W najnowszym numerze...

Rafał Nosal

Izabela Wageman: Kiedy umawialiśmy się na wywiad, byłeś na Rozsypańcu, festiwalu muzycznym powstałym w miejsce Bieszczadzkich Aniołów. Koncertowaliście czy jurorowałeś?

Rafał Nosal: Jednocześnie koncertowałem i jurorowałem.

I.W.: Jak było?

R.N.: Dla mnie ta impreza jest niesamowicie magiczna. Cały czas utożsamiam Rozsypaniec z Bieszczadzkimi Aniołami i tak już pewnie zostanie. Miejsce wpływa na mnie bardzo pozytywnie. Przy obecnych tam ludziach ładuję akumulatory, napędzają mnie do pracy twórczej przez cały rok. Bardzo dobry program w tym roku, bardzo zróżnicowany, liryczny, momentami bardzo energetyczny. Świetna oprawa muzyczna, profesjonalna. Bardzo dobre wystawy, konkursy wierszy. Moim zdaniem, impreza bardzo udana.

I.W.: Chciałabym zapytać o wasze początki. Powiedz od kiedy właściwie istniejecie jako grupa?

R.N.: Gdybym miał sięgnąć pamięcią do roku, w którym rozpoczęła się działalność muzyczna pod nazwą „Bohema”, to jest to rok 1992. Wtedy wszystko się zaczęło.

I.W.: Skład się jednak zmieniał przez bardzo długi czas. Czy to już koniec transformacji?

R.N.: Tak, to prawda. Skład się zmieniał długo. Wydaje mi się, że obecny skład Grupy Bohema, bo teraz nazywa się to wszystko dość szumnie Grupą Bohema, jest stabilny i nie zapowiada się na jakiekolwiek drastyczne zmiany. Byłbym szczęśliwy, gdyby ci ludzie, z którymi współpracuję teraz pozostali do końca.

I.W.: Czy, prócz projektu muzycznego, poszczególni członkowie zespołu zajmują się zawodowo czymś innym?

R.N.: Każdy z nas ma pracę zawodową. Niestety, czasy są takie, że z muzyki na jakimkolwiek poziomie trudno jest wyżyć. Firmy fonograficznie dość szczelnie obudowują rynek i nie wpuszczają zbyt wielu młodych artystów. Każdy z nas więc ma pracę zawodową. Grzesiu prowadzi firmę zajmującą się środkami ochrony roślin, Maniek - Marcin Kędzior, basista jest informatykiem, ma swoją firmę, Przemek Mrówka pracuje w branży IP, PR i czymś tam jeszcze…

I.W.: A ty zaopatrujesz lecznice.

R.N.: Tak, a ja jestem odpowiedzialny za zaopatrzenie weterynarii na Śląsku.

I.W.: W związku z tym, że skład grupy zmieniał się przez wiele lat, czy zdarzyło się, że odszedł ktoś, kto zostawił po sobie wyrwę nie do zapełnienia?

R.N.: Nie ma ludzi niezastąpionych, ale są tacy, po których pamięć będzie jeszcze się długo unosiła. Na pewno taką osobą był Darek Czarny. Sama wiesz, że praca przed nim wahała się dość labilnie pomiędzy amatorstwem i zawodowstwem. Nigdy nie mogłem się zdecydować na zrobienie kroku w tę czy w tamtą stronę. Darek Czarny nie tyle zmusił mnie, ile zachęcił do tego, żebyśmy zajęli się graniem na poważnie. Stąd wielki sentyment do tej osoby. Z łezką w oku wspominam  też skład, który dobrze znasz. To Ola Seidel, Asia Wołek, Irek Wiśniewski, Sebastian Woźniak i wielu innych.

I.W.: Mówiłeś o początkach i „amatorszczyźnie”, jak to nazwałeś. Zaczynaliście od typowego gatunku poezji śpiewanej. Często was nawet porównywano do Starego Dobrego Małżeństwa, co, jak pamiętam, wywoływało mieszane uczucia. Bywało, że mieliście bardzo szerokie instrumentarium, począwszy od fletu, przez klawisze, klarnet, skrzypce, różnego rodzaju „przeszkadzajki” aż po trąbkę. Obecne brzmienie zupełnie odbiega od tych początków. Słychać tam soul, R&B, a nawet jazz. Czy to rodzaj ewolucji? Do czego dążycie w muzyce?

