W najnowszym numerze...

STOS MEMÓW I ZABOBONÓW LITERATURY POLSKIEJ

[...]Stanowczo za daleko poszliśmy w uprzejmości względem zabobonnych mędrków. Wypada raz wreszcie z tym skończyć, odróżnić hipotezę naukową od widzimisię demagoga, naukę od fantazji, uczciwy wysiłek filozoficzny od pustej gadaniny. A to tym bardziej, że owa gadanina miewa, niestety, tragiczne skutki [...]


[J.M. Bocheński OP, „Sto zabobonów”]

Mem piąty – który mówi o iluzoryczności kariery literackiej i względności nagród doczesnych

 

1.

Werdykt kapituły Nagrody Literackiej NIKE sprzed paru lat, przyznającej to wyjątkowe wyróżnienie równie wyjątkowemu Eugeniuszowi Tkaczyszynowi–Dyckiemu w niektórych miłośnikach poezji wzbudził nadzieję na zmianę recepcji poezji jako gatunku literackiego. Nie wiedzieć dlaczego nagroda „Nike” dla poety miałaby coś zmienić w ogólnym trendzie.

Z drugiej strony – werdykt kapituły nagrody na pewno wtłoczył żywotne siły w strupieszałą strukturę memu kariery literackiej, powiązanego blisko z memem uznaności i znaności.

Ten ostatni wyznacza raczej granice dyskursu na temat literatury i literatów odnoszącego się do jakości tego, co wytwarzają piszący, do jakości i wartości tekstów. Mem kariery literackiej odnosi się bardziej do samych pisarzy/pisarek oraz wyobrażeń o sposobach istnienia piszącego w literaturze i w świecie. Mem kariery literackiej egzystuje bowiem w dwóch podstawowych postaciach – immanentnej i transcendentnej. Ta pierwsza postać odnosi się do zbioru postaw i oczekiwań jakie mają sami literaci odnośnie biegu zdarzeń, którego są podmiotami. Omawiany mem w wersji transcendentnej obejmuje ogólnospołeczne przesądy odnośnie tego jak i za co żyją literaci niosące w sobie resztki etosu romantycznego, etosu poety-wybrańca, głowy w chmurach, skrzydeł u kołnierza.

 

2.

Zacznijmy od memu w wersji immanentnej, czyli perspektywy wewnątrzliterackiej. Wszyscy literaci chcieliby zapewne móc żyć z pisania jako takiego, żeby nie zajmować się niczym innym jak tylko żyć i pisać, unikać etatyzmu mordującego wrażliwość, troski materialnej. Wstawać wtedy kiedy się chce i pracować tylko wtedy, kiedy się ma po temu natchnienie (kolejne resztki niedorżniętego etosu romantycznego). Pewnie, tak to każdy by chciał a świat jakże byłby piękny. Kolejarz przestawiałby zwrotnice, wtedy gdyby wschód słońca zachwycił go do głębi, policjant ruszałby na interwencję tylko wówczas gdyby doznał olśnienia zaś kontroler lotu tylko wówczas naprowadzałby na lotnisko bezpiecznie samoloty, gdyby uznał, że spełnia się w ten sposób duchowo i realizuje pełnię swojej osobowej potencjalności. O piękna Arkadio! Gdzieżeś Ty?

