W najnowszym numerze...

Jarosława Łytwyn / fot. Oksana Hadżij

Jarosława Łytwyn urodziła się w 1986 roku w Pietropawłowsku Kamczackim (Rosja), w 1993 roku przeprowadziła się na Ukrainę, gdzie nadal mieszka. W 2006 roku została laureatką ogólnoukrańskiego konkursu literackiego „Koronacja słowa”, stając się najmłodszą laureatką w historii konkursu. W tym samym roku ukazała się powieść „Ihry”. W 2007 roku wyszła książka „Puchnasta”. W 2015 roku zdobyła drugą nagrodę w konkursie wydawnictwa „Smołoskyp”, w którym również wyszła jej trzecia książka – powieść „Róża Wiatrów”.

 


 

W sobotnie wieczory w pracowni zbierało się paru naszych wspólnych znajomych – około dziesięciu muzyków, dziennikarzy, fotografów. Świadomie nie zawierałam znajomości z malarzami, jakby starając przed czymś ochronić. Mieliśmy posiedzieć prawie do rana i razem przenocować. Często tak było, za naszych czasów z Jerzym.

Nastawialiśmy się na korbę. Bawiliśmy się w „zboczonego krokodyla”. To nowa odmiana zabawy w „krokodyla zwyczajnego, megapozytywnego”. Chodzi o to, że trzeba podzielić się na pary i pokazywać kalambury, których rozwiązaniem jest parę słów, najlepiej jakiś utarty związek.

Para musi pokazywać albo jednocześnie, albo z podziałem na role. Młody jogin, który znalazł się w mojej drużynie był w niesamowicie wesołym nastroju. Kiedy mieliśmy pokazać słowo „dendrofilia”, szybko ustaliliśmy na ucho, że ja będę pokazywała drzewo, a on całą resztę.

Rozłożyłam ręce i rozcapierzyłam palce, pokazując koronę i konary, a on ze skupieniem symulował akt płciowy z moją nogą. Okazuje się, że drzewa płaczą ze śmiechu. I padają, stojąc.

Ale dalej było jeszcze gorzej. Hasło: „sezon godowy”. Znów parę sekund narady w kącie. „Chodź, staniesz na czworaka, a ja będę cię wąchał od tyłu, jak pies”.

Kiedy wyszłam na środek pracowni i uklękłam, miała, w oczach łzy gęste jak jogurt. Wszyscy pękali ze śmiechu:

– Ej, patrz, co oni wymyślili!
– No, dzisiaj wymiatacie!
– Zboki z was, ludzie!

I nawet ja już wypadam ze swojej „suczkowej” roli, ocieram łapkami policzki, rżę razem z resztą, odwracam głowę, żeby zobaczyć, jak mnie tam z tyłu wącha młody jogin.

Nikt nie zgaduje hasła. Pokazujemy osobno słowo „okres” i „godowy”. Ale wszyscy albo naprawdę nie łapią, albo się z nami droczą.

Kiedy tak już piąty raz kręcę tyłkiem jak ogonem na czworaka wśród ogólnych oklasków i okrzyków „Bis! Bis!”, a młody jogin przymierza się z tyłu, odchyla się gruby koc przed drzwiami.

Do diabła. W przejściu staje Jerzy, we własnej osobie.

– Ho-oney, I’m ho-ome! – staje, przechyla się przez futrynę i obrzuca nas ironicznym spojrzeniem. Nie wchodzi, ani drgnie.

Opuszczam głowę, zagryzam wargi. Wszyscy milkną jeszcze szybciej, na widok mojej reakcji.

– Potrzebujesz zaproszenia? – pytam trochę złośliwie, próbując zamrozić zbliżającą się burzę.

On dalej ani w tę, ani we w tę. Stoi z uśmiechem rozpiętym na twarzy. Podchodzę, biorę go za sztywną, jakby nie jego, rękę i przedstawiam:

– To jest Jerzy. Jerzy tutaj mieszka.
– Cześć, Jerzy – posłusznie odzywają się obecni.

Po kilku chwilach bieg wydarzeń wrócił do dawnego koryta. Zaczęliśmy znowu grać w „zboczonego krokodyla”, ale kolejka do mnie doszła, zrobiło się nieprzyjemnie i niezręcznie, ktoś skoczył po gitarę.

* * *

Jerzy poderwał się, złapał  mnie za rękę i pociągnął do tańca.

