W najnowszym numerze...

Taras Malkowycz

Taras Malkowycz urodził się 15 stycznia 1988 roku w Kijowie. Poeta, tłumacz. Ukończył studia w katedrze teorii i praktyki przekładu na Narodowym Uniwersytecie im. T.H. Szewczenki. Kończy studia doktoranckie, zajmuje się problematyką związaną z ukraińskim i światowym przekładem kinowym. Stypendysta programu Fullbrighta na Columbia University w Nowym Jorku, gdzie prowadził badania nad współczesną amerykańską poezją. Wiersze publikował w czasopismach ukraińskich i zagranicznych m.in. po polsku, angielsku, niemiecku, bułgarsku i rosyjsku. Uczestnik festiwali literackich. Autor i redaktor antologii Snowydy (2010) i zbioru wierszy Ten, który lubi długie słowa (2013).

 


 

JR: Zwykle nie pytam poetów o aktualne wydarzenia, to mają być rozmowy o literaturze, ale zrobię wyjątek. W czasie części Majdanu i na początku wojny patrzyłeś z ciekawego punktu widzenia – z Polski i z USA. Widziałeś reakcje różnych społeczeństw – Polaków, Amerykanów, Ukraińców w Ameryce. Jak to wyglądało z Twojego punktu widzenia? Czy rewolucja godności zbliżyła te społeczności czy przeciwnie – ukraińskiego doświadczenia nie da się zrozumieć z perspektywy zachodu?

TM: Rzeczywiście, w tych decydujących dla Ukrainy czasach w moim życiu zaszły dwa dziwne zbiegi okoliczności. W grudniu 2013 zaproszono mnie na stypendium literackie w Willi Decjusza, do Krakowa. I tak się dziwnie składa, że wyjeżdżam dzień po złowieszczym rozgonieniu studenckiego Majdanu, kiedy pseudostróżowie prawa z oddziałów Berkutu pobili młodych ludzi, którzy znaleźli się tam tej strasznej nocy. Wśród nich byli moi przyjaciele. A jeszcze na dwa dni przed tym miałem szczęście z wieloma poetami wystąpić tam z wierszami przed tysiącami ludzi. I tak – 1 grudnia 2013 roku – „Marsz miliona” na Majdanie, a ja z samego rana jadę na lotnisko. Samolot zapowiedzieli dokładnie wtedy, kiedy usłyszałem rozmowę dwóch grubasów, którzy siedzieli niedaleko ode mnie. Jeden mówił do drugiego po rosyjsku „Może trzeba będzie się stąd zwijać”. Wtedy poczułem się, jakbym podsłuchał dwóch oligarchów, którzy przebierają nogami, bo czują, że zwycięstwo nie będzie po ich stronie. Kto wie, może i tak było naprawdę.

Podczas stypendium spotykałem się z różnymi Polakami, ale najbardziej interesowały mnie opinie zwykłych ludzi o rewolucji godności – taksówkarzy, pracowników fabryk, sklepów, robotników itd. Jedn podtrzymywali na duchu i wierzyli w naszą wygraną, inni na odwrót – mówili „Nic się u was nie uda. Jeszcze z 10 lat będzie was ten Putin tłamsił. Ale ja z wami!” Jak mówią, "many men, many minds". Ale wszyscy okazywali solidarność, wszyscy wiedzieli o Ukrainie i wszyscy przeżywali to z nami. To było fantastyczne uczucie, takie wsparcie. Jedno mnie dziwiło – wielu Polaków widziało w roli naszego przyszłego prezydenta Witalija Kliczkę. Nijak nie mogłem zrozumieć, czy oni mówili serio („sławny człowiek, sprowadzi inwestycje”), czy to były jakieś wyrafinowane żarty, bo trudno było sobie wyobrazić, żeby Kliczko bez odpowiedniego doświadczenia dał sobie radę. A Polacy, jakby się umówili, wszyscy byli za Kliczką i to było trochę dziwne. Ale bez wątpienia – rewolucja godności, a potem ATO zbliżyły Polaków i Ukraińców. Stało się jasne, że wszystkie historyczne zatargi między nami już nie wrócą

