W najnowszym numerze...

Jarosława Łytwyn

Jarosława Łytwyn urodziła się w 1986 roku w Pietropawłowsku Kamczackim (Rosja), w 1993 roku przeprowadziła się na Ukrainę, gdzie nadal mieszka. W 2006 roku została laureatką ogólnoukrańskiego konkursu literackiego „Koronacja słowa”, stając się najmłodszą laureatką w historii konkursu. W tym samym roku ukazała się powieść Ihry. W 2007 roku wyszła książka Puchnasta. W 2015 roku zdobyła drugą nagrodę w konkursie wydawnictwa „Smołoskyp”, w którym również wyszła jej trzecia książka – powieść Róża Wiatrów. Ręka i serce to jej nowe opowiadanie, nietłumaczone wcześniej na język polski.

Janusz Radwański


Ręka i serce

O Boże, ile ja już głupich nagłówków i lidów przeczytałam. Czego to o mnie nie nawymyślali.

I „czterdziestoletnia mieszkanka małej miejscowości zadźgała męża kuchennym nożem” i „po dwudziestu latach małżeństwa zabiła męża, a ciało poćwiartowała”, i „wariatka cały rok chodziła z… ręką swojego zmarłego męża w torebce”.

I jak między oczy – „Floris Librowski – wilczyca w owczej skórze”.

Z początku szlag mnie od tego trafiał. Chowałam twarz w dłoniach, spuchniętych i gorących. Oczy mi się na twarzy prawie nie mieściły, łzawiły tak, że świata prawie nie widziałam. Często pochlipywałam, ale nie płakałam.

A potem mi już spowszedniało i zobojętniałam. Może po prostu przywykłam, tak jak się człowiek przyzwyczaja do deszczowego lata czy niewygodnych butów, cisnących w duży palec. Z rzadka tylko trafiało się coś ciekawego, oryginalne określenie, nieszablonowa opinia eksperta albo nowe szczegóły sprawy.

W takich przypadkach nawet się wczytywałam, nawet z zadowoleniem. To tak jakby w koszu ze szklanymi paciorkami znaleźć perłowy guzik, poszczerbiony, ale prawdziwy. Może i było w tym coś z masochizmu, ale tak właśnie wtedy czułam. A jakie inne rozrywki mogłam mieć w więzieniu?

Zadawali mi różne pytania. Coraz bardziej niezręczne, coraz bardziej osobiste. Pytali nawet, czy osiągałam z mężem orgazm. I po co im to? No po co?

Nigdy nie marzyłam o sławie i teraz ta uwaga, zmuszająca do wysiłku i krępująca swobodę, zmuszała mnie do udawania, że mnie nie ma. To jak stetoskop siwego lekarza, który osłuchiwał mnie, gdy byłam podlotkiem. Wcześniej prosił, żebym podniosła sukienkę, było mi tak zimno i wstyd. Miałam gęsią skórkę, wydawało mi się, że patrzy na zawiązki moich jeszcze dziecięcych piersi.

Tak właśnie czułam się teraz. Rzucono mnie w purpurowe róże i wbijały się we mnie kolce.

Doprowadzali mnie do pasji ciągłymi przesłuchaniami, jednostajnymi pytaniami w różnych kombinacjach. Może chcieli, żebym się pogubiła, żeby zakręciło mi się w głowie jak w czasie zabawy w ciuciubabkę, żebym straciła orientację, coś poplątała i zdradziła się, zaczepiając o jakieś ostre, dwuznaczne słowo.

Ale byłam jak dobrze naoliwiona maszyna do szycia. Słowo za słowem, szew za szwem szyłam swoją prawdę.

O Boże, czy ja kochałam George’a? Pewnie, że tak. Kiedy się poznaliśmy był taki wysoki, przystojny, w koszuli w kratę, taki typ wesołkowatego truckera z szerokimi barami i gęstą brodą, lekko rudawą koło ust, jakby wyliniałą.

Śmiesznie mrużył jedno oko i podkreślał swoje żarty klaskaniem w dłonie i pocieraniem ich. Sucha skóra szeleściła jak papierosowa bibułka.

Zakochałam się chyba od razu.

Byliśmy wtedy tacy młodzi, wiecie, mówiłam im, tacy zakochani. Chcieliśmy przejść przez życie ramię w ramię, ręka w rękę… W tym momencie zatrzymywałam się, robiło mi się duszno. Biłam się lekko pięścią w udo, jakbym karała się za jakiś grzech.

Potem brałam się w garść i mówiłam dalej.

