W najnowszym numerze...

Muzeum Gombrowicza - Wsoła - fot. Arek Łuszczyk

Jest tam wieś Wsola z murowanym kościołem. Była to wieś należąca ongi do brata Witolda Gombrowicza. Przekorny duch Gombrowicza – czy też może duchy, które ongi weszły w ciało Witolda – wyraźnie działają jeszcze tutaj. Przejeżdżając koło kościoła i przez wieś Wsolę trzeba bardzo uważać. Jest się narażonym na diabelskie figle krewnych autora Ferdydurke. To pęknie ci tutaj opona, to wyrośnie skądciś dziki rowerzysta i wyląduje na masce samochodu, albo wreszcie demon nie krępując się wcale wciela się w prowadzącego samochód zdążający z przeciwnej strony i jedzie całym pędem frontalnie na ciebie – i ratujesz się zjeżdżając gwałtownie na nie takie znów pewne pobocze.
Taki opis Wsoli zostawił Jarosław Iwaszkiewicz w swoich Podróżach do Polski. Dziś jadąc dwupasmową drogą z Warszawy do Radomia zobaczymy ogrodzenie z banerami zapraszającymi do odwiedzenia Muzeum Witolda Gombrowicza. Piękny park, odrestaurowany pałacyk, należący kiedyś do starszego brata pisarza. Młody Gombrowicz spędzał tu wakacje. Często wracał pamięcią do Wsoli, co znajduje odbicie w listach do brata:

I ja wiele rzeczy wspominam ze Wsoli: tenis, ping-pongi z Olenią, Krystę (co porabia?), mam stamtąd rzeczywiście miłe wspomnienia (…) [z listu Witolda Gombrowicza do brata Jerzego – 14 IV 1957 r]
Ja czasem we śnie przebywam we Wsoli wraz z Olenią i Teresą [z listu Witolda Gombrowicza do brata Jerzego – 19 II 1967 r]

Prawdopodobnie powstała tu znaczna część opowiadań z tomu Pamiętnik z okresu dojrzewania (1933) oraz zarys powieści Ferdydurke. 11 października 2009 roku otwarto muzeum będące oddziałem Muzeum Literatury w Warszawie. Na stałej wystawie prezentowane są nie tylko listy, rękopisy i dokumenty należące do Gombrowicza, lecz także cenne fotografie ze zbiorów rodzinnych i pamiątki po pisarzu. Przekazała je m.in. żona pisarza Rita Gombrowicz. Są wśród nich krawaty, fajki, laski, okulary, wieczne pióro, filiżanka, maszyna do pisania, dwa ulubione fotele pisarza oraz stara, mocno już podniszczona waliza. Walizę tę zabrał ze sobą, gdy opuszczał Polskę w sierpniu 1939 roku, towarzyszyła mu przez wszystkie lata emigracji.

Muzeum Gombrowicza - fot. Dorota Ryst
fot. Dorota Ryst

To suche fakty – ale ja chciałabym napisać o tym, co najbardziej mnie urzekło. Tak się złożyło, że przejeżdżaliśmy z przyjaciółmi tamtędy w dniu, w którym muzeum jest nieczynne (sprawdziłam to wcześniej na stronie internetowej), ale skoro byliśmy tak blisko grzechem by było nie rzucić okiem chociaż z zewnątrz. Na widok zbliżającego się ochroniarza pomyśleliśmy zgodnie, że zaraz nas pogoni, bo przecież nieczynne. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pan zapytał nas czy chcielibyśmy zwiedzić muzeum, a na naszą nieśmiałą odpowiedź, że oczywiście, odpowiedział, że on w takim razie zapyta obsługę czy zrobią dla nas wyjątek. Udało się i po chwili zostaliśmy zaproszeni do środka, światła zostały zapalone, multimedia włączone i zanurzyliśmy się w świat Gombrowicza. Na parterze zdjęcia i dokumenty z okresu polskiego, na piętrze z czasów emigracji. Uwagę przykuwają ciekawe gabloty ekspozycyjne – łączące tradycję i nowoczesność, bardzo funkcjonalne, a jednocześnie świetnie współgrające z resztą otoczenia. Klimat przedwojennego dworu i wybieganie w przyszłość. Zanurzenie w tym, co dawne i zaskakiwanie innością. No i iście gombrowiczowska przewrotność – ulubione fotele i walizka patrzą na nas spod sufitu klatki schodowej. Myślę, że udało się połączyć rzeczy trudne do pogodzenia i przekazać kawałek nie tylko wiedzy o pisarzu, ale i „ducha” jego twórczości.

Muzeum Gombrowicza - fot. Dorota Ryst
fot. Dorota Ryst

Uzupełnieniem ekspozycji jest kawiarnia „Ferdydurke”. To próba interpretacji głośnej powieści, a zarazem symboliczna rekonstrukcja miejsca niezwykle ważnego dla pisarza, który przez całe emigracyjne życie pragnął stworzyć swój stolik literacki na wzór tego przedwojennego z warszawskiej kawiarni „Zodiak" czy „Ziemiańska". I znów – bez dosłowności, choćby krzesła – „Louis Ghost” (proj. Philippe Starck) nawiązujące do stylu Ludwika XV, ale wykonane z przezroczystego poliwęglanu.

Polubiłam to Muzeum i będę do niego wracać, tym bardziej, że dużo się tu dzieje – spotkania (wyjątkowo interesująco zapowiadają się te z cyklu „Prowincja Gombrowicz”), koncerty, konkursy. Kolejny dowód na to, że nawet w polskim muzealnictwie coś się zmienia na lepsze.

Dorota Ryst

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.