R.N.: Pewnie będziemy dążyli w kierunku, znajdującym się gdzieś w naszych duszach, w których dość mocno różnorodnie gra. Nie ukrywam, że ta drastyczna zmiana muzyczna nastąpiła, kiedy starałem się z Grupą Bohema zrealizować projekt solowy pt. „Rafał Nosal” na potrzeby Festiwalu Opolskiego i wielu innych imprez. Wydaje mi się, że to, co zostało zrobione na scenie poetyckiej przez grupy takie jak Wolna Grupa Bukowina czy Stare Dobre  Małżeństwo jest niepodważalne, niezaprzeczalne. To ludzie, którzy tworzą legendę na naszych oczach, których wszyscy będziemy pewnie słuchali bardzo długo i będziemy mieli tę świadomość, że uczestniczyliśmy w czymś wielkim. Jednak my chcemy pokazać młodym osobom, że można piosenkę poetycką ubierać w inne nuty. Że można poszukiwać, że niekoniecznie trzeba być kojarzonym z ortodoksyjną sceną poetycką. To jest tak, że można wykonywać lepiej bądź gorzej utwory SDM, ewentualnie grać podobnie, ale zawsze wtedy będziemy porównywani do SDM.

I.W.: Czyli będziemy odtwórczy?

R.N.: Dokładnie tak. Ale wtedy nikt nie powie, że zespół Bohema ma swój własny styl. My zrobiliśmy ten dość kontrowersyjny krok. Zdarza się, że ludzie, którzy znają mnie dość długo krytykują to nowatorstwo. Oczywiście przyjmuję tę krytykę, ale mam świadomość, że to, co robię jest niezaprzeczalnie moje. Mocno się z tym utożsamiam, a artysta, który utożsamia się z tym, co robi, już wygrał.

I.W.: Jest to zupełnie zrozumiałe. To tak, jakby w poezji każdy chciał być Ziemianinem czy Baranem. I w muzyce i w literaturze trzeba wyjść z czasem poza klasykę.

R.N.: Dokładnie tak.

I.W.: Wspomniałeś o karierze solowej. Jak wspominasz ten epizod?

R.N.: Był to z pewnością epizod. Był to bardzo nerwowy okres w moim życiu. Musieliśmy stanąć na wyżynach tego, co robimy. Tak naprawdę niekoniecznie popieraliśmy pewne decyzje, które zapadały poza nami, jak na przykład zrobienie z Debiutów karaoke. Stawia się wszystkich przed piosenkami, które są już znane. Bez sensu. Jeśli ktoś dostaje się ze swoja autorska piosenką…

I.W.: To jest to właśnie debiut.

R.N.: Tak, i to jest debiut. Niech prezentuje swoją twórczość i trzymajmy się tego. Za dużo w tym kraju karaoke, za dużo odtwórczości.

I.W.: Istniejecie już tyle lat, że tych festiwali, większych i mniejszych, macie sporo za sobą. Pamiętam pierwszy sukces w Lublinie. Zdobyta tam nagroda pozwoliła wam uwierzyć w wasze możliwości. To było czyste szaleństwo. Pamiętam, że podbiłeś serca żeńskiej części publiczności. Jak to teraz wygląda? Jakie festiwale?

R.N.: To było ogromne szaleństwo. To był jeden z pierwszych poważnych festiwali, który zagraliśmy. Do tej pory mam kontakt z Markiem Andrzejewskim, którego poznaliśmy właśnie na tym festiwalu, z Robertem Kasprzyckim. W tej chwili zespół odszedł od kanwy grania na konkursach. Nie chcę żeby to źle zabrzmiało, ale my już nie musimy.

I.W.: Czyli teraz jako gwiazdy?

R.N.: Nie tyle jako gwiazdy, ale chcemy grać swoje autorskie programy. Nie musimy startować. Niech młodzież się wykazuje w tych konkursach, na nich stawiając swoje pierwsze kroki. My chcemy się skupić na tym, by nagrać trzecią płytę, żeby pokazywać  to coraz szerszej publiczności. Nie mamy parcia na szkło i nigdy nie będziemy mieli, ale nie wykluczam, że w niedalekiej przyszłości gdzieś w mediach zaistniejemy. To są plany, które nie wiadomo, czy będą zrealizowane i nie powinno się w tej chwili o nich mówić za wiele.