24 sierpnia 2014 roku regularne rosyjskie wojska wkroczyły na Donbas, a już 1 września przydarzył mi się jeszcze jeden karkołomny zbieg okoliczności – poleciałem do Nowego Jorku na stypendium Fullbrighta, które zdobyłem na projekt „Antologia młodej amerykańskiej poezji”. Czy trafiłem po prostu na takie towarzystwo, żyjąc z daleka od centrum Nowego Jorku, czy Ukraina nie dołożyła sił do tego, żeby informacyjnie zaistnieć w USA, ale nigdy nie spotkałem tak wielu zupełnie obojętnych na naszą sytuację ludzi. Tylko pojedynczy ludzie wiedzieli o konflikcie i wspierali Ukrainę. Niedługo po moim przyjeździe proputinowskie minionki zorganizowały ukrainofobiczną wystawę, którą, chwałą Bogu, szybko zamknięto, ale która zdążyła zrobić informacyjną furorę. Na każdym centymetrze nowojorskich murów i budowlanych rusztowań rozklejali plakaty propagandowej telewizji Russia Today, i zrozumiałem, że ktoś zrobił tu rosyjską krecią robotę. Ale zauważyłem ciekawą rzecz, jeśli chodzi o Afroamerykanów. Mieszkałem w czarnej dzielnicy i dużo z nimi rozmawiałem. Jak większość Amerykanów, których spotykałem, Murzyni mało wiedzieli o Ukrainie, jeśli w ogóle schodziło na ten temat, to pytali, czy Ukraina to część Rosji. Ale jak się im wyjaśniło co i jak, pokazało zdjęcia i filmy z rewolucji godności i z ATO, uruchamiał się u nich mechanizm wynikający z etnicznego ucisku i poniżenia i prawie gotowi byli jechać i samemu walczyć. Moglibyśmy mieć całkiem spory afroamerykański batalion. Czasem podróżując po Ameryce mówiłem ludziom o sytuacji w Ukrainie, okazywało się, ze nie wiedzą o niej niczego. Mówiłem wtedy, że to duży kraj w środkowej Europie, w którym rozgrywa się średniowieczny scenariusz. Oni się dziwili. Jak duży? – pytali. Pokazywałem mapę , mówiłem o powierzchni Ukrainy, a im oczy wychodziły z orbit. „Boże, myśleliśmy, że jesteście mali i nieznaczni, a jesteście wielkim krajem. Naprawdę potrzebujecie pomocy” – i stawali się przychylni naszemu krajowi. To też podtrzymywało na duchu, chociaż zrozumiałem, że przeciętnym Amerykanom Ukraina nie stała się tak bliska, jak mi się wydawało przed moim przyjazdem.

JR: Jak Twoja antologia amerykańskiej młodej poezji? Jaka literatura obcojęzyczna ma teraz największy wpływ na młodą literaturę w Ukrainie? Albo inaczej – jaka jest najbardziej obecna, albo jeszcze inaczej – jaka jest najważniejsza dla Twojego pokolenia i dla Ciebie?

TM: Tak jak przewidywałem, nie zdążyłem w pełni skończyć swojego projektu w Ameryce. Trzeba było maksymalnie „wkręcić się” w te poetyckie kręgi, poznajdować poetów na różnych literackich imprezach, o których starałem się dowiadywać albo samemu, albo z trzeciej ręki, pozapraszać ich do udziału w projekcie, czekać na książki albo rękopisy do przejrzenia (musiałem wybrać po kilka tekstów, najlepiej pasujących do antologii), przeczytać, przełożyć... A czas leciał i już trzeba było wracać do domu. Tutaj kontynuuję przekładanie wybranych wierszy. Porusza mnie to, jak amerykańskie podejście do poezji różni się do tego z czasów bitników, jak oni odnoszą się do jakichś prawie że mitologicznych praźródeł, tyle tajemniczości w tych wierszach. To było dla mnie naprawdę duża niespodzianką. Chcę wreszcie wybrać około 30-35 najlepszych młodych poetów w wieku około do 40 lat i mam nadzieję opublikować tę książkę jesienią 2016 roku.

