań Collegium Novum UAM. Cummings wydany już oficjalnie cieszył się znacznie bardziej umiarkowanym powodzeniem. Po prostu „zalegał”, tak, jak oficjalna „Miazga” Andrzejewskiego, czy „Mój wiek” Wata. „Oficjalność” obniżała „bezdebity” niemal dwudziestokrotnie. Wniosek?

Wreszcie trafiłem właściwie, to znaczy do antykwariatu. Wyłożyłem na ladę całego rozkrzyżowanego Wojaczka; w komplecie: „Inną bajkę”, „Sezon”, „Którego nie było” i „Nie skończoną krucjatę”. Zaniepokojona pani za ladą rozglądała się po bokach. W oczach miała jakieś dziwne zwężenie, jakby na ladzie zobaczyła rozwalonego prowokacyjnie Kuronia albo Michnika. Leżał tylko Wojaczek Rafał. Pani zapytała, czy zwariowałem? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że bynajmniej, że nie mam po prostu z czego żyć, to żyję sobie z książek. Pani zapytała ponownie, kto dziś pozbywa się Wojaczka? Nie bardzo rozumiałem, co znaczyło to „dziś". Przecież Wojaczek, jeśli tykał jakiegoś „dziś”, to tykał bardziej jakoś uniwersalnie; jakoś tak, że nie trzeba było go traktować denaturatem z powielacza. Milczałem. Wzruszyła mnie taka reakcja. Skończyło się jednak na wypłacie. Było tego tyle, że wystarczyło na utrzymanie mojej trzyosobowej rodziny przez tydzień. Za cztery sztuki Wojaczka!

Pozbywszy się najciekawszych kąsków, zrazu z żalem, później z dziką wolą zemsty spoglądałem na osamotniony na półce „Według Judasza. Apokryf” Henryka Panasa. Pod koniec lat siedemdziesiątych była to chyba nawet książka roku. Ponadto przez Panasa dostałem od ojca w pysk. Mój ojciec, Prawdziwy Polak, sięgnął nieświadomie po otwarty „Apokryf”, i to akurat w tym miejscu, w którym literacki narrator, niejaki Judasz, dywagował o niestandardowych skłonnościach seksualnych Jezusa Chrystusa. Takoż ten sam Henryk Panas pojawił się na ekranie telewizora w szczycie stanu wojennego, jako autorytet, co to wyjaśniał mi, zapamiętanemu w pozbywaniu się w tym właśnie stanie wojennym własnej biblioteki, że ów stan jest imperatywem (niby kategorycznym, jak dodawałem od siebie), a protagonista tegoż (imperatywu), niejaki Wojciech Jaruzelski – to mąż opatrznościowy. Na szczęście pisarz Panas mówił, a nie pisał, i dlatego nie wiem, czy chodziło mu o męża opatrznościowego, czy opacznościowego; tym bardziej, że staruszek miał źle wyfasowaną sztuczną szczękę i jego głos brzmiał fałszywie; no i wkrótce umarł. „Apokryfu” nie dało się sprzedać oficjalnie w antykwariacie, a „Krytyki Politycznej” jeszcze nie było.

Minęły lata. Życie i rynek wydawniczo-czytelniczy jakoś tam ustabilizowały się. Książek już nie sprzedaję. Niedawno kupowałem, na przykład Zbigniewa Herberta, ale mocno używanego albo zużytego (zależnie od punktu widzenia lub pozycji, z której sięgało się po jakieś tam cogito Herberta); „chodził” po 5 PLN - jak leci. Może niepotrzebnie te lakierowane tomiki, w całości wydawniczej nabywałem. Bo sądzę, po doświadczeniach własnych i obserwacji moich nielicznych, zainteresowanych czytelnictwem znajomych, że trzeba będzie raptem pozbyć się kilku książek, choćby po złotówce, bo za chwilę wylądują na śmietniku (dosłownie) – i to za darmo. Przekładam więc książki z półki na półkę; na przykład taki mniej jakoś głośny z „wiadomych” powodów „Blaszany bębenek” i inne pozycje a’la Szczypiorski – a wyrzucić szkoda, jakoś. Rozsławiona „inaczej” Szymborska kurzy się pod „obszczekiwanym” Miłoszem. Przykrywam ich (wyżej wymienionych) dla bezpieczeństwa Witkowskim (tym po europejsku kochającym) i Wiśniewskim (tym globalnie klikniętym). Masłowską trzymam pod ręką. I myślę: czy będę za chwilę musiał się tłumaczyć z „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”? I czy w ogóle „pójdzie” w jakimkolwiek antykwarycznym second handzie?

Może lepiej po prostu mniej czytać? Albo korzystać tylko z zasobów bibliotek, które z przyczyn obiektywnych ograniczeń dysponują wyłącznie dziełami zakupionymi w dekadzie obowiązujących okólnie zasad poszerzania tak zwanych zasobów. Kompletnie bezideowo – a więc neutralnie i całkiem pluralistycznie. 

Chociaż z książek nie da się już żyć, ani jako pisarz, ani czytelnik, to jedno jest pewne: powrót jakiejkolwiek opresji, czy reglamentacji (nawet tzw. wartości), przekornie, literaturze na pewno by nie zaszkodził. Z tzw. życiem mogłoby by być inaczej. Ale to już niech będzie zmartwieniem polityków, socjologów i innych „racjonalistów”. Ja grzebię się w lekturze.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.