W najnowszym numerze...

Maciej Woźniak

Dorota Ryst: Zacznijmy od pytania zasadniczego - czym jest dla ciebie poezja? Ucieczką? Ocaleniem?

Maciej Woźniak: Parafrazując szlagwort Lechonia  o wiośnie i Polsce, a wbrew Miłoszowi i jego żachnięciu się na poezję, która nie ocala, odpowiem: w poezji niechaj poezję, a nie ucieczkę czy ocalenie zobaczę. Zamiast ‘ucieczki’ i ‘ocalenia’ może być dowolne słowo, jakiego kontekst akurat wymaga. Odpowiedź wcale nie jest wykrętna, ale zasadnicza i programowa. W sukurs przywołajmy jej Archibalda MacLeischa z frazą „Wiersz powinien nie znaczyć, lecz być”, zdejmującą z karku wiersza rozmaite służbowe chomąta. Także to, które czyni go dla autora chłopcem na posyłki (po ocalenie narodów i ludzi, po pieniądze, po sławę, itd.). W ogóle wolałbym – przyda się to przy odpowiedzi na drugie pytanie - odwrócić problemat: Nie pytaj, co poezja może dla ciebie, spytaj, co ty możesz dla poezji.

D.R.: Rzadko posługujesz się tzw. wierszem wolnym, twoje utwory mają formy klasyczne – dlaczego? Czy to więcej daje poezji, a może coś odbiera?

M.W.: Jeśli chodzi o ostatnią książkę, to dokładne kalkulacje przeprowadził Adam Wiedemann i w recenzji z „Ucieczki z Elei” najpierw napisał, że „Wiersze rymowane pozostają wobec nierymowanych w stosunku 2:5”, a potem zasugerował, co to daje: „który to złoty podział pozwala się nie znudzić ani jednymi, ani też drugimi”. Ten stan rzeczy został osiągnięty z pewnym wysiłkiem, bo tak zupełnie naturalnie to pisze mi się do rymu i do taktu, więc trudno przychodzi to zepsuć i szybki (w pomyślunku) wiersz zastąpić wolnym. Jest taka znana przypowieść biblijna o talentach i posłuszny jej morałowi nie chcę zakopywać swojego talentu do form klasycznych, skoro już go mam. A czy to coś daje poezji? Kiedy przeglądałem archiwalne roczniki miesięcznika „Poezja” z lat 70-tych, wypełnione wierszami w modnych podówczas poetykach, to wiodącym wrażeniem czytelniczym było uczucie nużącej monotonii i jałowości. Dziś mało kto lubi sobie w miarę zręcznie i z animuszem poklasycyzować, więc mam nadzieję, że kiedyś jakiś wyimaginowany czytelnik liryki z pierwszej dekady XXI wieku, brnąc przez dominujące style, odetchnie przy moich wierszach z ulgą. I to jego westchnienie niechaj będzie moim skromnym dla poezji darem.

D.R.: Czy utożsamiasz się z pokoleniem „Brulionu”, albo innym środowiskiem literackim?