I.W.: Rozumiem, że przez takie festiwale jednak trzeba przejść i młodzi powinni brać w nich udział. Jak byś ukierunkował ich działania?

R.N.: Myślę, że konkursy, festiwale to jest najważniejszy etap w rozwoju muzyka, dlatego, że zdobywa tam szlify sceniczne. Tam ma okazję sprawdzić się, zdecydować czy to jest dla niego, czy scena mu pasuje, bo to jest bardzo ważne. To jest naturalna kolej rzeczy, dlatego polecam ją każdemu młodemu artyście i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie innej.

I.W.: Który z festiwali byś polecił szczególnie?

R.N.: Wielkim sentymentem darzę Bieszczadzkie Anioły i jego kontynuację w postaci Rozsypańca. Na pewno ważną imprezą, na której ja osobiście nie wystąpiłem, aczkolwiek gorąco ją polecam, bowiem można skosztować smaku dużej sceny, jest Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie. To na pewno Giełda Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. To są te legendarne imprezy. Jest jeszcze Yapa - typowe spotkanie ze studentami. Ogromne wyzwanie, ponieważ tam każdy musi się obronić w spotkaniu z młodą publicznością, która niekoniecznie wychowana jest na poezji śpiewanej czy piosence turystycznej, a jest dość zabawowa. Bardzo jednak polecam. To chyba najważniejsze w festiwali, które bym polecał jako wyzwanie.

I.W.: Skoro mówimy o festiwalach, a jesteśmy w Koźlu, to pewnie wiesz o co teraz zapytam. Wrzosowisko.

R.N.: Ach, Wrzosowisko! Moje ukochane Wrzosowisko, z którym już nie mam wielkiego kontaktu.

I.W.: Właśnie chciałam spytać, czy masz jeszcze coś wspólnego z organizacją.

R.N.: Niestety, ze względu na różne perturbacje już nie. Brak czasu i nie tylko. Wrzosowisko również polecam. To jedna z imprez, które są eliminacją do Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie.  Zawsze się będę tu gdzieś kręcił, mogę życzliwie coś artystom podpowiedzieć.

I.W.: Wspomniałeś, że zabieracie się za wydanie trzeciej płyty. Wiem, że wydaliście dotąd dwie. Pierwsza, „Niepogoda na sny” to projekt z udziałem zewnętrznym.

R.N.: „Niepogoda na sny” to projekt magiczny dlatego, że to projekt zrealizowany jeszcze razem z Darkiem Czarnym. Nagrywał nas wtedy i realizował Wacław Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, a zagrał na tej płycie również Wojtek Czemplik ze Starego Dobrego Małżeństwa. Jest to moja pierwsza płyta, momentami bardzo napięta wokalnie. Trochę dziwna, ale bardzo sentymentalna.

I.W.: Jak została przyjęta? Przyznam, że ja znam tę płytę bardzo słabo i nie wiem gdzie mogłabym jej szukać.

R.N.: Ta płyta jest, o dziwo, w każdym większym sklepie muzycznym, czyli w Empikach, Media Markt’ach. Jest bardziej dostępna niż płyta druga. Została przyjęta dość ciepło, dlatego, że jest dość mocno zakorzeniona w tym ortodoksyjnym nurcie.

I.W.: Klasyka.

R.N.: O tak, klasyka. Przewidywalne melodie, piękne teksty niektórych moich przyjaciół, Myślę, że to towarzystwo które dobrze przyjęło tę płytę, to ludzie, których spotykamy na festiwalach typu Szklarska Poręba, Rozsypaniec, Wrzosowisko, etc., a płyta druga już niekoniecznie.

I.W.: Druga to „Niech tak zostanie”. Ten krążek został dość mocno zauważony, wbrew temu, co mówisz. Z tego, co się zorientowałam w Internecie, ma swoich wielkich fanów. Fakt, że są to zwykle sympatycy Bohemy, ale nie tylko. I jest ich sporo. Wpisy natomiast są tylko pozytywne. Nie spotkałam się z krytyką negatywną.