Że są to mrzonki - nie wiadomo na jakim prawie moralnym oparte – to dostrzeże chyba każdy kto odrzuci na moment zabobonne przyjmowanie sądów na wiarę, w tym np. sądu o wyjątkowości zajęcia składania liter w słowa a słów w zdanie, te zaś w zajmujące opowieści. Niezależnie od tego, co się sądzi o profesji literata (profesja to czy powołanie w końcu?) - trudno chyba w danej epoce i społeczeństwie wymienić więcej niż kilku literatów żyjących z pisania per se. Taka sytuacja wydaje się trwać od wieków. Jednym wyjątkiem były i są dyktatury i reżimy autorytarne, ale te pozwalały z pisania żyć tylko niektórym, którzy jeżeli nie popierali, to przynajmniej nie wchodzili w kurs kolizyjny. To rzecz widzialna i narzucająca się w doświadczeniu potocznym, wspierana wiedzą historyczną. A jednak tak trudno ludowi piszącemu zaakceptować, że mało który literat żyje z pisania a jeżeli próbuje, to bywa równoznaczne z tym, że decyduje się na skrajne ubóstwo i skazuje na to ubóstwo także swoją rodzinę o ile ma szczęście ją założyć. I pomimo tego, że sytuacja ta trwa jako się rzekło wieki całe – nadal wyrastają zastępy młodych a potem coraz starszych, piszących marzących o tym by żyć z pisania, czyli z tego co się kocha, lubi, uwielbia i czym się samego siebie uwodzi. Sporo mówił na ten temat parę lat temu między innymi Jacek Podsiadło[1], który jak wiadomo żył swego czasu z cebuli Dobromira Kożucha, oszczędności żony, bo pracą na etacie się nie zhańbi a wszyscy inni którzy to robią – to korbiarze, którzy dają się poniżać jak on, jeden, czysty niczym łza (uwaga „eł” przedniojęzykowe!). Bąkał na ten temat Michał Witkowski[2] usprawiedliwiając niejako w „Dużym Formacie” Gazety Wyborczej swoje celebryckie wybryki. Skromniejsi w potrzebach od Witkowskiego, którzy nie mają co gwiazdorzyć bo i tak ich nikt nie zna szczęśliwi są jeżeli znajda posadę koło słowa – wykładowca (najczęściej polonistyki a jakże!), dziennikarz, nauczyciel gminny, instruktor w teatrach, gminnych i miejskich ośrodkach kultury, wydawnictwo, korektor, księgarz, bibliotekarz. Istnieje też szansa pozostawania blisko literatury dzięki wykonywaniu zajęć nieskomplikowanych (monter na taśmie wykonującej podzespoły sprzętu elektronicznego), nieangażujących intelektualnie i energetycznie (stróż nocny, dzienny, ochroniarz) lub w zawodach wolnych pozostawiających spory margines na działalność własną (prawnik, kierowca, agent ubezpieczeniowy). Wreszcie pozostaje cała reszta, która z trudem walczy o utrzymanie się na powierzchni wykonując normalne prace, w normalnym czasie pracy, czasem w ponadnormalnym. Wszyscy oni i one zaś rozdzielają między siebie niewielki torcik zleceń takich jak pisywanie płatnych recenzji, prowadzenie warsztatów, spotkań autorskich, moderowanie dyskusji. Aby tylko móc jakoś pisanie usprawiedliwić w swoim życiu, wpisać je w stały rytm dnia i nocy.

 

3.

Powszechne wyobrażenie społeczne o życiu kogoś kto pisze, wydaje książki, publikuje w czasopismach pozostaje dość daleko od tego czym jest istotnie. Niezależnie od tej rozpiętości wyobrażeń, o której była już mowa w krótkim opisaniu innych memów - w formie milczącej zdaje się trwać podskórne przekonanie, że istnieje taki zespół zjawisk jak kariera literacka, na wzór kariery w biznesie, kariery politycznej, kariery kierowcy rajdowego. Na tą karierę składać by się mogły kolejne szczeble, drabiny i drabinki, takie na których już pewne hierarchie nie obowiązują. W karierze powinny odgrywać rolę jakieś okręgowe, lokalne koła zainteresowań, które co zdolniejszych powinny kierować wyżej i powinny dawać tym zdolniejszym jakieś wiano na drogę. Kariera literacka mogłaby polegać na tym, że zaczyna się od publikowania w czasopiśmie lokalnym czy regionalnym, a będąc zauważonym i uznanym człowiek płci obojga dostaje się na łamy ogólnopolskie. Karierowicz dba zapewne o to by zadebiutować w oficynie na swoją miarę, ale z publikacji na publikację przenosi się do coraz bardziej rozpoznawalnych domów wydawniczych i coraz lepiej jest znany i uznawany przez krytykę. W zamierzeniu mogłoby to prowadzić do sytuacji stworzenia siebie jako pisarza/pisarkę i życia mniej lub bardziej ze swojej profesji. Do tego, że osoba pisząca byłaby znana i uznana zarówno przez czytelników jak i krytykę (co czasem jeszcze się zdarza). Tak mogłoby być i miało by to pozór jakiegoś porządku a że tak raczej nie jest, wiedzą ci, którzy tkwią jakiś czas w tzw. środowisku. Poruszamy się w większości po liniach równoległych w jednym poziomie, jak po orbitach wokół atomu elektrony w kolejnych powłokach. Coś musi kogoś wybić z danej powłoki i przerzucić o poziom wyżej. Ale to się prawie nie zdarza albo bardzo rzadko.

 

4.

Trudno  na pierwszy rzut oka znaleźć szczególnie dramatyczne pokłosie tego umysłowego pasożyta. Bo, że krzywdzą się liczni literaci i literatki ulegając iluzji, potęgując nieuniknione poczucie frustracji – to jeszcze żadna wielka szkoda dla literatury. Być może to nawet rodzaj specyficznego mechanizmu selekcyjnego, który odsiewa słabszych, gorzej psychicznie przygotowanych do życia, do gry w przetrwanie. Owszem irytujący jest wzrost ilości młodych ludzi nastawionych bardzo silnie na zbieranie popularnych blurbów (czyli trzyzdaniowych rekomendacji), ekscytujących się tym, kto i kiedy pożyczył od nich zapalniczkę aby sobie odpalić fajkę oraz czy wreszcie ktoś napisał o ich pierwszej czy kolejnej książce. Z drugiej jednak strony Real wychodzi boleśnie, jak szydło z wora, nawet jeżeli jest namiętnie odpychany rozlicznymi wizjami karierki, mirażami nagród doczesnych, co może być wzmacniane tym że Dąbrowski, Witkowski, Masłowska, Dycki, Dehnel, Kuczok i jakoby tylu tylu innych takie nagrody dostało. Zarazem tych którzy nie dostali jest wielokrotnie więcej.