Co do zagranicznej literatury – przypuszczam, że wielu młodych poetów koncentruje się teraz na sytuacji ukraińskiej i znajduje się pod wpływem nie obcych literatur, a naszych realnych wewnętrznych problemów. Oczywiście, przekładana literatura ukazuje się w coraz szybszym tempie, ale wątpię w jej duży wpływ na młodych poetów. Rewolucja godności często jawiła się jako rewolucja młodych i oni odczuwają tę „ranę” szczególnie mocno. Chociaż niektórzy teraz biorą udział w kolejnym flashmobie, bookchallenge i w jego ramach czytają sporo zagranicznej literatury, także w oryginale.

JR: Jak zmieniło się Twoje życie po debiucie? Sposób, w jaki piszesz? Jaka będzie twoja druga książka?

TM: Gdzieś w środku rewolucji godności zamilkłem jako poeta. Większość, jeśli nie wszyscy, których znam, na odwrót – zaczęła pisać więcej i lepiej, bo sytuacja podziałała na nich jak bodziec pobudzający do pisania. Niektórych wojna dotknęła bezpośrednio i oni po prostu nie mogli o niej nie pisać, niektórych to wszystko przerażało, niektórych poruszyło, niektórzy chcieli po prostu się podłączyć i zacząć pisać o wojnie, co prawda kiepsko, bo bez przejęcia się jej wpływem. A ja – zamilkłem. Nie mogę pisać – i tyle. U Żadana kiedyś w jednym wierszu było coś takiego:

Przyjdzie czas i jakaś menda
koniecznie będzie pisać o tym heroiczne wiersze
Przyjdzie czas i jakaś menda
powie, że, w ogóle nie trzeba o tym pisać

Ja na pewno nie jestem ani jednym, ani drugim, bo nie piszę heroicznych wierszy i nie uważam, że nie trzeba pisać o wojnie,  chociaż często wskazuję na konieczność estetycznych wyborów: naszych na tyle dotknęła wojna, że stępiła artystyczny smak i my już nie umiemy odróżnić prawdziwego wiersza od tekstu kolejnego grafomana. Oceniamy z grubsza tak: „O, o wojnie napisał? Zuch, good job” - i aprobujemy nawet nie patrząc na tekst. Jakoś tak. I to trochę smutne, Jeszcze w połowie 2013 roku, kiedy zaprosili mnie do Willi Deciusza, miałem bardzo twórczy okres, napisałem dużo i możliwe, że coś z tego było niezłe. W Krakowie miałem dokończyć pracę nad drugim zbiorem. Miałem go już w głowie, wymyślałem całe poetyckie cykle. I wtedy wybucha rewolucja i wiem, że nie mogę  pisać. W Ameryce pisałem jakieś bzdury, uspokajając się, że jestem tak zajęty czytaniem cudzych wierszy do Antologii, że to blokuje mi możliwość pisania własnych. Parę mniej więcej znośnych wierszy udało mi się napisać w czasie wakacji na Kubie, gdzie nie było internetu i gdzie nie przejmowałem się niczym. Po prostu rozluźniłem się i pisałem. Możliwe, że jeszcze znajdę gdzieś te zgubione w mojej głowie poetyckie cykle.

 


 

***

Nie z dużymi piersiami i nie z małymi – nie
Z gorzkimi w smaku!
Jakby coś nie pozwalało ci obrać
skórki grejfruta a ty i tak jesz
Czy to nie zbyt grzesznie – mierzyć odstęp między żywymi i zdrewniałymi
Tylko rękodzielnym murem Malecon?
Ale on widzisz tak się zwija
w gotowości do skoku nie dopuszczając lekkomyślnych
odgradzając od zdrewniałych
Może zmiażdżyć każdego jeszcze żywego któremu się zachce
przeszkodzić pienistym językom wód
Kosztować porosłe mchem krzywizny martwych drzew
Czy są tak gorzkie jak twoje? Jestem jeszcze za mały
żeby zostać oceanem, więc staram się znaleźć w
swojej ludzkiej postaci tych kilkaset języków
żeby jak najgładziej wyszlifować
twoje kamienie rozmiękłe od mleka
i przypieczone słońcem

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.