– Co? Co ty u diabła robisz? – krzyczę do niego. Nogi i język plączą mi się bezlitośnie. Rzuca nami na wszystkie strony, jak nowonarodzonymi cielętami,
– Ta-ańczę ze swoją ślu-ubną żoną! Ze swo-ją ślub-ną żo-ną! – powtarza tak, żeby wszyscy słyszeli. Nawet przechodnie na ulicy, nawet ci głusi na półtora uszu.
– Jesteś pijany.
– Jestem pijany! – wrzeszczy. Ściska mnie w objęciach i na siłę całuje w policzki.
– Puszczaj! Puszczaj! – wyrywam się. Muzyka gubi rytm i milknie. Wlepia się w nas dziesięć zdumionych par oczu.
– Tak, to mój mąż – wyjaśniam. Nikt z otoczenia, jakie zebrało się wokół mnie przez ostatnie lata nie wiedział o tym wstydliwym fakcie.
– Jerzy Wiatrow, do usług – gnie się w głębokim ukłonie, siląc się na grzeczność i o mało nie pada. Błazen! Przytrzymuję go za biodra. Sama ledwie się trzymam. Śmieję mu się w plecy, tak po domowemu. Przypominam sobie, jak bliskie mi jest jego ciało, jak tęskniłam. Myślę, że wszystko ucichnie, uspokoi się…

Ale Jerzy postanowił dać przedstawienie.

– A wie-ecie, że moja żo-ona jest ge-ni-alną ma-alarką? Że jej płótnami za-achwycają się krytycy i zna-awcy sztuki? Że ona to nowy wyraz, nowy kie-erunek, nowy kolor?

– Jerzy, uspokój się, bredzisz, to nieprawda… Chcesz, wyjdziemy na korytarz i zapalimy, chcesz? – gładziłam go po włosach i leciutko popychałam w stronę drzwi. Ostatnio widziałam Jerzego w takim stanie, gdy jego dyplomowe płótno zostało ocenione na trójkę. Wtedy trzeba było kryć się po katakumbach, Wszystko latało! Krzyczał, ryczał, miotał się, koniec końców rozszarpał obraz, łamał ramy, póki nie poranił rąk. Krew kapała na podłogę. Nie dało się go uspokoić, Dziki i nieujarzmiony.

– Zaraz, zaraz wa-am pokażę! – Jerzy wyrwał się i rzucił do sztalug. – O, patrzcie, to moja żona malowa-ała. I to! I to! I to też! Tu wszystko jej płótna! Na nich nawet kurzu nie ma! Bo ja ra-az na miesiąc wycieram, bo to Sztu-uka! Słyszycie, - zacisnął rękę w pięść – sztu-uka! Wielką, kurwa, literą! Takiej sztu-uki nie można gubić! O! – Jerzy zdejmował płótno za płótnem i podtykał przed oczy zdziwionym widzom. Ci, zdezorientowani, kiwali głowami. – I tu!  I to! To ja! Podobny? I tu ja! I tu! I to – też wytwór jej rą-ąk! No, nie genia-alna?!

Zamarł, popatrzył na wystraszonych, odetchnął. Na zewnątrz przejeżdżały samochody, reflektory rozświetlały snopami światła mrok, lizały starą farbę na naszych ścianach. Coś zaświtało mu w głowie.

Jerzy zaczął się rozbierać, rzucając sobie ubrania pod nogi. Cisza taka, że słychać, jak komuś burczy w brzuchu.

– Co… co ty robisz? – bardziej wzdycham niż mówię.
– Będziesz mnie malować! Namalujesz mnie ko-oleżanko – całkiem goły biega po pracowni, rzuca mi pędzle, farby, pilśnię. – Będę pozo-ował. Jak da-awniej. Ty…

Kilka tubek trafia we mnie, ale nie czuję, nie reaguję. Jerzy miota się wokół mnie, obejmuje. Poddał się. Widać to po tym, jak oparł się o ziemię. Stoję zdezorientowana. Jego włosy rozsypały się koło moich kolan. Ociera się twarzą, jak kot. Próbuje lekko rozchylić nogi i wsunąć między nie głowę, żeby się schować jak mały chłopiec między dwoma drzewami. Na plecach ma śmieszne pieprzyki. Wszyscy goście jak zahipnotyzowani patrzą na jego gołe pośladki. Nie żałuję. To najdoskonalsza dupa na świecie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.