Byliśmy wtedy hipisami, nie tak do końca, ale wierzyliśmy we wszechogarniającą miłość. Chodziliśmy do muzeów, do kina, słuchaliśmy płyt, wiecie, wyplatałam mu bransoletki. Paliliśmy trawę, tak było. Kochaliśmy się w samochodach przyjaciół, na imprezach, w publicznych szaletach, po kątach, w bramach… Kiedy zaproponował mi małżeństwo, krzyczałam ze szczęścia, aż do zachrypnięcia.

Ale zapomniałam powiedzieć, że trafiliśmy razem do pewnej popularnej wtedy sekty. Chociaż, tak naprawdę, sekty, która zawsze była popularna, w różnych czasach. Zmienia się opakowanie. Byliśmy młodzi, zupełne żółtodzioby, wiecie, uwierzyliśmy we wszystko. W łabędzie, pingwiny, w ich łączenie się na całe życie w pary, aż do śmierci.

Chcieliśmy być jak te łabędzie – piękni, pełni wdzięku, na zawsze zakochani i czuli. Myśleliśmy, że oszukamy system, że nam się uda.

Guru Petri nam to obiecał, wiecie.

W dniu naszego ślubu odbyliśmy jeszcze jedną ceremonię. Nocą, w napółpodziemnym laboratorium, gdzie zapewne kiedy indziej przygotowywano narkotyki, wszczepili nam w ręce chipy. Warunek był taki, że nigdy się ich nie pozbędziemy, w żaden sposób,. Miały być na całe życie. Znaliśmy ten waruneki, zgodziliśmy się na niego.

Od tej nocy nie mogliśmy odejść od siebie dalej niż na sto metrów. Nigdy więcej.

Na początku to się nam podobało, wszędzie byliśmy razem, wynajęliśmy przyczepę, podróżowaliśmy. Dużo jeździliśmy, dużo się śmialiśmy.

Ale nie mogliśmy być młodzi i wolni wiecznie, wiecie. Zaszłam w ciążę, dorośleliśmy, poszliśmy do pracy. Najpierw wynajmowaliśmy mieszkanie. Gnietliśmy się we trójkę w maleńkiej klitce. Takiej, o jakiej mówisz tylko po to, żeby narzekać. Biedowaliśmy strasznie, bo ja byłam w domu z dzieckiem, George nie mógł iść do pracy, bo, cholera, mieliśmy te chipy.

One działały tak, że jak odchodziło się dalej niż na sto metrów, to raziły prądem tak, że aż włosy dęba stawały. To było straszne. A ja mam słabe serce, ledwie donosiłam ciążę.

Dlatego George pracował koło domu. Kupił u kogoś za kanister spirytusu budkę, w której naprawiał ludziom buty. Jego ręce, skóra, włosy – wszystko śmierdziało klejami i rozpuszczalnikami. Wtedy zaczęłam rozumieć, jak głupio zrobiliśmy.

On sam stał się jak but – milczał, odwracał wzrok, zobojętniał.

I ja nie byłam lepsza, słowo daję.

Potem umarła jakaś jego ciotka. George sprzedał swoją budkę i przeprowadziliśmy się do innego miasta. Mieliśmy dom, ogród i huśtawkę z opony. Wydawałoby się, idealna rodzina. Ale już nie byliśmy rodziną, dopiero teraz to rozumiem.

Spałam w pokoju z córką, Jane. George – osobno. Dużo czasu spędzał w garażu, reperował buty, pomagał sąsiadom, naprawiał blendery, tostery i skutery.

Kiedy Jane podrosła, oddaliśmy ją do żłobka i zaczęliśmy szukać pracy. Musieliśmy pracoewać albo w tym samym budynku, albo w sąsiednich, razem dojeżdżać razem chodzić na zakupy, na obiad. Żadnej swobody, wiecie. Żadnego kina z przyjaciółkami, bez George’a, żadnych samotnych spacerów po parku, żadnego zbierania dojrzałych kasztanów.

Drażniło nas to niemiłosiernie. A jeszcze bardziej to, że z tej sytuacji nie było wyjścia. Złościłam się na George’a, na guru Petriego, na łabędzie… Na cały świat. Ale dzień po dniu, rok po roku byliśmy razem i nic nie mogło nas rozdzielić.

Nigdy nie byłam sama i, Boże, jak bardzo się czułam samotna!