M.W.: Rocznikowo byłoby mi do Brulionitów (czy raczej Brulionautów, bo runo tam przecież było) całkiem blisko, tyle że kiedy oni ruszali bryłę poezji z posad świata, ja wiodłem mieszczański żywot, traktując książki jako coś do czytania, a nie do pisania. Pracowałem w płockiej fabryce kombajnów, w warszawskim sklepie muzycznym (znakomitym i pamiętnym „Helikonie” na ulicy Freta), wcielałem w życie wzorzec: dom, syn, drzewo, nawet mój debiutancki „Srebrny ołówek” był owocem czysto czytelniczego kontaktu z poezją Herberta czy Szymborskiej (choć warto napomknąć, że tytułowy ołówek wziął się od ołówka Stefana Themersona), a nie aktem uczestnictwa w literaturze mojego pokolenia, gestem akcesu albo odmowy uczestnictwa w jej odkryciach i dylematach. W wolnym czasie przesiadywałem z wędką nad Wisłą i przeczytałem wiersze Franka O’Hary czy Johna Ashbery’go zwyczajnie za późno. Kiedy wydałem dwa tomy w Bibliotece Studium, a moje starorzeczne wody zaczęły pomału dołączać do żywego nurtu poezji, to owszem pozostały po tym okresie przyjaźnie z redaktorami, serdeczne znajomości z autorami rówieśnikami, ale żadne środowisko wtedy w Krakowie nie powstało, więc utożsamiać się nie było z czym. Trzy lata temu ukazała się w Londynie antologia „Six Polish Poets” z przekładami sześciorga polskich poetów (Ania Piwkowska, Agnieszka Kuciak, Tomek Różycki, Darek Suska, Jacek Dehnel, no i ja), których dało się w miarę sensownie połączyć pokoleniowo (17-letnie widełki) i stylistycznie (taki neo- , czy może post-klasycyzm), ale choć czujemy wzajemną bliskość, to ani ideowości nam nie starcza, ani instynktów socjalnych, żeby wyciągać z tego tożsamościowe wnioski. Zresztą, po iluś tam książkach to już się przechodzi w stadium samotnego białego żagla.

D.R.: Czy nagrody i nominacje, jak choćby nominowanie twojej książki „Ucieczka z Elei” do Nagrody Literackiej Gdynia, coś zmieniają w życiu poety?

M.W.: Kiedy podczas tegorocznego Tour de France francuski kolarz Thomas Voeckler niespodziewanie długo, przez kilka trudnych etapów w Pirenejach i Alpach, pozostawał liderem wyścigu (zupełnie wbrew realiom Touru, bo dawno powinni go wyprzedzić spece od jazdy w górach), słynny Lance Armstrong powiedział, że Francuz ma szansę wygrać cały wyścig, bo żółta koszulka uskrzydla. To samo robią z autorem nominacje i nagrody.  Nie mają mocy, by zmienić pisanie i życie (dzielny Voeckler jednak poległ na ostatnim alpejskim etapie i na czasówce), ale wlewają do serca sporo wiary, że pisanie (i, rzecz jasna, życie poety) ma sens. Nie zmieniając nic, zmieniają wszystko, bo chyba tylko tak jest to możliwe.

D.R.: Czy po wydaniu książki zastanawiasz się co z nią będzie się dalej działo? Na ile jest dla ciebie istotne, żeby trafiła ona do odbiorców? I czy lubisz kontakt z żywym, konkretnym czytelnikiem?

M.W.: Co się z książką będzie działo, zastanawiam się już przed wydaniem. Dlatego nigdy nie przyszło mi do głowy publikować byle jak i gdzie, ciekawi mnie ‘rozdzielnik’, czyli lista adresów, na które wydawca standardowo rozsyła książki, troszczę się o okładki, żeby rzucały się w oczy i w miarę intrygująco zachęcały do lektury. No, oddaję się rozmaitym grom wstępnym, także takim nieco perwersyjnym. Na przykład kiedy wyszło na to, że „Iluzjon” opublikuje Wydawnictwo Literackie, nie włączyłem do cyklu takich wierszy, które wydawały mi za bardzo, jak na WL, lirycznie rozhulane i rozswawolone. Zostawiłem je sobie na przyszłość, którą okazała się „Ucieczka z Elei”, a WBPiCAK w Poznaniu jest miejscem w sam raz na hulankę i swawolę. Jerzy Jarniewicz, znakomity poeta i tłumacz, jeden z jurorów Nagrody Gdynia – przydałoby się to przy odpowiedzi na poprzednie pytanie, ale i tu pasuje – napisał mi w sms-ie, że „Ucieczka” to ‘szczodry tom’, co wziąłem za uznanie dla formalnego bogactwa książki, uchwycenia nitek wielu poetyckich tradycji, i za dowód na to, że książka trafiła do takich odbiorców, na jakich mi zależy. Natomiast jeśli chodzi o kontakt z żywym czytelnikiem, to nie tylko go lubię, ale mam za niezbędny. Warto czytać wiersz przez rozmaitymi (pod względem ‘fachowości’ czy ‘egzotyki’) publicznościami, żeby go ekscytująco zwodować na prawdziwe oceany, czyli zmierzyć się ze sztormem pytania, czy to, co się wypisuje, to jest literatura, czy prywatne memuary.