Niespecjalnie też szkodliwe wydaje się być uleganie iluzji przez tzw. społeczny ogół. Ot, jeszcze jeden banalny pokład ignorancji. Owszem, wszystko to jest tak szkodliwe jak każda iluzja, ale jakiejś szczególnej – poza rozmijaniem się z prawdą – szkodliwości wydaje się nie ma. Skąd jednak w ogóle ów mem się wziął, od kiedy to wyrasta nam w dyskurs jak kaktus w doniczce? Oprócz wspomnianego niedorżniętego etosu romantycznego szkoda, że akurat w tej, niespecjalnie ciekawej części – kryje się za nim pysk politruka. Kariery pisarskie, przynajmniej gdy chodzi o nasze polskie podwórko nigdy tak nie były wyraziste a zabiegi o nie tak związane z realnymi profitami jak w czasach PRL. To wówczas istniały domy pracy twórczej a literat naprawdę był literatem, chociaż jak wiadomo – Polska nie była Polską. Z jednej strony więc nikt z luminarzy słowa, szczególnie wolnego, co dzisiaj uchodzi już za oczywistą oczywistość – nie płacze za PRL i jego urzędami kontroli publikacji i widowisk, walkami o przydziału papieru, nadziałami druku, ogólnie mówiąc - systemem. System był be, we wszystkim co zabierał. Zarazem tchnie z ukrytych w memie treści tęsknota za tym wszystkim co system dawał. Byłby więc to relikt niedobitego romantycznego wieszcza, któremu nie wiedzieć dlaczego należy się i przystoi więcej, skrzyżowanego z literackim działaczem późnego Gomułki/wczesnego Gierka. Tamta władza wiedziała że tzw. elity w tym kulturalne trzeba hołubić i mamić, miała jakiś plan polityki w tym względzie. Obecna władza od prawa do lewa, od PO do PiS z SLD, PSL i wszelkimi innymi akronimami - ma literaturę i kulturę kompletnie w dupie, bo disco-polo jest bardziej nośne.

 

5.

Czy to jest groźne? W jakimś sensie tak, bowiem tak w tamtym systemie, jak i w jego wiotkiej emanacji pod postacią memu tkwi ziarno arogancji a chociażby było małe jak ziarnko gorczycy bywa, że rozrasta się jak drzewo iż najbardziej lotne idee znikają się w jego cieniu. Odpowiednio rozdęty mem karierki literackiej wypacza bowiem pośrednio sens i cel pisania. Oto bowiem nie pisze się po to, aby być czytanym, rozumianym. Literatura przestaje być pretekstem do rozmowy z drugim człowiekiem, do kontaktu. Staje się pretekstem do widowiska, kuglarskiego wybryku. Czytanym można być mądrze, względnie głupio – a wówczas to jest tak jakby się czytanym nie było w ogóle. Kiedy w grę wchodzą skarykaturalizowane wersje kariery literackiej – w ogóle nie chodzi już o czytanie. Witkowski Michał, który opowiada dyrdymały o tym że musi się sprzedawać i celebrycić aby podtrzymywać zainteresowanie swoją ciotowską fizjonomią tym samym przyznaje, że nie chodzi mu w ogóle o literaturę ale raczej jej miraż, posmaczek, poszumek informacyjny. Przyznaje pośrednio też, że lekceważy czytelnika, który próbuje czytać i rozumieć, nie wierzy w niego. Tymczasem nic nie przesłoni tego, że najbardziej prestiżowe nagrody wartości – gdy się przeliczy je na język życia w Polsce – od jednego do dwudziestu metrów kwadratowych średniego mieszkania w dobrej lokalizacji w centrum jednego z miast metropolitalnych – że te nagrody nie zastąpią czytelnika i czytania. I tej troski o odbiorcę literatury często pojedynczego, osobnego jest coraz mniej – tak w umysłach zarządzających kulturą tego kraju, jak i w umysłach dziennikarzy, publicystów jak i wreszcie – to chyba najważniejsze – w umysłach samych piszących. Między schlebianiem tanim gustom ludu a hermetyzmem, wsobnością i skupieniu na karierce i jej niby stopniach jest jeszcze spora przestrzeń centralna. Warto tam w rozmowach o literaturze wracać i szukać od nowa relacji. Tam gdzieś podobno pozostały niedobitki odbiorców. Jeżeli ich uszanujesz, oni uszanują Ciebie. Taki jest początek drogi w stronę strefy „szacun&respekt”. Tam gdzieś są źródła, które nielicznym pozwolą naprawdę stać się ważnym rozmówcą w istotnych sprawach. Ale to już nie zawsze idzie w parze z karierą.

Radosław Wiśniewski



[1] „Gazeta Wyborcza”, 12 kwietnia 2009 r.

[2] „Polityka” 42/2009

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.