Co wieczór, leżąc w łóżku, marzyłam o innym życiu, jakie mogłabym mieć, gdyby wszystko było inaczej. O mężczyznach, którzy dawaliby mi kwiaty, na których telefony bym czekała, z którymi chodziłabym na randki. Poprawialiby mi włosy, bo wiecznie rozwiewają się na wietrze. I patrzyliby z takim napięciem, bo tak bardzo chcieliby mnie pocałować i nie mogli się odważyć. Wyobrażałam sobie siebie w różnych wersjach, z różnymi fryzurami i w niezwykłych strojach. Obok siebie widziałam Jane, ale nigdy – George’a.

Wszystkie moje marzenia były marzeniami o życiu bez niego.

Wiecie, to takie trudne. Kiedy nienawidzisz, ale nie masz gdzie się podziać, nie masz sekundy odpoczynku. I wiesz, że twoja nienawiść jest absolutnie bezpodstawna, bo to przecież on, ten sam George, co dziesięć lat temu. Jest tak samo dobry, miły, przystojny. I oczy ma tak niebieskie, jak dżinsy i śmieje się tak samo zacierając ręce. Prawda, rzadko się śmiał, prawda wszystkie jego zachowania obrzydły mi śmiertelnie.

Nie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Pewnie było nam wstyd się przyznać, że popełniliśmy błąd. Może i ja byłabym do tego zdolna, ale on – nie. Dlatego milczałam, wiedząc, że on nie wybaczy tej prawdy. A z czasem odechciało się nam rozmawiać o czymkolwiek. Staraliśmy się widywać jak najrzadziej.

Jane powiedziała, że jesteśmy starymi idealistami, którzy rozbili sobie głowy o rzeczywistość. A potem skończyła szkołę i pojechała na uniwersytet, rzadko przyjeżdżała. Bo „nie chce wracać do naszego cichego piekła”. Myślę, że ona nas osądza, a nawet nienawidzi. Ale nic z tym nie mogę zrobić. Sama siebie nienawidzę.

Nie, nie z powodu, o którym myślicie. Nie, nie zabiłam George’a. Przysięgam na wszystko, co święte, co tylko istnieje, że to nie ja.

Pewnego sobotniego ranka obudziłam się i nie znalazłam George’a w salonie, w kuchni. Pomyślałam, że pewnie jest w garażu. Tam były jego narzędzia stolarskie, wiecznie coś tam majsterkował. Ale George’a w garażu też nie było…

O mało nie zemdlałam, gdy zobaczyłam, że stół jest zalany krwią, wiecie. A George’a nie było.

Po podłodze walały się jakieś szmaty, narzędzia, Zacisnęłam wargi, żeby nie krzyczeć i zaczęłam dławić się i krztusić. Nie pamiętam, co robiłam przez następnych kilka godzin.

A potem trzeba było sprzątać, wiecie. Ja jeszcze niczego nie rozumiałam, ale wiedziałam, że trzeba posprzątać cały ten syf, tę krew. I wtedy natknęłam się na skrzynię z lodem. Tam leżała jego ręka. Widziałam wystającą kość ręki. Wszystko zrozumiałam, wtedy wszystko zrozumiałam.

On uciekł. Nie winię go. Gdyby wystarczyło mi odwagi, też bym tak zrobiła.

Pomyślał i o mnie – teraz mogłam swobodnie się przemieszczać, mając przy sobie jego rękę. Nocą trzymałam ją w lodówce, a kiedy musiałam gdzieś iść, brałam ją do torebki owinąwszy w worek z lodem.

Sprzedałam dom i pojechałam, gdzie oczy poniosą. Żeby nikt mnie nie szukał. O George’u już nigdy niczego nie słyszałam. Myślę, że on też zaczął wędrówkę. Jestem szczęśliwsza od niego, po prostu szczęśliwa.

Złapali mnie przez głupotę: przez przypadek odruchowo schowałam do kieszeni gumę do żucia i zapomniałam za nią zapłacić w kasie. Zatrzymała mnie ochrona, a ta wezwała policję, zajrzawszy do torebki. No tak, oczywiście, była tam ręka. Jak mogłabym się bez niej ruszyć.

Teraz jestem tutaj, w celi. Czytam te ohydne materiały o sobie, odpowiadam na pani pytania, mimo wszystko jakoś się trzymam, nie rozsypałam się pod pani obojętnym spojrzeniem, w którym już kryje się sąd.

Niech pani powie, ale tak uczciwie, co ze mną będzie? Powieszą? Jeśli nie znajdą George’a… Tak, tak, jeśli nie znajdą.

Może pani o tym napisać? Może on to zobaczy, przeczyta i do mnie przyjdzie? Jak pani myśli, przyjdzie? Wróci?

Przeł. Janusz Radwański

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.