R.N.: To miło. Ja nie śledzę internetowych wypowiedzi, by nie trafić na wypowiedź, która mogłaby mnie zdołować i zablokować. Płyta „Niech tak zostanie” to był krok do przodu. Chciałem trochę inaczej podejść do muzyki i starałem się zrobić to w sposób zdecydowany. Ta płyta jest substytutem okresu, w którym zdarzyły się Festiwal Opolski i Vena - Festiwal w Łodzi.

I.W.: Czy nie wydaje ci się, że popularność tej płyty bierze się w wymowy tekstów? Z ich uniwersalności? Większość słuchaczy może się identyfikować albo z adresatem, albo podmiotem lirycznym.

R.N.: Te teksty są uniwersalne z tego względu, że są bardzo zawiłe i jeśli np. ktoś chce znaleźć z w nich coś pozytywnego, to znajdzie, ale jeśli ktoś ma akurat „doła”, to te piosenki mogą go dobić. Ale rzeczywiście, uniwersalność tej płyty jest tu clou.

I.W.: Kto jest autorem tekstów?

R.N.: Część to teksty Adama Ziemianina, część Eweliny Marciniak, Jacka Bartkowiaka. To autorzy, z którymi współpracujemy do tej pory.

I.W.: Wielokrotnie zostaliście docenieni poprzez różne wyróżnienia. Czy możesz wymienić nagrodę, która jest dla ciebie najważniejsza?

R.N.: Na pewno takim wyróżnieniem jest wygrana na festiwalu Bieszczadzkie anioły i finał Opolskich Debiutów. To wtedy zdałem sobie sprawę, że możemy trafiać do szerszej grupy publiczności. No i Vena Festiwal, jako, że jest to festiwal międzynarodowy i zostaliśmy wytypowani do finału. To bardzo ważne festiwale.

I.W.: To wszystko wiąże się z tym, że często musisz podróżować. Masz przy tym okazję do obserwacji. Powiedz mi czy dostrzegasz różnice między naszym lokalnym rynkiem muzycznym a rynkiem ogólnopolskim?

R.N.: Jeśli porównywać Opolszczyznę do reszty świata, to od nas pochodzi gro muzyków zasilających resztę świata, między innymi Warszawę i Kraków. Stanowimy atutowy punkcik na muzycznej mapie Polski, który jest fabryką dobrych muzyków. Jeśli z kolei chodzi o to, co grają młodzi w różnych częściach kraju, to jest to porównywalne. Nie ma podziału gatunków muzycznych między regionami. Nasz kraj jest zakorzeniony w pewnej świadomości muzycznej, która dla niektórych jest bardziej przyswajalna, a dla niektórych mniej.

I.W.: Czy macie wsparcie lokalnych decydentów? Ktoś wam pomaga, promuje?

R.N.: Tak, jest kilka osób, które nam bardzo pomogły. Szczególnie dwaj tzw. mecenasi sztuki, których nazwisk jednak nie wyjawię, bo nie o to tu chodzi. Czytając ten artykuł będą wiedzieli, że o nich mowa.

I.W.: Czy zdradzisz fanom coś z najbliższych planów, czyli co znajdzie się na płycie?

R.N.: Trzecia płyta będzie kolejnym krokiem albo do przodu, albo w bok, nie wiem. Na pewno będzie jakiś element zaskoczenia, bo ja to uwielbiam. Na pewno będzie kilka osób z zewnątrz, postaram się wystąpić w duetach z Robertem Kasprzyckim, Markiem Andrzejewskim, Jarkiem Wasikiem. Zobaczymy co z tego wyjdzie. To są omówione ale jeszcze nie dograne w szczegółach plany.

I.W.: Kiedy się spodziewasz efektów?

R.N.: Myślę, że w przyszłym roku.

I.W.: Bohema ma swoją stronę internetową, na którą w twoim imieniu pozwolę sobie zaprosić czytelników.

R.N.: Tak, w tej chwili jest jedna strona projektu - www.grupabohema.art.pl, na którą serdecznie zapraszam. Znajdują się tam wszystkie informacje dotyczące zespołu, mapa koncertów, piosenki.

I.W.: W takim razie serdecznie zapraszam i ja, a tobie dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncercie za chwilę.

 

Rafał Nosal  jest założycielem, wokalistą, gitarzystą akustycznym i kompozytorem Grupy Bohema, zespołu muzycznego z Kędzierzyna – Koźla, wykonującego głównie poezję śpiewaną.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.