D.R.: Czy twoim zdaniem istnieje w ogóle „rynek poezji”, czy poezja ma przyszłość? A może będzie coraz bardziej spychana do niszy?

M. W.: Urodzony w Płocku Stefan Themerson stwierdził, że wyobraża sobie kraj, w którym nikt nie czyta wierszy, ale nie wyobraża sobie kraju, w którym nikt wierszy nie pisze. Jeżeli przyszłością czegoś miałby być tylko „rynek”, to może i dobrze, żeby to coś nie miało przyszłości. W porównaniu z pierwszymi nakładami książek Mickiewicza czy Słowackiego, raptem 150 lat temu, moje książki mają nakłady naprawdę bardzo duże (ba, wydawca oznajmił, że musiał zrobić dodruk „Ucieczki”, bo pierwszy nakład się rozszedł), więc wyszedłbym na kabotyna, narzekając, że czuję się spychany do niszy. Oczywiście, nikt mnie nie dopieszcza tak jak, dajmy na to, dopieszczano Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, ale chyba lepiej z Norwidem się zgubić niż z Dobrowolskim znaleźć. Wisława Szymborska pisała (w niby mniej niszowym dla poezji okresie) że „kobiety rade zemdleć w ten jesienny wieczór, zrobią to, ale tylko na bokserskim meczu”, dlatego nieśmiało zwracam uwagę, że słowo „rynek’ ma tu znacznie poważniejszy kaliber niż niewinnie finansowy. A poetom pozostają niemdlące kobiety. Ale czy to taki zły target?

D.R.: Co dalej? Co po „Ucieczce z Elei”? Czy już myślisz o kolejnych książkach poetyckich? I czy nie myślisz o innych gatunkach – prozie, esejach?

M.W.: Kolejna książka jest w zasadzie gotowa. Najprostszą rzecz, czyli napisanie wierszy, już zrobiłem. Zostały sprawy trudniejsze: ułożenie cyklu, odrzucenie tego, co tom nadmiernie rozpycha, dobranie okładki (z „Ucieczką z Elei” było łatwiej, bo zdjęcie rowerzysty w śnieżnym krajobrazie z okładki zrobiłem wcześniej i pozostało tylko dopisać do niego teksty). Krótko mówiąc, książkę napisałem, więc mogę zacząć o niej myśleć. Trochę jak Francis Bacon, który wyznał, że malowanie przychodzi mu łatwo i potem długo mu schodzi przed płótnem, żeby to zepsuć. Co do innych gatunków, to kusi mnie publikacja zbioru esejów i recenzji muzycznych, które ukazują się od dobrych parunastu lat, na początku w rodzimym „Tygodniku Płockim” w połowie lat 90-tych (ale równie kuszące są lekcje ze sztuki tracenia, niefrasobliwego trwonienia tego, co się napisało). Jeżeli proza, to kiedyś być może opowiadania wędkarskie, coś trochę w spadku po Kornelu Filipowiczu, a trochę (uwaga, chwila grozy) po „Arkadii” Jerzego Putramenta, ale na razie zapędy liryczne biorą górę. Gdzieś w wordowskich szpargałach mam poemat „Sztuka wędkowania”, tyle że nawet taki gest wydaje mi się za szeroki. Wolałbym zmieścić całość w czterech wersach.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.